Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

294. Złote miasto, Michał Gołkowski

Kontynuacja losów Zahreda - przeklętego boga, którego skazano na wieczne odradzanie się na nowo. Czytelnik opuszcza granice Rundis, gdzie miała miejsce akcja wcześniejszej części, czyli Świątyni na bagnach i wyrusza  w podróż z legendarnymi skandynawskimi wojownikami - Wikingami. Pośród nich swe miejsce odnaleźli Zahred i Mira. 

Michał Gołkowski to zodiakalnie, patologiczny Wodnik z roku Stanu Wojennego. Wbrew pozorom samotnik, mizantrop i introwertyk. Z wykształcenia lingwista, z zamiłowania historyk wojskowości, z zawodu na co dzień tłumacz kabinowy angielsko-polsko-rosyjski. Obecnie stalker. Czarnobylem zafascynowany, odkąd tylko dowiedział się, po co brał wiosną ’86 ten niedobry proszek w kapsułkach z opłatka. Swoje związki ze Wschodem i stosunek do słowiańskości określa jako typowy love-hate relationship. Od zawsze rozerwany pomiędzy Skansenem w Łowiczu a Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, osiadł w końcu pod lasem niedaleko Sochaczewa. *

Trzy wężowe łodzie pełne wojowników z mroźnej, niegościnnej północy suną przez nurty wielkich rzek, aby dotrzeć ku słonecznym, piaszczystym brzegom południa. Złote miasto, powtarzają wszyscy szeptem! To tam, nad wodami mitycznego morza po drugiej stronie świata, wznosi się potężny gród, w którym z pewnością mieszkają bogowie. Ale ponad dachami Złotego Miasta gromadzą się ciemne chmury. Inne imperium, o wiele młodsze i bardziej głodne chwały, ostrzy sobie zęby, mogące bez trudu skruszyć wiekowe mury. Zbliża się oblężenie tak wielkie, że o podobnym nawet pieśniarze nie śmieli marzyć. Od wschodu nadciąga burza, a wraz z nią bitwa, która odmienić może losy całego świata. Przez skowyt wichru w olinowaniu, w trzasku przecinającej niebo błyskawicy i huku przetaczającego się ponad spienionymi falami gromu, słychać tylko jedno imię. Zahred. **


Pierwszą część trylogii Bramy ze złota czytałam w listopadzie zeszłego roku. Książka ta wywarła na mnie mieszane wrażenie - zdecydowanie była to pozycja mająca ogromny potencjał, a pomysł autora pozostawił pełne pole do popisu w kwestii kontynuacji przygód Zahreda. W pierwszej części bohater ten przypominał marionetkę w rękach ludzi niżeli boga, czy głównego bohatera. Operował wydarzeniami, lecz nie był ich wykonawcą. W Złotym mieście Zahred zdecydowanie staje się siłą sprawczą - głosem i rozkazem ludzi, którzy bardzo szybko stają mu się całkowicie podlegli. Bóg napotyka na swej drodze skandynawskich wojowników, z którymi wyrusza w podróż do Złotego Miasta - Miklagardu, legendarnego grodu ociekającego bogactwem i wszelkimi dobrami, o których wikingowie mogą tylko pomarzyć. Skuszeni wizją zdobycia dóbr doczesnych wojownicy postanawiają powierzyć swój los nieznanemu człowiekowi, który wzbudza w nich szacunek, ale i strach wymieszany z tlącym się brakiem zaufania. Czy Zahred okaże się ich zgubą? 

,,Odwaga to ciągła obecność strachu i robienie tego, co trzeba, wbrew niemu. Odwaga to siła, aby pokonać samego siebie!"


Rozpoczynając lekturę drugiej części trylogii, ogromnie się ucieszyłam ponownie spotykając Mirę, bohaterkę którą poznałam we wcześniejszej części. Już wtedy córka wodza plemienia zamieszkującego Rundis wzbudziła we mnie pozytywne emocje. Mira przypomina barbarzyńską superbohaterkę, która buntuje się przeciwko tradycyjnej roli kobiety, ograniczającej się do bycia matką, żoną i gospodynią domową, całkowicie podległą swemu mężowi. Lubię silne bohaterki, które trzymają się swoich zasad i nie dają sobie pomiatać, a Mira jest jedną z nich. Nic dziwnego, że bez problemu odnalazła się ona wśród wikingów, słynących z tego, iż na polu bitwy, jak i w życiu codziennych kobieta stawała obok mężczyzny - nie za nim. 

Po raz kolejny Michał Gołkowski zrobił na mnie wrażenie miejscem akcji oraz czasem, w której zostały osadzone wydarzenia. Jestem ogromną fanką serialu Wikingowie, więc miło było wyruszyć z nimi w niebezpieczną podróż niemalże w nieznane. Autor w ciekawy sposób odtworzył zwyczaje i tradycje skandynawskich wojowników, oraz potrafi tworzyć intrygujące i plastyczne opisy przyrody, a także dynamiczne sceny walki, którym nie brak realistyczności. Niestety nie polubiłam się z głównym bohaterem. Zahred to dziwna postać - według mnie stanowczo przerysowana. W dodatku Gołkowski w przypadku kreacji przeklętego boga okazał się nieco niekonsekwentny. Bohater łamał własne zasady . Nie potrafiłam zrozumieć uczuć, jakimi darzyła go Mira.  


Szczęk oręża to nieodłączny element fabuły. Złote miasto wręcz ocieka od scen walk - nic dziwnego, w końcu pojawiają się tu wikingowie znani z porywczej natury, przypominającej bardziej bestię niżeli człowieka.  Drugi tom spodobał mi się bardziej niż pierwszy, jednak mam wrażenie, że nie do końca są to moje klimaty - fantastykę uwielbiam, problem tylko, że chyba niekoniecznie w takim wydaniu. 

* lubimy czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów



poniedziałek, 6 kwietnia 2020

293. Fałszywy Pieśniarz, Martyna Raduchowska

Mroczna kontynuacja Szamanki od umarlaków oraz Demona Luster. Martyna Raduchowska, jedna z moich ulubionych polskich pisarek, powraca z dalszymi przygodami Idy Brzezińskiej. Wrocławska twórczyni zdobyła mnie przede wszystkim swą cyberpunkowym kryminałem Łzy Mai, lecz do jej serii fantasy wróciłam z utęsknieniem. 

Martyna Raduchowska urodziła się w 1987 roku we Wrocławiu, z którym jest związana również sercem. Aktualnie mieszka w Warszawie. Ukończyła psychologię i kryminologię na Uniwersytecie Aberystwyth, neurobiologię poznawczą na Uniwersytecie York oraz psychologię śledczą - Uniwersystet SWPS. Z zamiłowaniem profiluje osoby zaginione i sprawców zbrodni, oraz zgłębia tajniki ludzkiego mózgu. W literackim świecie porusza się w sferze fantastyki. Napisała kilka opowiadań, powieści urban fantasy: Szamanka od umarlaków (2011), Demon Luster (2014) oraz cyberpunkowy kryminał Łzy Mai (2015), za który otrzymała Nagrodę Literacką Kwazar. Pisze i pracuje jako scenarzystka w studiu CD PROJEKT RED.

Ekipa śledcza Wydziału Opętań i Nawiedzeń wkracza do ogrodu Kusiciela, aby odkryć ostatni element układanki. Ekshumacja zwłok nieznanego mężczyzny daje początek serii tragicznych wydarzeń. We Wrocławiu dochodzi do przerażających samobójstw, mroczna przeszłość Kruchego powraca, by upomnieć się o jego duszę, Ida zaś przekonuje się, że dar szamanki od umarlaków w niepowołanych rękach grozi katastrofą, a życzenia potrafią być niebezpieczne szczególnie wtedy, gdy się spełniają… **


Fałszywy pieśniarz to piąta książka Martyny Raduchowskiej, po którą sięgnęłam od 2018 roku, gdy to w moje łapki trafiła pierwsza część losów Idy Brzezińskiej, Szamanka od umarlaków. Już wtedy autorka kompletnie oczarowała mnie swoim elastycznym i swobodnym piórem, a także pomysłowością, która do teraz zaskakuje mnie co rozdział. Do dziś nie jestem w stanie uwierzyć, że otwarcie historii Idy było debiutem literackiej wrocławskiej pisarki. Demon Luster okazał się być kontynuacją ponurą, pełną demonów i innych strachów, jednak występujący tam kryminalny wątek fantasy bardzo przypadł mi do gustu. Od czasu lektury tych dwóch książek minęły prawie... dwa lata i choć nieco wybiłam się z tej historii, to i tak po trzeci tom sięgnęłam z ogromną przyjemnością. Są miejsca, do których człowiek wraca z radością - i jednym z nich jest właśnie bezgraniczna wyobraźnia Martyny Raduchowskiej. Już sama okładka wiele mówi nam o klimacie książki. Mroczna, przytłaczająca negatywnymi emocjami, które wręcz wylewają się z Idy, a nawet wywołująca miejscami gęsią skórkę - a zwłaszcza scena z małymi stópkami (ci, którzy tę lekturę mają już za sobą, będą doskonale ją pamiętać). Muszę przyznać, że zaskoczył mnie kierunek, który obrała Martyna Raduchowska - z pozornie lekkiej i zabawnej historii medium, które wcale nie chce być medium, a w dodatku jest czarną owcą w magicznej rodzinie, stworzyła coś... co nie możemy określić już słowem zabawny, bo trzeciemu tomowi stanowczo daleko do zabawnego i frywolnego dzieła. 

,,Czy kogoś, kto czyni dobrze tylko dlatego, że ma nóż na gardle można nazwać dobrym człowiekiem?
- Obawiam się, że zaczęliśmy filozofować.
- I to- o zgrozo- bez alkoholu''.

Pracownicy Wydziału Opętań i Nawiedzeń (w skrócie WON) w dalszym ciągu kontynuują niełatwe śledztwo w sprawie tajemniczego Demona Luster, niejakiego Marka Karewicza - znanego również jako Karev lub Kusiciel. Antagonista, którego poznaliśmy w poprzednim tomie, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a jego przeszłość w dalszym ciągu stanowi klucz do rozwiązania czegoś znacznie większego. Mężczyzna skutecznie utrudnia śledztwo i wcale nie ma zamiaru współpracować z Idą, Kruchym, Rudą, czy resztą ekipy śledczej. Idzie jednak udaje się zdobyć kolejny klucz do jego wspomnień - wspomnień, które przytłaczają swą ponurością. 

W trzeciej części przygód Idy Brzezińskiej zaskoczyła mnie nie tyle co zmiana klimatu na jeszcze mroczniejszy niż w poprzednim tomie, co niezwykły progres w obrębie warsztatu literackiego Martyny Raduchowskiej. To, że wrocławianka potrafi pisać cudownie wiem nie od dziś (Łzy Mai, czy Spektrum to przecudownie napisane książki), jednak i tak Fałszywy Pieśniarz kompletnie otumanił mnie właśnie na poziomie językowym. Autorka czaruje słowem, bawi się językiem polskim, w proste zdania wplata idealną porcję środków stylistycznych i wychodzi jej to doskonale. Niestety w tej części bohaterowie drugoplanowi - oprócz Idy i Kruchego, których relacja pogłębia się i komplikuje jednocześnie - schodzą na drugi plan. Mało tu Tekli, Pecha, Gryzaka, czy innych postaci, które do tej pory ubarwiały lekturę. Treść odnosi się do poprzednich tomów, tak więc przeczytanie tej książki bez znajomości wcześniejszych części, nie wchodzi w grę. Wpierw zachęcam do przeczytania Szamanki od umarlaków, następnie Demona Luster, a dopiero później Fałszywego Pieśniarza. 


Na kontynuację przygód Idy Brzezińskiej niektórzy czytelnicy musieli czekać aż pięć lat - ja na szczęście niecałe dwa. Fałszywy Pieśniarz najprawdopodobniej jest zakończeniem tej historii, choć jak dobrze wiemy, różnie to bywa. Może autorce będzie równie trudno rozstać się z bohaterami i magiczną Polską? Mam taką nadzieję, bo smutno będzie nam bez Idy, Kruchego, Pecha, Gryzaka, Tekli i całej reszty barwnych bohaterów. 

* materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 



czwartek, 26 marca 2020

291. Oddaj albo giń, Olga Rudnicka

Biblioteka. Miejsce, w którym każdy szmer jest traktowany jak zbrodnia, a jedyne zagrożenie, jakie może spotkać czytelnika, to spadająca z półki tysiącstronicowa powieść lub kara pieniężna za nieoddanie książki w terminie. Kto by spodziewał, że pewnego ranka pracownicy biblioteki znajdą w środku trupa i... nieprzytomnego dyrektora. Olga Rudnicka, poczytna autorka komedii kryminalnych powraca z kolejną historią, która przyśpieszy proces powstawania zmarszczek na waszej twarzy - ale pamiętajcie, śmiech to zdrowie. 

Olga Rudnicka to absolwentka Pedagogiki w Wyższej Szkole Komunikacji i Zarządzania w Poznaniu, autorka wielu powieści powieści kryminalnych, między innymi: Martwe Jezioro, Czy ten rudy kot to pies?, Zacisze 13 i Zacisze 13: Powrót. Pracuje jako asystentka osób niepełnosprawnych w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Śremie. Kocha jazdę konną i rytmy latynoamerykańskie, zwłaszcza salsę. Namiętnie czyta Joannę Chmielewską, Stephena Kinga, Joe Hilla, Tess Gerritsen i Jeffery'ego Deavera. *

A podobno nie ma nic nudniejszego niż praca w bibliotece! Takie spostrzeżenie pojawiło się w głowie Matyldy Dominiczak, gdy stała nad leżącym w archiwum trupem jednego z czytelników, o którym mogła powiedzieć tylko tyle, że zazwyczaj nie zwracał książek w terminie. Jeszcze tego ranka niewinna bibliotekarka staje się główną podejrzaną w sprawie o zabójstwo. Matylda nie zwykła pozostawiać w rękach innych osób tego, co da radę zrobić sama. Wbrew przeciwnościom losu, protestom męża, zakazom naczelnika policji i niechęci dyrektora biblioteki postanawia odkryć prawdę, a przynajmniej oczyścić się z zarzutów i podsunąć śledczym innego podejrzanego. **


Choć Olga Rudnicka od dłuższego czasu intensywnie działa na rynku książkowym, to do tej pory nie miałam okazji przeczytać żadnej z jej książek. Nie świadczy to jednak o tym, że o tej pani nigdy wcześniej nie słyszałam - bo słyszałam i to całkiem sporo, zwłaszcza pozytywnych opinii. Oddaj albo giń to jej najnowsza powieść, którą wydawnictwo Prószyński i -ska wypuściło na rynek 10 marca. To ponad czterystustronicowa historia nietuzinkowej bibliotekarki, trzydziestodwuletniej Matyldy Dominiczak - domorosłej pani detektyw, fanki Agathy Christie oraz teorii spiskowych, która odnajduje w swym jakże spokojnym miejscu pracy ciało nieżywego mężczyzny. Od tego momentu na każdym kroku wpada pod nogi policjanta pragnącego wyjaśnić, co tak naprawdę zdarzyło się w bibliotece. Z kolei Matylda... cóż, ona tylko chce odmienić swoje nudne życie - bibliotekarki, żony flegmatycznego Romana i matki dziesięcioletniej Moniki. Jednak czy zaplątanie się w sprawę morderstwa jest dobrym sposobem na to, by dodać swojemu życiu nieco emocji? 

,,Nie wiem, czy nie pamiętam, czy po prostu nie wiem, kto mnie uderzył, ale jakie znaczenie ma to, czy nie wiem, czy też nie pamiętam, skoro i tak nic nie pamiętam...''.

Matylda to dziwaczka i podglądaczka, a przy tym jedyna w swoim rodzaju komediantka i królowa pecha. Główną bohaterkę najnowszej powieści Olgi Rudnickiej z łatwością można polubić, jednak jej dziwactwa potrafią wielokrotnie zadziwić czytelnika - przede wszystkim skłonność do mówienia do samej siebie, zwłaszcza w miejscach publicznych; a jak nie mówienia, to żywego gestykulowania w takt pędzących myśli. Można byłoby pomyśleć, że Matylda Dominiczak cierpi na biegunkę słowną, gdyż jej usta praktycznie nigdy się nie zamykają. Dodatkowo wścibstwo kobiety wpakowało ją w niemałe kłopoty, a że nasza bohaterka ma tendencję do podejmowania złych decyzji, to zakopała się w nich po uszy. Drugim głównym bohaterem powieści jest niejaki Antoni Marecki, policjant, który potrafi wyłowić z wypowiedzi Matyldy kluczowe fakty, a nawet doszukać się w nich logiki. Wspólnymi siłami, warstwa po warstwie, odkrywają prawdę. 

Właściwie każdy bohater powieści Oddaj albo giń ma w sobie coś zabawnego - coś, co sprawi, że wasze kąciki ust mimowolnie się uniosą i nawet w tych trudnych i jakże stresujących czasach będziecie w stanie beztrosko się uśmiechnąć. Nie mogłabym nie wspomnieć o trzech panach występujących w tejże historii - panu Pawlickim, dyrektorze biblioteki, który niejednokrotnie mnie rozbawił swą pompatyczną postawą człowieka na stanowisku; panu Stanisławie Tomczaku, komisarzu w wieku przedemerytalnym i jego przesłuchaniach godnych Złotej Maliny; a także Romanie Dominiczaku, małżonku naszej Matyldy, który pomimo swojego flegmatycznego usposobienia potrafi pokazać pazur - co prawda, w tempie godnym leniwca, ale jednak. 


Jeżeli chodzi o wątek kryminalny, to nie do końca mnie on do siebie przekonał i wciągnął na tyle, by czytać do samego końca tylko po to, by dowiedzieć się, kto stoi za biblioteczną zbrodnią. Czytałam dla głównych bohaterów - dla zabawnych monologów Matyldy, potyczek słownych, luźnego tonu historii i pozytywnej energii płynącej z kart tej powieści. W wolnej chwili można przeczytać. 

* Lubimy Czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

piątek, 28 lutego 2020

284. Poryw, Kinga Wójcik

Tegoroczny debiut będący rozpoczęciem kryminalnej serii o komisarz Lenie Rudnickiej. Książka, zgodnie z tytułem, porywa już od pierwszych stron, a silni i charakterystyczni bohaterowie z łatwością zapiszą się w pamięci czytelnika - Poryw autorstwa Kingi Wójcik swoją premierę miał lekko ponad miesiąc temu, więc czym prędzej zabierajcie się za lekturę! Zwłaszcza, że w przygotowaniu kolejny tom serii. 

Kinga Wójcik urodziła się w 1994 roku w Tomaszowie Mazowieckim. Z wykształcenia jest politologiem. Ukończyła Wydział Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Pochodzi z rodziny policyjnej. Prywatnie fanka buldogów francuskich i filmów z serii Transformers. *

Klemens Chmielny, sumienny księgowy, wzorowy syn i mąż pada ofiarą morderstwa. Żona, przyjaciel, pracownicy hotelu, w którym pracował, oraz zagadkowa kobieta ze zdjęcia, a nawet matka i ojciec ofiary - każde z nich mogło mieć motyw, aby pozbyć się Klemensa. Wszystko wskazuje na to, że ten niepozorny mężczyzna wiódł podwójne życie… Śledztwo prowadzi nowy tandem śledczy łódzkiej komendy - bezkompromisowa i ekscentryczna komisarz Lena Rudnicka wraz z nieśmiałym nowicjuszem, sierżantem Marcelem Wolskim. **


Debiutancka powieść Kingi Wójcik porywa czytelnika już od pierwszych stron. Pozornie błahe zniknięcie mężczyzny rozpoczyna lawinę nieprzewidywalnych zdarzeń, oraz otwiera drzwi do życia człowieka zaplątanego we własne tajemnice. Niestety sprawca afery nie może pomóc młodemu tandemowi łódzkiej policji, gdyż znajduje się w jednej z szarych lodówek w lokalnym Zakładzie Medycyny Sądowej. Autorka powołała do życia autentycznych i charakternych bohaterów: bezkompromisową i wyzutą z emocji komisarz Lenę Rudnicką, oraz Marcela Wolskiego, młodego sierżanta będącego przeciwieństwem swojej starszej koleżanki a zarazem partnerki. Para poznaje się w dosyć nietypowych okolicznościach, które drastycznie wpłyną na ich współpracę. 

Lena Rudnicka to flagowa bohaterka nowej serii kryminalnej debiutującej autorki. Seria ta zarówno pod względem tematyki, jak i oprawy graficznej bardzo przypomina mi sagę o Lipowie Katarzyny Puzyńskiej, jednak wcale mi to nie przeszkadza. Podoba mi się swego rodzaju minimalizm królujący na okładce oraz dynamiczne przygody łódzkich gliniarzy, które aż kipią od emocji, tajemnic i podejrzanych. W tej książce naprawdę dużo się dzieje, a przystępne pióro Kingi Wójcik sprawia, że można czytać właściwie bez przerwy! Komisarz Rudnicka kandydatką do otrzymania orderu uśmiechu zdecydowanie nie jest. Lena to wulgarna, chamska, bezwzględna, ale wyjątkowo skuteczna młoda pani komisarz, która wiele ukrywa zarówno przed bliskimi sobie osobami, jak i czytelnikiem. Komisarz skrywa swoje prawdziwe oblicze za fasadą obcesowości, arogancji i gruboskórności, i nawet po niemalże 500-stronicowym pierwszym tomie nie jestem w stanie stwierdzić, kim tak naprawdę jest Lena Rudnicka. Ta bohaterka jeszcze nieraz nas zaskoczy - i to nie tylko barwnymi hasłami i ripostami. Marcel Wolski to drugi główny bohater, syn komendanta, który wcześniej pracował w Warszawie. W przeciwieństwie do Leny, mężczyzna budzi pozytywne emocje w czytelniku. To dobry człowiek mający twardy kręgosłup moralny. Zapewne ta postać zostanie z nami na dłużej, z czego bardzo się cieszę, gdyż Marcela nie sposób nie polubić. Oczywiście fabuła nie kręci się tylko i wyłącznie wokół tej dwójki. Mamy szereg postaci drugoplanowych oraz epizodycznych - a także intrygujący wątek kryminalny pełen niejasności, ślepych uliczek i podejrzanych. 

Kinga Wójcik głównie skupia się na losach policjantów oraz śledztwa z ich punktu widzenia, ale raz za czas mamy okazję przyjrzeć się z bliższa podejrzanym lub osobom zamieszanym w sprawę. Pojawiają się również treści związane z życiem prywatnym głównych postaci. Dzięki takiemu sposobowi relacjonowania zdarzeń czytelnik nie nudzi się nawet przez moment - autorka co rusz częstuje nas szokującymi faktami z życia ofiary, które w mniejszym bądź większym stopniu rzutują na sprawę kryminalną. Prawda została głęboko zasypana sekretami i kłamstwami. Zarówno Klemensa Chmielnego, jak i innych osób. 


Pierwszy tom serii o komisarz Lenie Rudnickiej zrobił na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Autorka umie przyciągnąć i utrzymać uwagę czytelnika - dodatkowo udało jej się wykreować dynamicznych i nieprzewidywalnych bohaterów, o których chce się czytać - co prawda, główna bohaterka miejscami już przesadza ze swą wszechobecnymi bluzgami, ale potrafi również rozśmieszyć. co do prokuratora Nawrockiego - barwna i niełatwa postać; mało brakowało, a sama dałabym się nabrać. Więcej zdradzać nie będę, a Ci którzy książkę przeczytali, powinni wiedzieć, o co mi chodzi. 

Zachęcam Was do sięgnięcia po debiut Kingi Wójcik, zwłaszcza że drugi tom serii o komisarz Lenie Rudnickiej pod tytułem Spektakl już jest w przygotowaniu. Sądzę, że przygody młodego tandemu łódzkiego zespołu policjantów przypadną Wam do gustu równie mocno co mnie. 

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

czwartek, 20 lutego 2020

282. Wszystko albo nic, M.S. More

Świeżynka z gatunku literatury kobiecej, a także debiut literacki młodej polskiej autorki, ukrywającej się pod intrygującym pseudonimem artystycznym M.S. More. Wszystko albo nic to książka, która kusi zmysłową okładką obiecującą płomienny romans oraz lawinę gwałtownych uczuć. Idealna lektura na luty, który mi przede wszystkim kojarzy się z walentynkami! Jednak jak zapewne doskonale wiecie - z tymi debiutami to tak różnie bywa. Zwłaszcza jeżeli chodzi o literaturę kobiecą. 

M.S. More to stworzony na potrzeby aplikacji Wattpad pseudonim artystyczny Magdaleny Łopąg, studentki pedagogiki, której serce lata temu skradły romanse zagranicznych autorek. Pisze od kilku lat, od niedawna dzieli się swoimi utworami w internecie. Uwielbia wsłuchiwać się w słowa piosenek, które często są dla niej źródłem natchnienia podczas pisania — jej ulubionym wykonawcą jest raper Filipek. Kocha zwierzęta, zwłaszcza swoją kotkę Pyzię, która jest jej oczkiem w głowie.  *

Natalie ma bogatego ojca, przyjaciółkę Gen, która poszłaby za nią w ogień, i krąg znajomych, z którymi spędza czas na zabawie, plotkach i wygłupach. Na pozór: nastolatka jakich wiele. Co prawda niedawno rozstała się ze swoim chłopakiem Aaronem, ale na horyzoncie pojawił się właśnie tajemniczy brunet Blaise. Natalie jeszcze nie wie, czy Blaise bardziej ją irytuje, czy fascynuje... Bo intryguje na pewno. Wydaje się, że dziewczyna przeżyje wkrótce płomienny romans. Jednak życiowe ścieżki nie zawsze biegną prosto, a powierzchowne sądy nie w każdym przypadku okazują się trafne... **

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz sięgnęłam po powieść z gatunku literatury kobiecej i choć nie jestem fanką tego typu książek, to muszę przyznać, że w ostatnim czasie nabrałam ogromnej ochoty na historie z gorącym romansem w roli głównej! Jeżeli chodzi o ten gatunek, moją niezaprzeczalną faworytką jest Whitney G., której każda romantyczna opowieść skradła cząstkę serca, a zwłaszcza Thirty Day Boyfriend. Sięgając po Wszystko albo nic, miałam cichą nadzieję, że M.S. More okaże się moją polską Whitney G. - jednak debiut ten, choć lekki i całkiem przyjemny w odbiorze, posiada też kilka wad, które trochę dały mi w kość podczas lektury. 


Wszystko albo nic to lekka, niezobowiązująca lektura, która sprawdzi się po ciężkim dniu w pracy bądź nużących wykładach na uczelni. Co prawda, nie jest to literatura górnolotna - raczej zwykłe babskie czytadło, jednak i tak spędziłam przy tej książce dobre chwile. Autorka posługuje się prostym językiem, przy którym czytelnik może wyłączyć umysł i pozwolić sobie na pełen relaks. Historia została przedstawiona z perspektywy głównej bohaterki, osiemnastoletniej Natalie Rosley, z jednorazowym przeskokiem na męskiego głównego bohatera, czyli Blaise'a Dallasa. Wartka akcja, silny magnetyzm między kluczowymi postaciami i nieprzewidywalność ich zachowań zdecydowanie opowiadają się po stronie debiutu M.S. More. Natalie to charakterna bohaterka nie dająca sobie w kaszę dmuchać, z kolei Blaise to czarujący, pewny siebie bohater, który wie czego chce i nie cofnie się przed niczym, aby to zdobyć - jednocześnie skrywa brudną tajemnicę. 

Lekkość historii i niezaprzeczalna charyzma bohaterów połączona z relacją love-hate wciągają odbiorcę w spiralę gwałtownych uczuć, zabawnych sytuacji, potyczek słownych i uroków młodości. A jednak - Wszystko albo nic nie jest książką idealną. W trakcie lektury dosyć często czułam irytację, którą budziła we mnie Natalie Rosley, co chwilę marudząca jak jej źle w roli beztroskiej córki miliardera, jednocześnie leżąc w wannie i nie przejmując się niczym poważnym. Ponadto jej reakcje były stanowczo przesadzone, a powody do robienia dram naciągnięte jak guma w majtkach Tess Holliday - i choć bohaterka nie chciała być rozpieszczoną latoroślą bogacza, a córką hydraulika, to właśnie w takiej roli sprawdzała się znakomicie: pyskata, marudna, zabijająca czas błahostkami i imprezami, oraz niedająca czytelnikowi żadnego powodu, by uważał, że stać ją na coś więcej. W dodatku Natalie miała tendencję do nadużywania takich słów jak dupek i głupek, co również szybko przestało mnie bawić, a zaczęło działać na nerwy. Właściwie niezbyt polubiłam jej osobę, choć miewała lepsze momenty, w których mogłam powiedzieć, że... czuję do niej sympatię, ale jej kolejne zachowania szybko deptały te pozytywne uczucia, dlatego mogę napisać, że Natalie Rosley w roli narratorki niezbyt dobrze się spełniła, ale też nie zupełnie najgorzej. Jeżeli chodzi o długość rozdziałów oraz dynamikę akcji jestem bardzo na tak. Czy poirytowana, czy zaintrygowana, na nudę marudzić nie mogłam. Choć... zakończenie okazało się dosyć przewidywalne. 


Podsumowując, Wszystko albo nic to dobry sposób na relaks i niezły debiut z gatunku literatury kobiecej, jednak autorka musi popracować nad kreacją bohaterów, tak aby mieli w sobie coś więcej niż ładne buźki i niezłe teksty. Resztę oceniam pozytywnie. Miło było przenieść się do świata, w którym rządzi młodość i beztroska, jednak pojawiają się również tajemnice i smutki dnia codziennego. Natalie i Blaise to nieidealna para, przez co ich relacja jest jedyna w swoim rodzaju - pełna przepychanek, ale również chemii, dzikiej pasji oraz uczuć - jednocześnie niechcianych i silnych. Nie ukrywam, że do autorki, która miała początki na Wattpadzie podeszłam ze sporą ostrożnością, a zostałam całkiem pozytywnie zaskoczona. Błyskawiczna lektura, przy której można odpłynąć w świat bohaterów - jednak do książki warto podejść z przymrużeniem oka. 

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red! 


wtorek, 4 lutego 2020

279. Aryjskie papiery, Jerzy Dynin

Poruszająca historia człowieka, który podczas II Wojny Światowej oszukał przeznaczenie, przyjmując fałszywą tożsamość. Aryjskie papiery to przeżycia jednej osoby wypowiadającej się za tysiące cierpiących i prześladowanych ludzi. Głos poległych, wspomnienie strachu, bólu i głodu. Książka ta została doceniona przez poprzedniego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Baracka Obamę. 

Jerzy Dynin urodził się w 1925 roku w Łodzi. W czasie wojny, wraz z matką, współdziałał z Armią Krajową i polskim państwem podziemnym, za co w 2019 r. został uhonorowany medalem Pro Patria, przyznawanym za zasługi w kultywowaniu pamięci o walce o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej. Po wojnie wyjechał najpierw do Palestyny, a potem do USA, gdzie przez większość życia zajmował się biznesem. Mieszka z rodziną w Athens, w stanie Georgia. *

Ile rodzin jest w stanie jeść z jednego talerza? Jak uniknąć obowiązkowego korzystania z miejskiej łaźni? Czy miłość da się ukryć tak jak pochodzenie? Czy rodzinna biżuteria zagwarantuje przetrwanie? Dlaczego, walcząc o swoje życie, ratować również kogoś obcego? We wrześniu 1939 roku Dyninowie, zamożna łódzka rodzina żydowska, uciekają najpierw do Wilna, a potem na Kresy. Czternastoletni wtedy Jerzy razem z matką i siostrą trafia pod opiekę rodziny Plater-Zyberków, która zmienia im jedną literę w nazwisku i przedstawia jako swych krewnych. **


Jerzy Dynin rozpoczyna swą opowieść od opisu jego jeszcze normalnego, przedwojennego życia. Poznajemy go jako zdolnego chłopca należącego do szanowanej rodziny Żydowskiej, ucznia  łódzkiego gimnazjum społecznego, aktualnie VIII LO im. A. Asnyka. Autor przybliża czytelnikowi swoją osobę, pisze o swojej rodzinie, miejscu zamieszkania. Dyninowie mieszkali w Łodzi, którą opuścili we wrześniu 1939 roku, zostawiając za sobą rodzinę, dom, przyjaciół i sporą część majątku. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, co ich czeka - jak wiele stracą, ile nocy spędzą sparaliżowani strachem o siebie i swoich bliskich. 

W ostatnich latach sporo mówi się o II Wojnie Światowej, a niektóre teorie i prawdy potrafią zadziwić i przerazić. Wystarczy przytoczyć tu przemowę Władysława Putina z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz, by zdać sobie sprawę, jak elastyczna potrafi być owa prawda. Aryjskie papiery to książka przypominająca swego rodzaju świadectwo Jerzego Dynina, który nie tyle co widział, ile doświadczył na własnej skórze okrucieństwa i czystego, chorego zła wyrządzonego mu przez drugiego człowieka. Człowieka, który podobno został stworzony na podobieństwo Boga, lecz patrząc wstecz coraz częściej zastanawiam się, o jakim bogu była mowa, bo chyba nie o tym, w którego ja osobiście wierzę. 

Jerzy Dynin zmieniając jedną literkę w swoim nazwisku (Dunin) przyjął tożsamość polskiego arystokraty, unikając tym śmierci z rąk wyznawców Hitlera i jego ideologii o czystości rasowej. Podczas sześciu lat wojny Dyninowie wielokrotnie zmieniali miejsce zamieszkania, niejeden raz przekraczając przy tym granice państw Europejskich. Początkowo poruszali się na wschód, odwiedzając po drodze, między innymi, Warszawę, by zatrzymać się w Wilnie. Dyninowie spędzili tam dwa lata, żyjąc podobnie jak w rodzinnej Łodzi. Wojna tak naprawdę dopadła ich w 1941 roku. Na swej drodze spotkali wielu złych, ale także i dobrych ludzi, którzy ryzykując własne życie, ratowali ich. Na szczególną uwagę zasługuje rodzina Plater-Zyberków - szczególnie przejęta losem rodziny Jerzego. Autor Aryjskich papierów pisze, że bez ich pomocy nie przetrwaliby wojny. 


Jerzy Dynin w swych wspomnieniach, pisanych w 1946 roku, a zebranych w całość w 2002, opisuje szczególnie sytuację społeczną Polski i Litwy, oraz głównie koncentruje się na losach Żydów. To właśnie tam Dyninowie przeżywają najmroczniejsze chwile swojego życia - jednakże nie da się ukryć, że los Jerzego, jego mamy oraz siostry jest lepszy od wielu innych ludzi obciążonych w trakcie wojny żydowskim pochodzeniem. Dyninowie unikają ghetta, lecz głowa rodziny zostaje skazany na wywózkę w nieznane. Jerzy musi przejąć rolę ojca, zadbać o mamę i malutką wówczas siostrzyczkę. 

Dzwonię. Drzwi otwiera starsza kobieta. "Czy jest pan Głowiński?", pytam na wpół przytomnie. "A któż to taki?", odpowiada. Łzy się cisną do oczu...

Czytelnik zostaje przytłoczony opisem cierpienia i okrucieństwa. Nawet po lekturze nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak wiele przeszli Ci ludzie, ile zupełnie niewinnych ludzi straciło życie w imię jakiejś chorej idei. W szczególności niczemu winnych dzieci, które urodziły się w złym miejscu i złym czasie. W moje serce wyjątkowo mocno trafiły reprodukcje rodzinnych zdjęć Jerzego, a w szczególności portrecik Maji, kuzynki Jerzego, która mając zaledwie kilka latek została zamordowana wraz ze swoją babcią w obozie Treblinka w 1942 roku. 

Aryjskie papiery to poruszające i niezwykle szczere wspomnienia człowieka, któremu udało się przeżyć II Wojnę Światową nawet z bezustannie ciążącym wyrokiem śmierci - pochodzeniem żydowskim. Książkę warto przeczytać dla samego siebie - oraz dla prawdy i pamięci o tych, którzy polegli. 

* Lubimy czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka!

sobota, 1 lutego 2020

278. Moc, Anna Lewicka

Finałowy tom Trylogii Mocy i Szału autorstwa Anny Lewickiej. Książki tej nieco się obawiałam po kiepskiej części drugiej noszącej tytuł Szał. Przygody Igi Olszańskiej doprawdy doprowadziły mnie do szału, a od kompulsywnego przewracania oczami omal nie nabawiłam się zeza, a uwierzcie, że krótkowzroczność całkowicie mi wystarczy. Środkowej siostry Olszańskiej kompletnie nie polubiłam (przyznam, że po upływie czasu nie lubię jej jeszcze bardziej), tak samo jak głównego męskiego bohatera, czyli Alexa, będącego jej charakterologicznym odpowiednikiem. Na szczęście trzecia i ostatnia część skupia się na losach najstarszej siostry - niejakiej Sówki, czyli Aleksandry, o której już słyszeliśmy co nieco w poprzednich tomach. Czy ostatni tom Moc uratuje Trylogię Mocy i Szału? 

Anna Lewicka to kobieta – orkiestra: pisarka, księgowa, żona i matka dwójki dzieci. Z całej duszy feministka. Pochodzi z Łodzi, ale mieszka w Warszawie – złamała swoje serce na pół i oddała po równo każdemu z tych miast. Hoduje ziarna kefirowe i uprawia miętę balkonową, a w wolnych chwilach, kiedy akurat nie pisze – szyje i projektuje ubrania (drugim okiem oglądając Netflixa). Uwielbia też spotykać się z grupą wieloletnich przyjaciół na wspólne rozgrywanie sesji RPG i planszówki. Książki od zawsze stanowiły nieodłączną część jej życia, a przez ostatnie lata także i sfery zawodowej – jako tłumacz przełożyła z języka angielskiego kilkanaście tytułów. Od dziecka z fascynacją zanurzała się w lekturach mitologii, baśni i legend z całego świata, a później również w osobliwych kreacjach pisarzy fantastycznych, aż w końcu sama zaczęła tworzyć w głowie własne światy i opowieści. *

W ZWIĄZKU Z TYM, IŻ JEST TO TRZECI TOM TRYLOGII, MOGĄ POJAWIĆ SIĘ NAWIĄZANIA DO POPRZEDNICH TOMÓW, A CO ZA TYM IDZIE - SPOILERY. 

Złowieszczy cień zapada nad rodziną sióstr Olszańskich. Po tajemniczym zniknięciu Igi, jej najstarsza siostra, Sówka, postanawia wziąć sprawy we własne ręce i dowiedzieć się, jakie siły stoją za ostatnimi wydarzeniami. W tych poszukiwaniach pomaga jej Gustav, którego poczucie odpowiedzialności również nakazuje mu zadbać o bezpieczeństwo swoich najbliższych. Nie wiedzą jednak, że w tym samym czasie wiedźma szykuje swoją pułapkę… Idąc śladami wiedźmy, Sówka i Gustav przebywają drogę przez jesienne Bieszczady po zimną, pełną wichrów Islandię, i niezauważenie zbliżają się do siebie, połączeni wspólnym celem. Czy na tej wulkanicznej wyspie znajdą odpowiedzi na swoje pytania? Czy zdążą ocalić rodzinę, zanim okaże się za późno? **


Trylogia Mocy i Szału to historia trzech sióstr Olszańskich z magią oraz siłami nadprzyrodzonymi w tle. Pierwszym tomem trylogii Anny Lewickiej jest Więź, po który sięgnęłam w październiku 2019 roku. Skupiał się on na losach Alicji Olszańskiej, warszawskiej studentki, która podczas zimowej przerwy postanawia wybrać się w Bieszczady. Poznaje tam Wiktora oraz trafia na trop magicznej, ale i niebezpiecznej tajemnicy przeklętego jeziora. Wydarzenie to rozpoczyna szereg niespodziewanych zdarzeń, które drastycznie wpłyną na życie Alicji, Wiktora, a także dwóch starszych sióstr dziewczyny i przyjaciół mężczyzny. Więź czaruje zimowym klimatem i romantyczną historią. Z kolei druga część prezentuje losy Igi - środkowej, rozrywkowej i odważnej siostry Olszańskiej. Jej historia jest bezpośrednio związana z poprzednim tomem, jednak zostaje przedstawiona w nieco inny sposób. Nie znajdziemy tu romantycznego klimatu Więzi, lecz emocjonujący rollercoaster, który mi osobiście do gustu nie przypadł. Jak dla mnie był przesadzony i infantylny. W Mocy autorka wraca do korzeni. Już po pierwszym rozdziale wiedziałam, że książkę będzie mi się czytało o wiele lepiej niżeli Szał. Po pierwsze i najważniejsze - zmiana głównej bohaterki; po drugie - powrócił magiczno-romantyczny klimat rodem z pierwszego tomu. Po trzecie - Iga zaginęła, więc do pewnego momentu nie będę musiała znosić jej zachowania. W poprzednich tomach postać niejakiej Sówki przewijała się gdzieś w tle - już z samych komentarzy i spostrzeżeń młodszych sióstr można było wywnioskować, że Aleksandra Olszańska to poważna i nieco snobistyczna osoba, nienawidząca berserków. Często zastanawiałam się, skąd wzięła się ta nienawiść? Jakie wydarzenie zaważyło na jej niechęci do nich? Jednak moją główną zagwozdką było, kim jest ta przeklęta wiedźma?

Trzeci tom na tle Szału wypada... rewelacyjnie. Historia Sówki od samego początku przypadła mi do gustu. Z łatwością polubiłam jej osobę - w pewien sposób zrozumiałam, ponieważ jej zachowanie we wcześniejszych tomach nie było dla mnie do końca jasne. Jej osobowość w dużej mierze ukształtowały wydarzenia z dzieciństwa - w młodym wieku spadła na nią ogromna odpowiedzialność, która odebrała jej przywilej bycia beztroską nastolatką. Poz tym, Moc zawiera o wiele więcej elementów fantastycznych, za co jestem ogromnie wdzięczna autorce, bowiem już przy okazji wcześniejszym części wspominałam, że wątek paranormalny tej historii posiada ogromny potencjał, który do tej pory nie został wykorzystany nawet w połowie. Czytelnik w końcu ma okazję zmierzyć się z istotą, która nawiedzała przeklęte jezioro - kolejny plus przyznaję za sposób przedstawienia niejakiej Tunridy, która otwiera ostatni tom trylogii i co jakiś czas odkrywa przed odbiorcą swoją historię, motywy oraz myśli. To potężna i skomplikowana istota, którą będę pozytywnie wspominać - chociaż jest ona ciemnym charakterem. W tym momencie nie mogłabym nie wspomnieć o Gustavie - który podobnie jak Alicja z Wiktorem oraz Iga z Alexem, zostaje połączony z Aleksandrą. To dosyć przewidywalne, ale jednocześnie pozytywne rozwiązanie. Gustava polubiłam już jako bohatera epizodycznego, a jako głównego - jeszcze bardziej. Wraz z bohaterami podróżujemy w różne miejsca, podążając śladem Tunridy. W tle dojrzały, subtelny wątek miłosny. 


Wydawnictwo oraz autorka w ciekawy sposób potraktowali oprawę oraz wnętrze książki. Każdy rozdział rozpoczyna następująca litera z islandzkiego alfabetu runicznego (młodszy futhark islandzki). Anna Lewicka postanowiła przetłumaczyć runy na potrzeby historii - tłumaczenia są przypisane głównie do rozdziałów pisanych z perspektywy Tunridy. Jak zapewne się domyślacie - zakończenie trylogii oceniam jak najbardziej na plus. Cieszę się, że autorce udało się wybrnąć z kiepskiego tomu drugiego. Dostrzegłam również (kolejną) poprawę w jej stylu. Co prawda, wciąż znajduje się tutaj sporo zbędnej treści, ale na pewno jest lepiej. Lewicka nie spoczęła na laurach - rozwija swoje umiejętności pisarskie, a skłonność do rozdmuchiwania treści może jest wpisana w charakter jej pióra. Jednym się spodoba, innym nie.  Ja zdecydowanie znajduję się w tej  drugiej grupie. Nie lubię być zasypywana opisami życia codziennego bohaterów. Wolę akcję i konkret. Jednak po kolejne książki autorki sięgnę. Jest potencjał.

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Jaguar!

czwartek, 23 stycznia 2020

275. Ćma, Jakub Bielawski

Jedna z najbardziej specyficznych, pokręconych i...dziwnych książek, jakie przeczytałam. Ćma Jakuba Bielawskiego należy do gatunku (a właściwie podgatunku literatury), który w Polsce dopiero zaczyna się pojawiać i zdobywać serca odbiorców - weird fiction. Weird fiction to podgatunek fantastyki, łączący w sobie tematykę nadprzyrodzoną, mityczną a także naukową. Powstał on na pograniczu XIX oraz XX wieku. Najpopularniejszymi autorami tego podgatunku są H.P. Lovecraft, Lord Dunsany oraz Arthur Machen. Terminem tym określa się utwory z pogranicza horroru, fantasy oraz science-fiction.

Jakub Bielawski to z wykształcenia historyk, z zamiłowania historyk, z zawodu historyk. Dzieciństwo spędzone w byłym województwie wałbrzyskim w latach 90. pozbawiło go złudzeń co do rzeczywistości i zawartych w niej konserwantów. Jak chwast wyrósł na urodzajnej glebie Kotliny Dzierżoniowskiej. Gdyby był psem, miałby cztery lata. Obecnie udowadnia światu, że można wygrać na kilku frontach jednocześnie. Szczęśliwy konkubent i lokator dwójki burych kotów. *

Dolnośląska prowincja w pierwszych latach XXI wieku. Poniemieckie miasteczka więdną w posępnym cieniu Gór Sowich. Tutaj ludzie umierają na życie. Może to coś w wodzie, albo w powietrzu? Dawnych mieszkańców tych okolic wyrwano z korzeniami, a trzecie pokolenie polskich przesiedleńców wciąż niepewnie bada niegościnny grunt. Bardziej przypominają w tym chwasty niż ludzi. Najmłodsze z latorośli muszą się jednak zmierzyć z trudną i straszną historią regionu. W miejscu, gdzie ludzie odwracają wzrok od zachodzącego słońca, przyjdzie im spojrzeć w puste oczy ciemności. Jakie sny będą śnić, kiedy miast kołysanki usłyszą tylko cichy szelest łuskowatych skrzydeł tysięcy ciem? **


Już z pierwszych rozdziałów powieści Jakuba Bielawskiego płynie klaustrofobiczna atmosfera lęku, którego źródło trudno zdefiniować. Niepokój zdaje się płynąć zewsząd, obezwładnia i dusi czytelnika równie mocno, co bohaterów powieści. Gdzieś tam czai się coś złego, jednak nie wiadomo dlaczego nie chce, bądź nie może przybrać fizycznej formy. Ćmy - identyczne kopie obrzydliwych, nocnych motyli wychodzące wprost z gardła jednej z bohaterek są zwiastunem nieznanej, nieokrzesanej mocy. Paskudny, piwniczny zapach przywodzący na myśl okrucieństwo i cierpienie, atakuje nozdrza drugiej - to kolejne mroczne preludium nadchodzącej katastrofy. Jakub Bielawski przeraża odbiorcę na kilka sposobów, a jego najstraszniejszą bronią jest plastyczność opisów wpływających na wszystkie zmysły czytelnika. Kolejna charakterystyczna cecha pióra naszego rodzimego pisarza jest autentyczny, żywy dialog wypełniony - a momentami wręcz przepełniony - wulgaryzmami, slangiem młodzieżowym wymieszanym z gwarą lokalną oraz językiem potocznym. Bielawski nie upiększa rzeczywistości - a wręcz przeciwnie. Dodaje jej smętnego, depresyjnego klimatu. Budzi w czytelniku niepokój, który wraz z rozwojem fabuły zmienia się w strach - z kolei niesmak wywołany niezbyt przyjemnymi opisami ewoluuje w obrzydzenie. 

,,Lęki żyją dłużej niż pamięć i tradycje, nie znają różnic kulturowych ani językowych''.

Dopiero w połowie książki źródło nieznanej mocy zaczyna manifestować swą fizyczność - jednakże czymże jest to paraliżujące zło? Do tego momentu Bielawski gra na zmysłach odbiorcy. Rozbudza w nim ciekawość i strach przed czymś, co mieszka bądź egzystuje w Górach Sowich.

Kaja to pozostawiona samej sobie zagubiona nastolatka o skłonnościach autodestrukcyjnych - żyjąca w przeświadczeniu o własnej brzydocie, beznadziejności i bezużyteczności. Dziewczyną opiekuje się babcia, która w konfrontacji z dziką, nieokrzesaną i buntowniczą naturą wnuczki pozostaje całkowicie bezczynna. Nastolatka nie potrafi zaakceptować samej siebie. Czuje się bezwartościowa i nikomu niepotrzebna. Rozwiązania swych problemów szuka w alkoholu, samotności i papierosach. 

Nina to dziewczyna z dobrego domu. Pilna uczennica liceum, której celem i spełnieniem marzeń rodziców jest miejsce na studiach medycznych. Przyszła lekarka; ślicznotka... nienawidząca samej siebie. Życie nastolatki na pierwszy rzut oka przypomina utopię: wielki dom, bogaci rodzice, świetlana przyszłość - jednak gdy nikt nie patrzy, śnieżnobiały uśmiech jej matki znika, oczy zachodzą mgłą po trzecim kieliszku wina, a wzorowy ojciec i mąż zatapia się w ciele młodej kochanki. Nina swe smutki, podobnie jak Kaja, topi w alkoholu i innych używkach.   

Czy polubiłam główne bohaterki powieści Jakuba Bielawskiego? Nie. Dziewczyny stanowiły epicentrum nastoletnich uczuć i emocji - egoistycznych, przesadzonych i wytłuszczonych. Jednak w pewien sposób rozumiałam ich zachowanie. Rozumiałam bunt i złość na wszystkich i wszystko. W ich zachowaniu dostrzegałam przede wszystkim ból i rezygnację -smutek, samotność i poczucie przegranej. Jednak miejscami czułam zmęczenie wulgarnym zachowaniem i ciągłym wyklinaniem Kaji; stylem bycia pasującym bardziej do pijaczka spod sklepu, niżeli do nastolatki. Z kolei Nina wywoływała we mnie znużenie swym cierpiętniczym podejściem do życia.  W moim mniemaniu,  kreacja głównych bohaterek nie należy do mocnych stron tej powieści.  Co prawda, dorastanie rządzi się swoimi prawami, ale bez przesady z tym weltschmerzem. 


Ćma to ciekawy i oryginalny polski horror zawierający elementy fantasy oraz delikatnie obsypany klimatem science-fiction. Warto po niego sięgnąć choćby ze względu na gatunek - weird fiction - który w Polsce stanowi swego rodzaju nowość. Bielawski uczynił odważny krok  wybierając gatunek nieżyjącego już twórcy literatury grozy - legendarnego H.P. Lovecrafta. Ćma to lektura bezbłędnie wpływająca na emocje i uczucia czytelnika. To mocna, tajemnicza, ale i niejednoznaczna i niełatwa historia skupiająca się na losach dwóch nastolatek drastycznie się od siebie różniący, a jednocześnie mających wiele wspólnego.  

* lubimy czytać
** materiały wydawcy 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Vesper!


poniedziałek, 6 stycznia 2020

272. Siła niższa, Marta Kisiel

Kontynuacja nietuzinkowych i zdecydowanie nietypowych przygód Konrada Romańczuka oraz dożywotników Lichotki. Siła niższa to przedostatnia książka, którą przeczytałam w minionym roku. Pełna oryginalnych bohaterów wykraczających poza ramy normalności, kipiąca specyficznym humorem autorki, a także wartką i nieprzewidywalną akcją. Marta Kisiel wie, jak rozbawić czytelnika i wyrwać go z szarej rzeczywistości, jednak jej twórczość jest jedną z tych, którą albo się kocha, albo nie trawi. Choć ja książki Marty Kisiel bardzo lubię, to wiem, że zdanie na ich temat jest dosyć mocno podzielone. Cóż... prawda jest taka, że zanim sięgnie się po którąś z książek tej pani, trzeba wrzucić na luz i przestać traktować wszystko tak poważnie - gwarantowana poprawa samopoczucia! 

Marta Kisiel-Małecka (ur. 18 października 1982 we Wrocławiu) – polska pisarka fantasy, z wykształcenia polonistka. Zadebiutowała opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna na łamach internetowego magazynu literackiego „Fahrenheit” (nr 53/2006). W 2010 roku wydawnictwo Fabryka Słów opublikowało jej pierwszą książkę Dożywocie, należącą do serii „Asy Polskiej Fantastyki”. Trzykrotnie została nominowana do Nagrody Zajdla – powieści Nomen omen (2015), Siła niższa (2016) oraz opowiadanie Szaławiła, za które otrzymała nagrodę w 2018 roku. Fani autorki określają ją słowem ałtorka. * 

Czy warto było odziedziczyć Lichotkę? Ten stary dom w gotyckim stylu, zamieszkały przez ferajnę niecodziennych postaci: naiwnego anioła, rozmiłowanego w gotowaniu morskiego potwora, widmo romantycznego poety, cztery utopce, kotkę o bardzo ostrych pazurach oraz dziwnego królika? Z pewnością można w takim towarzystwie przeżyć niejedną przygodę, o czym początkujący pisarz przekonuje się na własnej skórze? Konrada Romańczuka męczy codzienna rutyna. Za to niczym nowym nie są już dla niego nadprzyrodzone zjawiska. Mimo wszystko zaskakuje go fakt, iż nie jest on jedynym posiadaczem anioła stróża. **

,,Bo w bamboszkach nie sposób być niemiłym. A kiedy ty jesteś miły dla innych, to inni są mili dla ciebie. Tak działa ten świat. Alleluja''.

Z twórczością Marty Kisiel po raz pierwszy miałam okazję zetknąć się w 2018 roku. Od tego czasu w miarę regularnie sięgam po jej powieści, cykle, a także opowiadania. O dziwo, wrocławska autorka w dłuższej, jak i krótszej formie radzi sobie nadzwyczaj dobrze, a swój sukces zawdzięcza niewątpliwie oryginalności historii, którymi częstuje swoich czytelników. To odważna i nowatorska autorka, która nie boi się nieco zamieszać, powywracać język polski do góry nogami i sprawić, że czytelnik buchnie śmiechem w niezbyt dobrym momencie. 


Siła niższa to drugi tom cyklu Dożywocie, w którym poznajemy Konrada Romańczuka, urocze Licho, mistrza patelni Krakena, a także szereg innych barwnych postaci. Pierwszy tom noszący taki sam tytuł jak cały cykl, czytałam w lecie 2019, a podczas lektury bawiłam się wprost wybornie. Z kolei trzeci tom, już nieco inny ze względu na zmianę głównych bohaterów, czytałam w marcu minionego roku. Oczy uroczne zauroczyły mnie nie na żarty i do dzisiaj książka ta stanowi moją ulubioną Marty Kisiel, a także jedną z najlepszych przeczytanych w 2019 roku. Jak widać, cykl przeczytałam nieco na opak (najpierw trzeci, potem pierwszy i drugi tom), ale nie miało to negatywnego wpływu na moje odczucia. Z lekturą Siły niższej nieco zwlekałam, jednak dobrze się stało, że sięgnęłam po tę pocieszną książkę w okresie Świąt Bożego Narodzenia, ponieważ ten czas dla mnie i mojej rodziny co roku oznacza ciężką pracę. Uwierzcie mi, że druga część cyklu Dożywocie przyniosła mi sporą psychiczną ulgę i pozwoliła ukoić skołatane nerwy, za co jestem ogromnie wdzięczna ałtorce (celowy błąd) oraz wydawnictwu. Poza tym, zima wcale nie jest złym czasem na przeczytanie tej książki, gdyż część akcji Siły niższej ma miejsce właśnie podczas Świąt Bożego Narodzenia. 

W fabule odnalazłam się bez żadnego problemu, jednak Marta Kisiel nie byłaby sobą, gdyby nie dodała jeszcze większej ilości elementów fantastycznych oraz dziwacznych, irytująco-intrygujących bohaterów (mowa tu oczywiście o Tsadkielu oraz wikingu z okładki) potrafiących wywołać uśmiech praktycznie u każdej osoby. Jak zwykle urocze Licho dodawało całości ogromnej dawki słodkości wymieszanej z naiwnością charakterystyczną dla wieku dziecięcego, a opryskliwe utopce dwukrotnie popełniły zamach na moją osobę, wywołując we mnie niespodziewany atak śmiechu w momencie, gdy piłam herbatę. Niestety (a może i stety) zabrakło tu Szczęsnego, depresyjnego poety widma, a także seryjnego samobójcy, za to mamy bandę Niemców i Camillę w nieco innej odsłonie. Jak widać - w książce naprawdę sporo się dzieje, autorka bawi się słowem, co można dostrzec już w ciekawym tytule, eksperymentuje z formą, stawia na wyrazistość obrazów oraz żywy, autentyczny dialog. 


Siła niższa to godna kontynuacja udanego Dożywocia, przy której wspaniale się bawiłam. Odpoczęłam, wyluzowałam i trochę popracowałam nad zmarszczkami. To ciepła historia pełna magicznych bohaterów, których połączyła dosyć nietypowa przyjaźń oraz szereg mniej lub bardziej dziwnych sytuacji. Cykl Marty Kisiel to pozycja uniwersalna, która trafi zarówno do młodszego, jak i starszego czytelnika. Nie brak tu również mądrych treści, których należy wypatrywać między wersami. Nie zmienia to jednak faktu, że główne skrzypce gra tutaj specyficzny humor autorki, który kompletnie podbił moje serce. Jeżeli chodzi o twórczość tej pani, to ja jestem zawsze na tak! 

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 

poniedziałek, 9 grudnia 2019

269. Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer, Anna Sakowicz

Poruszająca lektura pisana z perspektywy dziecka, dotycząca kwestii śmierci, pożegnania się z bliską osobą, a także wpływu choroby na człowieka oraz jego rodzinę. Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer to książka napisana przez autorkę raczej nieznaną, lecz historię Anielki i jej babci spokojnie można postawić obok Oskara i pani Róży Erica Emmanuela Schmitta, czy mojej ukochanej Dziewczyny z pomarańczami Josteina Gaardera. Mocna, autentyczna, ale i niezwykle wzruszająca. 

Anna Sakowicz to urodzona w 1972 roku absolwentka filologii polskiej, filozofii i edukacji filozoficznej na Uniwersytecie Szczecińskim oraz edytorstwa współczesnego na Uniwersytecie im. kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Uwielbia wędrówki po meandrach literatury, czarny humor oraz zabawę konwencją literacką. Mieszka w Starogardzie Gdańskim. Publikowała artykuły w prasie pedagogicznej. Prowadzi dwa blogi: www.kuradomowa.blogujaca.pl i www.anna-sakowicz.blog.pl. Jeden z jej postów został nagrodzony w konkursie przez Onet.pl i Ambasadę Szwajcarii. * Autorka literatury dziecięcej, obyczajowej, a także romansów. 

Nieproszony lokator wywraca do góry nogami życie rodziny. Do domu Anielki, jej siostry, rodziców i babci wprowadza się Alzheimer. To on sprawia, że babcia staje się zapominalska, myli imiona, nie poznaje domowników i nie radzi sobie z codziennymi czynnościami. Anielka nie lubi pana A., jak go nazywa. Pisze do niego listy i nakłania, żeby wyprowadził się od babci. Wtedy wszystko będzie w porządku. Babcia wyzdrowieje. Czy na pewno? **

Choroba bliskiej osoby to temat, który od dawna spędza mi sen z powiek. Wizja, że ktoś z moich ukochanych mógłby zachorować na śmiertelną chorobę wywraca mój żołądek do góry nogami. Myślę, że na taki cios nie da się przygotować w żaden sposób, a tym bardziej zrozumieć okrutność losu i całkowicie się z nim pogodzić. Można powiedzieć, że Anna Sakowicz postanowiła poruszyć kwestię nieco niewygodną i niemodną - bo kto chce czytać o śmierci i pożegnaniu, kiedy życie winno polegać na samych przyjemnościach? Wbrew aktualnej modzie Sakowicz sięga po temat tabu i bezlitośnie chwyta czytelnika za serce. 

Życie małej Anielki wywraca się do góry nogami, gdy wraz z babcią do jej domu wprowadza się niejaki pan A. - złośliwy jegomość, który burzy spokój rodziny i wszystkich doprowadza do łez. Straszy babcie, złości mamę, wkłada buty do lodówki, a w dodatku za wszystko obwinia staruszkę! Anielka nie wie kim tak naprawdę jest pan A., ale jedno jest pewne - musi szybko wynieść się z ich domu! 

Główną bohaterką oraz narratorką historii jest Aniela, kilkuletnia dziewczynka. Z kolei ta niewielka, 136-stronicowa książka jest zbiorem jej listów do pana A., czyli - jak łatwo można się domyślić - Alzheimera. Początkowo dziewczynka chorobę postrzega jako niewidzialną osobę, która uwzięła się na jej babcię. Nieproszonego gościa, burzyciela i intruza. Anielka w listach obrazuje sytuację swojej rodziny; to jak Alzheimer wpływa nie tylko na swą ofiarę, ale i bliskie jej osoby. Szczególnie w serce i pamięć zapadła mi mama Anielki, a córka babci, która tę tragedię zniosła najgorzej - w końcu patrzyła na swą mamę, niegdyś jej opiekunkę, osobę przy której się wychowała. Teraz bezbronnego człowieka, przypominającego bardziej dziecko niż dorosłego. Nie wyobrażam sobie równie bolesnego widoku...

,,Złe rzeczy zdarzają się tylko w filmach''. 

Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer to historia oparta na osobistych przeżyciach autorki, której pan A. powoli zabiera mamę - kawałek po kawałku, wspomnienie po wspomnieniu. Książka ta jest swego rodzaju pogodzeniem się z rzeczywistością. To niezwykle smutna historia przedstawiona w lekki, a czasem nawet zabawy sposób. Jednak w tym przypadku uśmiechowi towarzyszą łzy i ból promieniujący prosto z serca. Podziwiam autorkę za odwagę i siłę, dzięki którym napisała tę książkę i zmierzyła się z własnym cierpieniem. Mam nadzieję, że każdy z was sięgnie po historię Anielki i jej babci Tosi. Naprawdę warto, a nawet trzeba to zrobić. 

Ciekawa koncepcja, wartościowa treść okraszona intrygującymi ilustracjami autorstwa Ewy Beniak-Haremskiej. W środku na czytelnika nie czekają białe strony, lecz takie, które przypominają kartki z zeszytu. W końcu są to listy dziewczynki - zapewne pisane na kartkach brudnopisu. Na końcu książeczki odbiorca ma okazję dowiedzieć się co nieco na temat choroby, jaką jest Alzheimer a także odkryć, kim był Alois Alzheimer. Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer to książka w sam raz dla dorosłego, jak i młodszego odbiorcy. W jej lekturze odnajdziecie wielki przekaz i jeszcze większe emocje. 

* lubimy czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Poradnia K! 


wtorek, 19 listopada 2019

265. Choinka cała w śniegu, Joanna Szarańska

Cudowna, świąteczna nowość od wydawnictwa Czwarta Strona oraz Joanny Szarańskiej, autorki Czterech płatków śniegu oraz Anioła na śniegu. Pisarka umila Święta Bożego Narodzenia polskim czytelnikom od 2017 roku, dostarczając im uroczych opowieści o mieszkańcach kamienicy na ulicy Weissa 5. Jej książki wyróżniają się lekkim humorem i sympatycznymi bohaterami, którzy zmagają się z codziennością. W tle (a może i na pierwszym planie) grudniowe święta. W lutym tego roku w poście, w którym przedstawiłam wam sześć książek z zimą w tle, zamieściłam pierwszy tom jej cyklu, czyli Cztery płatki śniegu z notką, że w kolejne święta koniecznie muszę przeczytać tę książkę! Cóż... kto by się spodziewał, że przygodę z Szarańską i mieszkańcami kamienicy rozpocznę od tyłu. 

Joanna Szarańska to osoba pogodna i czarująca świat swoim uśmiechem. Obserwuje mijające dni z niegasnącym entuzjazmem i oczekuje, że w swoim życiu zrobi coś naprawdę ważnego. Dla innych i dla siebie. Copywriterka o stu specjalnościach. Zakochana w piłce nożnej, języku hiszpańskim i książkach. Miłośniczka powieści Stephena Kinga. Tych najdłuższych. Blogerka z zamiłowania, pisarka dotychczas szufladowa i nałogowa marzycielka. Współpracuje z fundacją Miasto Słów i Klubem z Kawą nad Książką. Na co dzień mama, żona i opiekunka najpiękniejszego pod słońcem schroniskowca rasy mieszanej. * 

W bloku przy ulicy Weissa prym wiedzie pani Michalska – dozorczyni zawsze gotowa służyć pomocą. Mieszkańcy przychodzą do niej po rady i wsparcie, a kiedy nadchodzi ten niezwykły czas, to jej najbardziej zależy na tym, by sąsiedzi byli sobie bliscy jak rodzina. Zanim jednak wszyscy zaczną świętować, muszą wyjaśnić sobie kilka spraw. Pomoc potrzebującym nie tylko ich zjednoczy, ale i sprawi, że odkryją w końcu, co jest naprawdę ważne. W codziennym zabieganiu warto na chwilę przystanąć i zachwycić się magią świątecznego drzewka. **


Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że to jedna z wielu pozycji, które opowiadają o trywialnych losach trywialnych ludzi, jednak Choinka cała w śniegu potrafi obudzić w czytelniku prawdziwego ducha świąt. Dowodem na to jestem choćby ja - pod wpływem książki pani Joanny namiętnie słucham świątecznych hitów od ponad tygodnia! Choć nie czytałam poprzednich części (Cztery płatki śniegu, 2017, Anioł na śniegu, 2018 - wydawnictwo Czwarta Strona) to bez problemu odnalazłam się w historii. Książkę można czytać bez znajomości wcześniejszych tomów cyklu świątecznego Cztery płatki śniegu. Co ciekawe, Choinka cała w śniegu może funkcjonować jako samodzielna historia, lub zakończenie cyklu, tak więc to od czytelnika zależy, w jaki sposób przeczyta te książki.

Przenosimy się na ulicę Weissa 5, gdzie mieszkańcy tamtejszej kamienicy szykują się do świąt. Każdy w swoim zaciszu domowym i na swój sposób - jedni z rozmachem, z uszanowaniem tradycji, a inni... wcale. Ich przygotowaniom towarzyszą perypetie życiowe.  Fabuła książki została zbudowana na relacjach międzyludzkich - rodzinnych, przyjacielskich, sąsiedzkich, a także tych sercowych. Mamy wielu bohaterów, a o każdym z nich mamy okazję sporo się dowiedzieć dzięki krótkim, lecz dynamicznym rozdziałom. Niczym pani Michalska - dozorczyni kamienicy - zaglądamy do każdego mieszkania i podglądamy życie prywatne mieszkańców. Treść nie ma charakteru moralizatorskiego, a więc czytelnik może samodzielnie ocenić postępowanie bohaterów. Autorka pozostaje także bezstronna w kwestii ich podziału - na dobrych i złych. Lekki i ciepły humor można dostrzec już na pierwszej stronie. Książka ta wspaniale koi zszargane nerwy i w ekspresowym tempie poprawia humor. Uspokaja i unosi kąciki ust. Dzięki powieści Joanny Szarańskiej otoczy was korzenny zapach pierników, na skórze poczujecie płatki śniegu, a wasze usta samoistnie ułożą się do pierwszych słów ulubionych świątecznych hitów. To urocza, zabawna i ciepła historia w sam raz na mroźną zimę, przedstawiająca losy ludzi takich jak my - także łapcie za kubek z ciepłą herbatką i zabierajcie się do lektury! 


Muszę przyznać, że świąteczny cykl Joanny Szarańskiej ma jedną z najpiękniejszych opraw graficznych, jaką widziałam - a odpowiada za nią Magda Bloch. Kwintesencja świąt! Pamiętam, gdy w 2017 roku w jednym z krakowskich empików z fascynacją oglądałam egzemplarz Czterech płatków śniegu, lecz w porę (lub właśnie nie w porę) mój narzeczony, a wtedy jeszcze chłopak odciągnął mnie od działu z książkami. Cóż... jestem książkoholiczką i niestety on doskonale o tym wie. 

Choinka cała w śniegu to książka, która wzbudziła we mnie wiele pozytywnych emocji. Zauroczyła, ogrzała i ukoiła - a także obudziła we mnie ducha świąt, na które teraz czekam z utęsknieniem. Mam nadzieję, że będą one równie magiczne co na ulicy Weissa 5. Choć jest to zabawna i lekka historia, to nie brakuje w niej miejsca na łzy wzruszenia, a także refleksje. Mam nadzieję, że jeszcze przed tymi świętami uda mi się przeczytać poprzednie tomy cyklu. 

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy 


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona!