Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Britt Collins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Britt Collins. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

109. Mój przyjaciel kot, Britt Collins

Po dodających otuchy psich historiach (Był sobie pies, Psiego Najlepszego) przyszedł czas na kocie opowieści! Osobiście uwielbiam koty, więc nie mogłabym przejść obojętnie obok tej książki, jednakże zanim zabrałam się za lekturę, postanowiłam zapoznać się z tematem i przeczytać co nieco o prawdziwej historii Michaela Kinga - bezdomnego mężczyzny, który pewnego dnia znalazł kotkę. Zainteresowanych odsyłam do artykułu w języku angielskim, oraz zapraszam na zapoznanie się z moimi odczuciami po lekturze książki. 

Britt Collins to była redaktorka naczelna pisma Voyager, której teksty publikowano w wielu czasopismach. Mieszka w Londynie, jednakże często odwiedza Los Angeles. W wolnych chwilach wolontariuszka w schroniskach dla zwierząt na całym świecie - zbiera fundusze i dociera do najbardziej potrzebujących czworonogów!. Mój przyjaciel kot to debiut literacki kobiety. 

,,Koty to ukojenie dla duszy."

Michael King to bezdomny alkoholik, którego dawne życie w szczęściu skończyło się w momencie śmierci ukochanej osoby. Od tego czasu King pląta się po ulicach, prowadząc wędrowniczy styl życia. Pomimo bezdomności mężczyźnie udało się nawiązać trwałe przyjaźnie z ludźmi żyjącymi w podobnych warunkach. Pewnego dnia na drodze bezdomnego staje pstrokata kotka, która diametralnie odmienia życie Michaela. 

Na tę książkę miałam ochotę już od pierwszych zapowiedzi na stronie wydawnictwa. Wprost nie mogłam się jej doczekać, a gdy otrzymałam możliwość zrecenzowania powieści byłam przeszczęśliwa. Jak już wspominałam na początku, koty wprost uwielbiam, przez co podeszłam do tej książki mega pozytywnie i nie ukrywam, że trochę się zawiodłam. Nie chodzi o historię, bo przygoda jaką przeżył Michael King z kotką była piękna, wzruszająca i popierająca moje przekonanie, że kot tak samo jak pies może być wspaniałym towarzyszem człowieka, jednakże Britt Collins poniosła pewną klęskę, a ów klęską była postać Rona, pierwotnego właściciela Tabor/Maty. O mamo! Nawet ciężko mi opisać katorgę jaką przeżyłam czytając rozdziały skupiające się na tym mężczyźnie - i od razu zaznaczam, że cudzysłów wcale nie odnosi się do orientacji seksualnej bohatera. Ron był niczym typowa baba przeżywająca PMS - w sumie to był nawet gorszy, bo kobiecie ten stan minie, jemu nie. Wiem jak to jest stracić ukochanego pupila, bo przeżyłam to, co bohater - a właściwie przeżyłam nawet nieco więcej, walcząc o życie mojego kota, a na końcu będąc obecną przy usypianiu... Nie będę się rozpisywać na ten temat, bo skończy się to na łzach. Jednakże postać dorosłego faceta wpadającego w depresję po zaginięciu kota - pisanie o nim na każdym możliwym forum internetowym, notoryczne użalanie się nad sobą do znajomych i rodziny, wizyty u wróżek nawiązujących telepatyczną więź z zaginionymi pupilami, zamykanie się w domu i palenie zniczy w oknach po dziewięciu miesiącach od nieszczęśliwego zdarzenia to stanowczo za dużo! Ludzie dookoła nas codziennie zmagają się z prawdziwymi problemami - śmierć ukochanej osoby, choroba dziecka... a nasz bohater całkowicie się załamał z powodu kota? Ja śmierci swojego pupila nie przyjęłam z uśmiechem na twarzy - wręcz przeciwnie, przez pierwszy tydzień byłam chodzącym nieszczęściem z opuchniętymi od łez oczami, ale trzeba żyć dalej. Mam nadzieję, że osobowość Rona to w większości fikcja, bo facet doprowadził mnie niejednokrotnie do bólu głowy. 


Teraz przejdę do powodów, dla których Mój przyjaciel kot okazał się być miłą i ciekawą lekturą, którą czytałam niemalże cały czas z przyjemnością. Po pierwsze: przekaz powieści. Każdy zasługuje na przyjaźń oraz przyjaźń możemy znaleźć w miejscu, w którym nigdy byśmy się nie spodziewali. To właściwie temat przewodni tejże książki. Kto by się spodziewał, że osoba mieszkająca na ulicy od lat ma w sobie tyle dobroci, by pomóc rannemu kotowi, zaopiekować się nim i szczerze pokochać? Większość moich znajomych uważa bezdomnych za bandę nierobów, osób, które skończył alkohol - nie kłócę się z nimi, bo często to prawda, jednakże pośród tych ludzi wiele jest takich, których w życiu spotkało coś druzgocącego, co odmieniło ich na zawsze. Michael King jest jednym z nich. Czasem trzeba niewiele, by przywrócić w człowieku nadzieję. 

,,Nie bądź nigdy nieżyczliwy dla obcych, bo odrobina dobroci może cię zaprowadzić naprawdę daleko, a czasem nawet pomóc przetrwać całe życie."

Po drugie: koty! Jak zapewne już się domyśliliście, jestem typem kociary. Od zawsze miałam swojego kociego przyjaciela. Uwielbiam te mądre stworzenia i wolę je od psów - które zresztą też uwielbiam! Cieszę się, że do świata literatury wkroczyły właśnie takie rozgrzewające serca historie, w których to nasi czworonożni przyjaciele grają główne skrzypce. Mój przyjaciel kot prezentuje więź człowieka ze zwierzęciem, która odmienia jego życie, sprawia, że staje się on kimś, kogo już dawno w sobie zatracił. 


Po trzecie: ta historia jest na faktach! Jak widać, nie wszystkie zaskakujące historie powstają w głowach autorów powieści. Niezwykła przygoda (miejscami przerywana przez żałosne zrzędzenie Rona) bezdomnego mężczyzny i jego ukochanego futrzaka zdarzyła się naprawdę. Ta powieść była w sam raz dla mnie: Dla wszystkich, którzy kochali i stracili kota. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece!