Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Vesper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Vesper. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2020

298. Całopalenie, Robert Marasco

Jedna z najważniejszych powieści grozy, pochodząca ze złotego okresu literackiego horroru w Stanach Zjednoczonych. Kanoniczne dzieło, prekursorska historia epoki, będąca fundamentem gatunku literatury grozy. Całopalenie polskiego wydania dopiero doczekało się w tym roku, po 47 latach od czasu powstania. 

Robert Marasco to amerykański pisarz, dramaturg i nauczyciel, autor horrorów. Do jego najbardziej znanych dzieł należą wystawiana na Broadway'u sztuka Child's Play oraz powieść Całopalenie, która otrzymała kinową adaptację. Marasco urodził się Bronxie, ukończył studia na Fordham University. Po otrzymaniu dyplomu uczył łaciny w liceum, które sam ukończył - Regis High School na Manhattanie. Jego doświadczenie jak nauczyciela posłużyło mu za inspirację do napisania Child's Play, które zyskało duży rozgłos i otrzymało prestiżowe nagrody. Oprócz tego napisał dwie powieści. *

Ben i Marian Rolfe mają już serdecznie dość swojego ciasnego, dusznego mieszkania na Brooklynie, które podczas upalnego lata staje się nie do wytrzymania. Kiedy więc trafia im się okazja na wynajęcie luksusowej rezydencji na północy stanu za jedyne 900 USD za cały sezon, po prostu nie mogą odmówić. Właściciele mają jednak nietypową prośbę: w odległym skrzydle budynku, za dziwnymi, misternie rzeźbionymi drzwiami mieszka starsza kobieta, pani Allardyce, a nowi lokatorzy w ramach umowy wynajmu muszą zobowiązać się do przygotowywania jej posiłków. **

Całopalenie to książka, o której szczerze mówiąc, nie miałam zielonego pojęcia do czasu, gdy wydawnictwo Vesper, znane z powieści grozy (zarówno tych współczesnych, jak i klasycznych), zaproponowało mi recenzję tej powieści. Na paczkę czekałam z ogromnym wyczekiwaniem, a gdy tylko dzieło Roberta Marasco dotarło do mnie, postanowiłam szybko je przeczytać. Obok takich książek nie jestem w stanie przejść obojętnie, zwłaszcza że horror i klasykę uwielbiam, a połączenie tych dwóch gatunków to mój literacki kawałek nieba.   


Lektura tej powieści była... intensywna, uzależniająca i w pewnym sensie mrożąca krew w żyłach. Jednak nie w sposób znany z ówczesnego typowego horroru pełnego straszaków i obrzydliwych opisów. Całopalenie to historia, która wywołuje stałe uczucie niepokoju, gdyż Robert Marasco stopniowo buduje napięcie i poczucie zagrożenia, jednocześnie nie wskazując jednoznacznego źródła tych emocji. Tu główną rolę nie pełnią bohaterowie - rodzina Rolfe, która na czas letni wprowadza się do zniszczonej rezydencji i pełni tam rolę gospodarzy oraz opiekunów posiadłości - lecz sama posesja, przypominająca żywy organizm. Dopiero z czasem czytelnik odkrywa, że dom ten jest niczym pasożyt, żywiący się swymi mieszkańcami. Powoli wysysa z nich to, co dobre, odbierając im jednocześnie siły witalne oraz zdrowie psychiczne. Tajemnica i źródło tej diabelskiej mocy schowane jest głęboko w środku posiadłości, zamknięte za misternymi drzwiami, wokół których roi się od zdjęć udręczonych ludzi. Atmosfera z każdym rozdziałem niebezpiecznie się zagęszcza, otacza bohaterów i czytelnika - wciąga, przeżuwa a na końcu wypluwa. 

Całopalenie to bezsprzecznie klasyka gatunku i dzieło jedyne w swoim rodzaju. Lektura tej powieści, gdy tylko zagłębiłam się w zawiłość historii i oswoiłam się z dosyć cierpkim piórem autora, była dla mnie ogromną przyjemnością. Roberto Marasco nie daje się ponieść emocjom. Narracja jest dosyć jałowa i właśnie przez to, wydarzenia mające miejsce w niesamowitej i ponurej posiadłości, tak mocno dają się we znaki czytelnikowi. To, co czuje - niepokój stopniowo przeradzający się w strach, niepewność czy poczucie niebezpieczeństwa, należą tylko i wyłącznie do niego. Coś tu jest zdecydowanie nie tak, a bohaterowie nieuchronnie zmierzają ku własnej zagładzie. Powieść ta mocno wpływa na psychikę czytelnika. Autor bawi się zmysłami odbiorcy i bohaterów, niejednokrotnie sprawiając, że wydarzenia mające miejsce w powieści stawiamy pod znakiem zapytania. Czy to, co się dzieje w domu, jest prawdziwe, czy może jest wytworem wyobraźni  jego tymczasowych mieszkańców? Bo przecież dom, sam w sobie, nie może być zły, prawda? Nie ma tu w końcu duchów przemykających gdzieś w tle, samoistnie spadających obiektów, niepokojących głosów, dźwięków, udręczonego zawodzenia - a wręcz przeciwnie. Z każdym kolejnym dniem rezydencja rozkwita, staje się coraz piękniejsza, bogatsza w estetykę. Wszystko zmierza ku lepszemu, a jednocześnie... wręcz przeciwnie.  


Robert Marasco straszy w sposób subtelny, a jednocześnie zdecydowany. Wdziera się do umysłu odbiorcy i wręcz zmusza do pozostania w tej mrocznej rzeczywistości aż do ostatniej strony. Tu diabeł tkwi w szczegółach, samoistnym odradzaniu się rezydencji i powolnym upadku jego mieszkańców. Całopalenie trawi od środka, sięga każdej części ciała bohaterów, aż w końcu po ich jestestwie pozostanie tylko pył - zresztą wskazuje na to tytuł powieści, który przez długi czas był dla mnie swoistą zagadką i właściwie dopiero teraz, podczas pisania tego tekstu, udało mi się dojść do takich wniosków. Oceniając powieść całościowo, mogę śmiało stwierdzić, że jest to niezwykle przemyślana historia, która zdecydowanie zasługuje na uwagę polskich czytelników. Ten literacki horror z 1973 roku stał się prekursorem wielu powieści z gatunku literatury grozy, w których można doszukać się pewnego rodzaju podobieństw właśnie do Całopalenia - w tym momencie mogę wymienić choćby Lśnienie Stephena Kinga. Jednak czy Całopalenie tak naprawdę straszy? Na pewno nie w sposób nam znany - jest to inny strach, pochodzący z głębi, nie z otoczenia. Na pochwałę zasługuje nie tylko treść, ale także polskie wydanie powieści. Twarda oprawa, mroczna okładka oraz niepokojące ilustracje autorstwa Macieja Kamudy. Cóż, nie pozostało mi nic innego, jak polecić wam tę historię - naprawdę warto!

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Vesper!

czwartek, 23 stycznia 2020

275. Ćma, Jakub Bielawski

Jedna z najbardziej specyficznych, pokręconych i...dziwnych książek, jakie przeczytałam. Ćma Jakuba Bielawskiego należy do gatunku (a właściwie podgatunku literatury), który w Polsce dopiero zaczyna się pojawiać i zdobywać serca odbiorców - weird fiction. Weird fiction to podgatunek fantastyki, łączący w sobie tematykę nadprzyrodzoną, mityczną a także naukową. Powstał on na pograniczu XIX oraz XX wieku. Najpopularniejszymi autorami tego podgatunku są H.P. Lovecraft, Lord Dunsany oraz Arthur Machen. Terminem tym określa się utwory z pogranicza horroru, fantasy oraz science-fiction.

Jakub Bielawski to z wykształcenia historyk, z zamiłowania historyk, z zawodu historyk. Dzieciństwo spędzone w byłym województwie wałbrzyskim w latach 90. pozbawiło go złudzeń co do rzeczywistości i zawartych w niej konserwantów. Jak chwast wyrósł na urodzajnej glebie Kotliny Dzierżoniowskiej. Gdyby był psem, miałby cztery lata. Obecnie udowadnia światu, że można wygrać na kilku frontach jednocześnie. Szczęśliwy konkubent i lokator dwójki burych kotów. *

Dolnośląska prowincja w pierwszych latach XXI wieku. Poniemieckie miasteczka więdną w posępnym cieniu Gór Sowich. Tutaj ludzie umierają na życie. Może to coś w wodzie, albo w powietrzu? Dawnych mieszkańców tych okolic wyrwano z korzeniami, a trzecie pokolenie polskich przesiedleńców wciąż niepewnie bada niegościnny grunt. Bardziej przypominają w tym chwasty niż ludzi. Najmłodsze z latorośli muszą się jednak zmierzyć z trudną i straszną historią regionu. W miejscu, gdzie ludzie odwracają wzrok od zachodzącego słońca, przyjdzie im spojrzeć w puste oczy ciemności. Jakie sny będą śnić, kiedy miast kołysanki usłyszą tylko cichy szelest łuskowatych skrzydeł tysięcy ciem? **


Już z pierwszych rozdziałów powieści Jakuba Bielawskiego płynie klaustrofobiczna atmosfera lęku, którego źródło trudno zdefiniować. Niepokój zdaje się płynąć zewsząd, obezwładnia i dusi czytelnika równie mocno, co bohaterów powieści. Gdzieś tam czai się coś złego, jednak nie wiadomo dlaczego nie chce, bądź nie może przybrać fizycznej formy. Ćmy - identyczne kopie obrzydliwych, nocnych motyli wychodzące wprost z gardła jednej z bohaterek są zwiastunem nieznanej, nieokrzesanej mocy. Paskudny, piwniczny zapach przywodzący na myśl okrucieństwo i cierpienie, atakuje nozdrza drugiej - to kolejne mroczne preludium nadchodzącej katastrofy. Jakub Bielawski przeraża odbiorcę na kilka sposobów, a jego najstraszniejszą bronią jest plastyczność opisów wpływających na wszystkie zmysły czytelnika. Kolejna charakterystyczna cecha pióra naszego rodzimego pisarza jest autentyczny, żywy dialog wypełniony - a momentami wręcz przepełniony - wulgaryzmami, slangiem młodzieżowym wymieszanym z gwarą lokalną oraz językiem potocznym. Bielawski nie upiększa rzeczywistości - a wręcz przeciwnie. Dodaje jej smętnego, depresyjnego klimatu. Budzi w czytelniku niepokój, który wraz z rozwojem fabuły zmienia się w strach - z kolei niesmak wywołany niezbyt przyjemnymi opisami ewoluuje w obrzydzenie. 

,,Lęki żyją dłużej niż pamięć i tradycje, nie znają różnic kulturowych ani językowych''.

Dopiero w połowie książki źródło nieznanej mocy zaczyna manifestować swą fizyczność - jednakże czymże jest to paraliżujące zło? Do tego momentu Bielawski gra na zmysłach odbiorcy. Rozbudza w nim ciekawość i strach przed czymś, co mieszka bądź egzystuje w Górach Sowich.

Kaja to pozostawiona samej sobie zagubiona nastolatka o skłonnościach autodestrukcyjnych - żyjąca w przeświadczeniu o własnej brzydocie, beznadziejności i bezużyteczności. Dziewczyną opiekuje się babcia, która w konfrontacji z dziką, nieokrzesaną i buntowniczą naturą wnuczki pozostaje całkowicie bezczynna. Nastolatka nie potrafi zaakceptować samej siebie. Czuje się bezwartościowa i nikomu niepotrzebna. Rozwiązania swych problemów szuka w alkoholu, samotności i papierosach. 

Nina to dziewczyna z dobrego domu. Pilna uczennica liceum, której celem i spełnieniem marzeń rodziców jest miejsce na studiach medycznych. Przyszła lekarka; ślicznotka... nienawidząca samej siebie. Życie nastolatki na pierwszy rzut oka przypomina utopię: wielki dom, bogaci rodzice, świetlana przyszłość - jednak gdy nikt nie patrzy, śnieżnobiały uśmiech jej matki znika, oczy zachodzą mgłą po trzecim kieliszku wina, a wzorowy ojciec i mąż zatapia się w ciele młodej kochanki. Nina swe smutki, podobnie jak Kaja, topi w alkoholu i innych używkach.   

Czy polubiłam główne bohaterki powieści Jakuba Bielawskiego? Nie. Dziewczyny stanowiły epicentrum nastoletnich uczuć i emocji - egoistycznych, przesadzonych i wytłuszczonych. Jednak w pewien sposób rozumiałam ich zachowanie. Rozumiałam bunt i złość na wszystkich i wszystko. W ich zachowaniu dostrzegałam przede wszystkim ból i rezygnację -smutek, samotność i poczucie przegranej. Jednak miejscami czułam zmęczenie wulgarnym zachowaniem i ciągłym wyklinaniem Kaji; stylem bycia pasującym bardziej do pijaczka spod sklepu, niżeli do nastolatki. Z kolei Nina wywoływała we mnie znużenie swym cierpiętniczym podejściem do życia.  W moim mniemaniu,  kreacja głównych bohaterek nie należy do mocnych stron tej powieści.  Co prawda, dorastanie rządzi się swoimi prawami, ale bez przesady z tym weltschmerzem. 


Ćma to ciekawy i oryginalny polski horror zawierający elementy fantasy oraz delikatnie obsypany klimatem science-fiction. Warto po niego sięgnąć choćby ze względu na gatunek - weird fiction - który w Polsce stanowi swego rodzaju nowość. Bielawski uczynił odważny krok  wybierając gatunek nieżyjącego już twórcy literatury grozy - legendarnego H.P. Lovecrafta. Ćma to lektura bezbłędnie wpływająca na emocje i uczucia czytelnika. To mocna, tajemnicza, ale i niejednoznaczna i niełatwa historia skupiająca się na losach dwóch nastolatek drastycznie się od siebie różniący, a jednocześnie mających wiele wspólnego.  

* lubimy czytać
** materiały wydawcy 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Vesper!


środa, 4 grudnia 2019

268. Adwokat diabła, Andrew Neiderman

Książka, na podstawie której powstał film o tym samym tytule. Mogliśmy w nim zobaczyć rewelacyjne kreacje Keanu Reevesa, Ala Pacino oraz Charlize Theron. Powieść Adwokat diabła musiała troszkę poczekać na swoją kolei, bo choć lekturę książki planowałam na sierpień, to przeczytałam ją dopiero w listopadzie - z zapartym tchem i szybko bijącym sercem. Historia nieco odmienna od szerzej znanej adaptacji filmowej, zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Znacznie lepsze niż przypuszczałam, chociaż nie ukrywam, że miałam wysokie oczekiwania ze względu na film, który kiedyś miałam okazję obejrzeć. Cóż, choć w książce nie ma kultowych wypowiedzi bohaterów to jedno jest pewne - zarówno literacka, jak i filmowa wersja pozostaje w pamięci odbiorcy na dłużej. 

Andrew Neiderman jest autorem wielu thrillerów, które w Ameryce często trafiały na listy bestsellerów. Najbardziej znanym z nich jest Adwokat diabła będący inspiracją dla reżysera Taylora Hackforda, który nakręcił adaptacje filmową tej powieści. Po śmierci pisarki V.C.Andrews, w 1986 r., został zatrudniony przez jej rodzinę, aby dokończyć zaczęte przez nią serie. Książki wydane w oryginalne po 1987 i podpisane nazwiskiem V.C. Andrews były dokończone lub w całości napisane przez niego. *

Kiedy Kevin Taylor dołącza do wziętej, ekskluzywnej firmy prawniczej na Manhattanie, specjalizującej się w prawie karnym spółki John Milton i Wspólnicy, oznacza to dla niego długo wyczekiwaną poprawę losu. Wreszcie może się wraz z żoną cieszyć wszystkimi luksusami, jakich oboje pragnęli – pieniędzmi, limuzyną z szoferem, a nawet olśniewającą siedzibą w strzelistym apartamentowcu w samym sercu Nowego Jorku. Kevin nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że związał się właśnie z podejrzanym, mrocznym stowarzyszeniem… **

,,Któż to wie, kto jest winny, a kto nie?''

Już na wstępie pragnę zaznaczyć, że filmowy Adwokat diabła nie jest idealną kopią tej literackiej, będącej pierwowzorem. Pomiędzy obiema wersjami znajduje się kilka kluczowych różnic, począwszy od imion i nazwisk bohaterów, jak i niektóre elementy fabuły. Głównym bohaterem powieści jest Kevin Taylor (w filmie znany jako Kevin Lomax) - młody i ambitny prawnik, który na skutek świetnie, ale i bezwzględnie poprowadzonej sprawy Lois Wilson, kobiety oskarżonej o molestowanie seksualne swej uczennicy, otrzymuje wspaniałą propozycję pracy w spółce John Milton i Wspólnicy, zajmującej się prawem karnym. Gdy mężczyzna decyduje się przyjąć ofertę, jego życie diametralnie się zmienia. Adwokat diabła to historia, która wciąga już od pierwszych stron. Co prawda, fabuła nie gna na złamanie karku, jednak nudna to ostatnie, co można o niej powiedzieć. Neiderman otumania czytelnika klimatem, przeczuciem, że wkrótce wydarzy się coś złego. Prolog przypominający mroczne preludium, prowadzi czytelnika w świat, gdzie moralność to jednoznacznie klęska, ale i wybawienie - jednak główny bohater ma bardzo krótki czas na to, aby zdecydować się, co wybiera. Zegar tyka, a każdy czyn ma znaczenie. 


Mocno sugestywny tytuł sporo zdradza, ale i niezaprzeczalnie intryguje. W umyśle czytelnika powstaje obraz głównego wydarzenia powieści - osi wydarzeń, jednak realizacja wątku i tak zaskakuje - a zwłaszcza mocne zakończenie, które stanowi idealne zwieńczenie całości. Od czasu Adwokata diabła przeczytałam dwie inne książki, jednak wciąż jestem pod wrażeniem pomysłu, na jaki wpadł autor - a także sposobu, w jakim postanowił przedstawić historię Kevina i Miriam Taylorów. Choć nie ma tu kultowych wypowiedzi Kevina Lomaxa (które tak na marginesie, jest moim ulubionym monologiem filmowym), jak i Johna Miltona to dzieło Andrewa Neidermana w moim mniemaniu jest o wiele ciekawsze od filmowej adaptacji z 1997 roku. 

,,On zna to zło, które drzemie w ludzkich sercach, przewiduje je, a może nawet podsyca, a następnie, jak przystało na prawdziwego przywódcę, staje u boku swoich żołnierzy, wspierając ich i broniąc''.

Adwokat diabła to wyborna lektura, od której wprost nie mogłam się oderwać. Niesamowita kreacja bohaterów, niepokojący klimat, błyskotliwe alegorie - w tle Nowy Jork pośrodku którego zamieszkało zło w najczystszej postaci - ubrane w białą koszulę i krawat. Schowane za bogactwem, elegancją i przepychem. Czarujące klasą, pieniędzmi i kontrolą. Przerażające swą potęgą, zasięgiem i bezdusznością. Oto diabeł XXI wieku. Elegancki jegomość pławiący się w luksusach, a nie jakieś straszydło z kanałów niczym Pennywise z To

Książka Andrewa Neidermana to nie tylko historia zła, które przejmuje kontrolę nad człowiekiem, ale także ciekawie napisany thriller prawniczy. W trakcie lektury czytelnik ma okazję zmierzyć się z kilkoma intrygującymi sprawami karnymi, które równie dobrze mogłoby być tematem na całą powieść. 


Podczas lektury tej powieści wspaniale się bawiłam - jest to niesamowita książka, którą polecam wszystkim czytelnikom. Jestem pewna, że na was również zrobi tak dobre wrażenie. W tym miejscu warto również pochwalić wydawnictwo Vesper za cudowne wydanie tejże powieści - twarda oprawa, przyjemny w dotyku papier, intrygujące ale i mroczne ilustracje wspaniale oddające treść historii. Po książkę Neidermana warto sięgnąć nawet gdy oglądało się wcześniej filmową adaptację. 

* lubimy czytać
** materiały wydawcy 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Vesper!


niedziela, 6 października 2019

254. Gałęziste, Artur Urbanowicz

Debiutancka powieść autora Inkuba, jednej z najciekawszych nowości tego roku, w odświeżonym i ulepszonym wydaniu - prosto od wydawnictwa Vesper. Tegoroczne Gałęziste premierę będzie miało już za niedługo, bo podczas październikowych Targów Książki w Krakowie (24-27 października). Ja już jestem po lekturze i powiem Wam, że książka wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie - zarówno pod względem wydania, jak i treści. Na wstępie pragnę zaznaczyć, iż na fotografiach znajduje się egzemplarz recenzencki - przed uszlachetnieniem i ostateczną korektą, stąd też miękka oprawa i niewielkie uszkodzenia okładki. Ostateczne Gałęziste jest w twardej oprawie, jakościowo porównywalne do Inkuba. 

Artur Urbanowicz - urodzony w 1990, z wykształcenia matematyk, z zawodu informatyk i wykładowca akademicki, z charakteru chorobliwy perfekcjonista. Smykałkę do wymyślania różnych historii odkrył w sobie jeszcze w dzieciństwie, co poskutkowało napisaniem pierwszej powieści do szuflady w wieku czternastu lat. Zafascynowany gatunkiem horroru pod każdą postacią, w swoich opowieściach nie stroni jednak od wątków obyczajowych i skłaniających do głębszych przemyśleń. Wnikliwy obserwator i słuchacz. Wychodząc z założenia, że literatura powinna pełnić funkcję przede wszystkim rozrywkową, w tekstach stawia na lekkość, bawienie czytelnika, manipulowanie nim i obowiązkowe zaskoczenie na końcu. Zadebiutował słowiańską powieścią grozy pod tytułem Gałęziste z fabułą osadzoną na jego ukochanej, rodzinnej Suwalszczyźnie. Książka ta zdobyła „Złotego Kościeja”, została nominowana do Nagrody Literackiej im. Wiesława Kazaneckiego, jak również znalazła się w finałowej czwórce walczącej o Nagrodę Polskiej Literatury Grozy imienia Stefana Grabińskiego. *

Osobiście bardzo lubię historie o nawiedzeniach, opętaniach i innych zdarzeniach potrafiących zachwiać naszym poglądem na tematy związane z metafizyką i duchowością. Dodatkowo zdarzyło mi się doświadczyć kilku dosyć dziwnych sytuacji, które do dziś nie potrafię wytłumaczyć w racjonalny sposób. Na szczęście wydarzenia te nie miały wydźwięku demonicznego, jakie mają miejsce w debiucie Urbanowicza. Autor ponownie (a właściwie po raz pierwszy - biorąc pod uwagę kolejność jego książek) sięga po niezwykłą, ale i paraliżującą mieszankę sił nieczystych i wierzeń ludowo-pogańskich, tworząc historię, której nie dość, że długo nie zapomnicie, to która nawiedzi was w najbardziej nieodpowiednim momencie - na przykład, gdy koniecznie będziecie musieli skorzystać w nocy z toalety, lub gdy wieczorem będziecie  samotnie wracać pieszo do domu. W przypadku Inkuba na wyobraźnię działa niesamowity, wręcz obezwładniający klimat dodający akcji wyrazistego smaku, z kolei w Gałęzistym pierwsze skrzypce odgrywa akcja wypełniona mrocznymi wydarzeniami. Dodatkowym czynnikiem wywołującym gęsią skórkę są naprawdę przerażające i klimatyczne ilustracje, które wyraźnie zapisują się w pamięci czytelnika. Nie dość, że są świetnie wykonane i trafnie oddają wydarzenia mające miejsce w powieści, to jest ich jeszcze naprawdę sporo.  


Wartka i nieprzewidywalna akcja pełna zwrotów i tajemniczych zdarzeń powoduje, że czytelnikowi wręcz trudno oderwać się od książki. Miejscem akcji jest malutka wieś Białodęby położona w lesie Szwajcarskim na północ od Suwałk. Niedaleko osady znajduje się cmentarzysko Jaćwingów - wymarłego ludu bałkańskiego. Już sama lokalizacja fabuły budzi w odbiorcy pewien niepokój, a kolejne fakty potęgują negatywne emocje. Wraz z bohaterami brniemy coraz dalej w gęsty i niebezpieczny las tajemnic, szukając odpowiedzi i racjonalnych wytłumaczeń na to, co nas spotyka. A z każdym kolejnym rozdziałem jest tego coraz więcej. Granica pomiędzy rzeczywistością a koszmarem zaczyna się zacierać... w pewnym momencie zarówno bohaterowie, jak i czytelnik nie są pewni, czy sytuacje, których doświadczają są prawdziwe, czy są owocem szwankującego umysłu. Każda napotkana osoba, wspomniany szczegół lub zdarzenie w dalszej części książki okazują się mieć bardzo ważne znaczenie, także podczas lektury należy zachować czujność i jasność umysłu, chociaż nie sądzę, aby nawet to pomogłoby wam przewidzieć zakończenie - niezwykle pogmatwane i zaskakujące, jednakże stanowiące idealne zwieńczenie całości. Zamknięcie tej historii udowadnia, że zło i człowiek jednak chadzają w parze. 

,,Tak jak materia krąży po całym wszechświecie, zmieniając po prostu swą formę, tak również zło nie znika, a jedynie wędruje. Czasami jednak skupia się, kumuluje w jednym miejscu. A wtedy nieszczęśnik, który na nie natrafi… No cóż, delikatnie mówiąc, ma pecha."

Porównując debiut autora do jego najnowszej powieści (Inkub, wydawnictwo Vesper, 2019), z uśmiechem na twarzy mogę stwierdzić, że warsztat pisarski Artura Urbanowicza osiągnął zdecydowanie wyższy poziom. W Gałęzistym króluje wartka akcja, bohaterowie zaskakują swą autentycznością - daleko im do ideału, popełniają błędy, działają pod wpływem impulsu i... irytują (choćby tym, że często sami pchają się w paszczę... demona i co chwile się kłócą). Autor przedstawia czytelnikom Karolinę i Tomka - młodych studentów i parę, którą więcej dzieli niżeli łączy. Zupełnie przypadkiem - albo i całkowicie celowo stają się celem demonicznej siły. Nieplanowane zdarzenia stają się motorem napędowym fabuły oraz elementami fanatycznej intrygi. Rzeczywistość zaczyna przypominać koszmar, z którego nie sposób się obudzić. 

Gałęziste to idealna lektura na jesienne wieczory. Wciągająca, nieodkładalna i wywołująca gęsią skórkę. To także świetnie zapowiadający się debiut, który ma się ochotę na więcej - a jak wcześniej wspomniałam, Urbanowicz wcale nie spoczął na laurach. Warto również zwrócić uwagę na to, co właściwie oferuje nowe wydanie od wydawnictwa Vesper. Pierwsze Gałęziste zostało wydane w 2015 roku nakładem wydawnictwa Novae Res. Pierwotna wersja liczy sobie 462 strony. Gałęziste od wydawnictwa Vesper nie jest zwykłym wznowieniem powieści. Historia Tomka i Karoliny została skrócona i dłużące się i zbędne fragmenty, autor dokonał również sporej korekty w treści - poprawił ją zarówno pod względem stylistycznym, jak i technicznym. Oprawa graficzna to nie tylko znacznie bardziej (moim zdaniem) klimatyczna okładka, ale kilkanaście mrożących krew w żyłach ilustracji autorstwa Michała Loranca. Można powiedzieć, że tegoroczne Gałęziste to zupełnie nowa, ulepszona historia - dowód na to, że praktyka czyni mistrza. Z kolei dla autora to fizyczny egzemplarz spełnionego marzenia.  


Choć jestem bardzo zadowolona z lektury, to nie ukrywam, że Inkub pozostaje moim bezsprzecznym faworytem. Niemniej jednak Artur Urbanowicz może być z siebie dumny. Trzymam kciuki za dalsze poczynania autora i liczę na to, że i ty, drogi czytelniku, dasz mu szansę się... przestraszyć. 

* lubimy czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Vesper!


piątek, 2 sierpnia 2019

242. Matka, S.E. Lynes

Jakie znaczenie w życiu każdego człowieka odgrywa postać matki? Czy jej osoba ma wpływ na tożsamość dziecka? A jej brak z kolei wiąże się z... brakiem tożsamości - zagubieniem, lękiem i zerową pewnością siebie? Gdy sięgałam po powieść niejakiej S.E. Lynes nie miałam zielonego pojęcia, czego właściwie spodziewać się po tej historii. Z jednej strony przeczytałam kilka recenzji blogerów, którzy o Matce wyrażali się raczej pozytywnie. Z drugiej jednak... przeczuwałam, że będzie to niełatwa lektura, która potrzebuje dłużej chwili by dojrzeć w czytelniku. Książkę tę przeczytałam w zeszłym tygodniu, lecz przyznam się, że niezwykle trudno było napisać mi jej recenzję. Jednakże w końcu udało mi się pozbierać myśli... zapraszam na recenzję intrygującej powieści od Wydawnictwa Vesper.

S.E. Lynes to bestsellerowa angielska autorka. Po ukończeniu uniwersytetu w Leeds, S.E. Lynes zamieszkała w Londynie, a następnie przeprowadziła się do Aberdeen, gdzie pracowała jako producent BBC. W 2002 r. zamieszkała z mężem i dwójką małych dzieci w Rzymie. W 2007 roku, po urodzeniu trzeciego dziecka, wróciła do Wielkiej Brytanii i uzyskała tytuł magistra w dziedzinie pisania kreatywnego na Uniwersytecie w Kingston. Obecnie pisze powieści i uczy kreatywnego pisania w Richmond Adult Community College. * Autorka książek Matka, Valentina, The Pack, The Women. 

Christopher Harris jest samotnym chłopakiem. Chłopakiem, który nigdy nie pasował do swojej rodziny i od zawsze czuł, że coś go w życiu omija. Aż do dnia, w którym odkrył aktówkę na strychu rodzinnego domu. Poznał wówczas sekret o swojej matce. Tego dnia wszystko się zmieniło. Oto w końcu Christopher ma szansę na szczęście. Szczęście, którego będzie bronił za wszelką cenę. A jaką cenę ty byłbyś skłonny zapłacić za idealną rodzinę? **


Christopher to samotnik, outsider, który zawsze czuł się inny. Nie pasował do swojej rodziny, nie pasował do otoczenia, w którym dorastał. Brak poczucia przynależności i własnej tożsamości uczyniły z niego swego rodzaju dziwaka. To typ osoby, która trzyma się gdzieś z tyłu; której obecność jest niedostrzegalna na pierwszy rzut oka. Leczy gdy w końcu dostrzeżesz go w tłumie i poświęcisz mu chwilę na niezobowiązującą pogawędkę, wywrze na Tobie całkiem pozytywne wrażenie. Całkiem - bo choć jest miły i niegroźny, budzi w drugiej osobie pewnego rodzaju niepokój. Jest w nim coś innego, dziwnego... co sprawi, że po zakończeniu rozmowy dwukrotnie obejrzysz się za siebie w obawie przed czymś nieokreślonym. Następnym razem będziesz go unikać, niby bez wyraźnego powodu, lecz czy aby na pewno?

,,Nadzieje kogoś, kogo kochamy, są dla nas często większym brzemieniem niż nasze własne."

S.E. Lynes stworzyła mroczny i głęboki thriller z głównym bohaterem będącym kluczowym elementem całej historii. Co prawda, niepokojący klimat i wyraźna nuta tajemnicy wymieszanej z nieokreślonym szaleństwem również odgrywają tu znaczącą rolę - lecz bezsprzecznie to Christopher Harris jest tym, co sprawia, że Matka w umyśle odbiorcy pozostanie na dłużej. Kluczowym momentem powieści jest znalezienie listu w walizce na strychu rodzinnego domu Christophera, w dniu, w którym chłopak wyjeżdża na studia. Znalezisko to wywraca do góry nogami jego życie. Wywraca - w znaczeniu zarówno pozytywnym, jak i negatywnym. Treść listu jest odpowiedzią, a nawet i przytaknięciem na dotychczasowe rozważania Christophera. W końcu odkrywa on prawdę - i nie ma zamiaru jej zostawiać w spokoju. 

Wraz z rozwojem fabuły w głównym bohaterze stopniowo narasta gniew, zagubienie, a nawet i lęk przed samym sobą - wie, że nie jest normalny, lecz czy w odbiciu lustrzanym spogląda na niego potwór? Morderca? Nawet po lekturze tej historii nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak wielkie musi być jego zagubienie. Christopher nie posiada własnego ja - w miejscu, gdzie powinno się ono znajdować, wyziera wielka czarna czeluść wciągają wszystko z bliższego otoczenia. Christopher buduje obraz własnej osoby na podstawie opinii innych osób - dodatkowo przywłaszcza sobie cudze przyzwyczajenia, nawyki dopełniając mroczną całość. Portret psychologiczny głównego bohatera wywołuje u czytelnika poczucie nieustającego niepokoju. Pozornie mamy do czynienia z nie do końca normalnym bohaterem mającym wiele kompleksów na punkcie własnej osoby, jednak zakończenie wywraca do góry nogami to wszystko, czym do tej pory S.E. Lynes nas częstowała. Zakończenie powieści wręcz zmusza czytelnika do powtórnej analizy treści. 


Warto również zauważyć i docenić przekaz tej powieści - wartości, jakie prezentuje. Nawet pomimo tych wszystkich wydarzeń, czytelnik nie jest w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy Christopher był potworem - czy też nie. Mamy tutaj bardzo dużo czynników zewnętrznych i wewnętrznych, które autorka dogłębnie przeanalizowała i zaprezentowała zarówno z tych dobrych, jak i złych stron. Główny bohater chciał być kochanym, chciał być kimś - w najprostszym znaczeniu tego słowa. Polecam - warto zagłębić się w tę nietuzinkową powieść i wyciągnąć własne wnioski. 

* lubimy czytać

** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Vesper!



poniedziałek, 1 lipca 2019

236. Inkub, Artur Urbanowicz

W ostatnim czasie mam ogromne szczęście do książek - idealnie trafiają w moje gusta czytelnicze. Choć głównie czytam i z całego serca uwielbiam fantastykę, to na horror również chętnie się skuszę. Ostatnio powróciłam do mojej ulubionej powieści Stephena Kinga (Smętarz dla zwierzaków), a zaraz po niej trafiłam na... Inkuba. Czy literatura grozy w polskim wydaniu przypadła mi do gustu?

Artur Urbanowicz - urodzony w 1990, z wykształcenia matematyk, z zawodu informatyk i wykładowca akademicki, z charakteru chorobliwy perfekcjonista. Smykałkę do wymyślania różnych historii odkrył w sobie jeszcze w dzieciństwie, co poskutkowało napisaniem pierwszej powieści do szuflady w wieku czternastu lat. Zafascynowany gatunkiem horroru pod każdą postacią, w swoich opowieściach nie stroni jednak od wątków obyczajowych i skłaniających do głębszych przemyśleń. Wnikliwy obserwator i słuchacz. Wychodząc z założenia, że literatura powinna pełnić funkcję przede wszystkim rozrywkową, w tekstach stawia na lekkość, bawienie czytelnika, manipulowanie nim i obowiązkowe zaskoczenie na końcu. Zadebiutował słowiańską powieścią grozy pod tytułem Gałęziste z fabułą osadzoną na jego ukochanej, rodzinnej Suwalszczyźnie. Książka ta zdobyła „Złotego Kościeja”, została nominowana do Nagrody Literackiej im. Wiesława Kazaneckiego, jak również znalazła się w finałowej czwórce walczącej o Nagrodę Polskiej Literatury Grozy imienia Stefana Grabińskiego. *

Nad Suwalszczyzną za kilka dni pojawi się zorza polarna. W Jodoziorach, małej wiosce na prowincji, zostają znalezione spopielałe zwłoki małżeństwa. Wśród lokalnej społeczności miejsce to owiane jest złą sławą, słynie ze szczególnego nasilenia przemocy, chorób, zaginięć i samobójstw. Mówi się też o zjawiskach nadprzyrodzonych – niezidentyfikowanym zielonym świetle, odgłosach niewiadomego pochodzenia, a także o nawiedzonym domu. Miejscowi wierzą, że to on rozsyła wokół negatywną energię, która wydobywa z ludzi najgorsze instynkty. Tajemnicami wioski żywo interesuje się młody dzielnicowy, który wkrótce popełnia samobójstwo. Sprawę jego śmierci bada Vytautas Česnauskis, policjant na wpół litewskiego pochodzenia z komendy miejskiej w Suwałkach. Odkrywa, że mroczna historia Jodozior ma swoje korzenie w latach siedemdziesiątych. Wtedy miała tam mieszkać kobieta, która parała się czarami… **


Kilka dni temu przeczytałam najnowszą powieść polskiego twórcy literatury grozy. Często piszę recenzję od razu po lekturze, jednakże w przypadku książki Urbanowicza musiałam chwilę odczekać, by zebrać myśli. Pomimo tego, że największy zachwyt już przeminął i udało mi się całkiem ochłonąć po tej historii, to śmiało mogę napisać, że Inkub to fantazyjny, wykwintny i piekielnie mroczny horror, który wciąga od samego prologu i trzyma w napięciu przez całe siedemset stron. Książka zarówno pod względem objętości jak i tematu, jest niemałym wyzwaniem, jednak Artur Urbanowicz spisał się znakomicie. Bawiłam się wprost wybornie! 

Czytelnik orbituje wokół dwóch przestrzeni czasowych - roku 2016 oraz latach 70 XX. wieku. Poznaje zatem genezę problemu, z jakim przyszło zmierzyć się mieszkańcom Jodozior, jak i jego skutki oraz nawrót. Zdarzenia te można porównać do choroby, która z coraz większą prędkością trawi niewielką wioskę na Suwalszczyźnie. Początkowo są to pojedyncze zajścia, jednak wraz z czasem przemoc, choroby dotykające ludzi, zwierzęta oraz przyrodę; problemy psychiczne, samobójstwa, bezpodstawna agresja, uzależnienia i gwałtowne zmiany w zachowaniu mieszkańców wioski stają się elementami nowej, niepokojącej codzienności Jodozior.  Choć choroba ta dotyka w mniejszym bądź większym stopniu każdego z nich, tylko kilku znajduje w sobie tyle odwagi i determinacji, by odkryć przyczynę tego chaosu. Prawda jest mroczna, brudna niczym kalna woda, na wskroś zła. Przeraża nie tylko bohaterów, ale i czytelnika.  

Dwie epoki.
Dwie historie.
Jedna wioska.
Jedna czarownica.
Jedna klątwa.

Inne przestrzenie czasowe, inni bohaterowie. Lata 70. Tutaj czytelnikowi przychodzi zmierzyć się z bohaterem zbiorowym, jakim są całe Jodoziory. Poznajemy wszystkich mieszkańców, jednak na pierwszy plan wysuwa się postać Krysi Bondzio - nastolatki, która jako jedna z nielicznych dostrzega nie tylko problem, ale i jego przyczynę. 2016. Vytautas Česnauskis, trzydziestoletni policjant, który przez przypadek ląduje w Jodoziorach. Mężczyzna szybko spostrzega, że we wsi dzieje się coś niepokojącego. I nie ma zamiaru tego zostawić. Rozpoczyna śledztwo, które nie obejdzie się bez ofiar.

Przyznam, że pióro Artura Urbanowicza niesamowicie mnie zaskoczyło. Do niedawna nie słyszałam o tym autorze, więc nie spodziewałam się, że pod tym niezbyt popularnym nazwiskiem kryje się taki... fenomen. Urbanowiczowi nie da się odmówić wyobraźni i ogromnego talentu do tworzenia naprawdę nietuzinkowych historii - dosłownie i w przenośni. Nieco obawiałam się tej cegiełki, lecz Inkuba czytało mi się nad wyraz sprawnie i z ogromną przyjemnością. Urbanowicz już na samym początku buduje napięci, które jest wyraźnie odczuwalne do samego końca tej historii. Miejscami jest naprawdę przerażająco, więc nie obejdzie się bez gęsiej skórki. Pierwszą noc musiałam spać przy świetle lampki nocnej. Autor zbyt mocno wdarł się w moją wyobraźnię, rozbudzając mroczne obrazy wprost z Inkuba. Akcja toczy się w niemalże stałym, raczej spokojnym tempie. Od reguły odchodzą punkty kulminacyjne, których jest tutaj dosyć sporo. Oryginalna fabuła intryguje, a zakończenie potrafi zaskoczyć. Urbanowicz wykorzystał w swej powieści wiele cytatów dotyczących czarownic i sił nieczystych, a inspiracją do napisania tej książki były prawdziwe historie ludzi mieszkających w podobnej wiosce. Osobiście wierzę w duchy i siły nieczyste, także na mnie Inkub zrobił piorunujące wrażenie. Wierzę, że coś takiego, bądź podobnego mogło się wydarzyć.


Po tak udanej lekturze chętnie poznam poprzednie książki autora (Gałęziste, Grzesznik). Naprawdę nie spodziewałam się tak fantastycznej historii z dreszczykiem! Inkub zajął wyjątkowe miejsce w mojej biblioteczce - tuż obok moich ulubionych powieści. Książkę zdążyłam już polecić kilku moim znajomym. Teraz przyszedł czas na was - a więc: POLECAM. Gorąco, od serca. Jestem pewna, że ta historia spodoba się wam równie mocno co mnie. Nawet jeżeli nie lubicie horrorów. 

* lubimy czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Vesper!