Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Replika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Replika. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 sierpnia 2016

38. Kamienie Elfów Shannary, Terry Brooks

Dzięki wydawnictwu Replika udało mi się powrócić do magicznego świata Czterech Krain. Tym razem w moje łapki wpadły Kamienie Elfów Shannary w cudnej, filmowej okładce. Szczerze mówiąc, to właśnie tę część chciałam przeczytać najbardziej - bo elfy. Tak mało spotykam ich w literaturze, że byłam wprost wniebowzięta, gdy otrzymałam paczkę z tą książką. Pewnie część z Was wie, że jakoś na początku tego roku miałam okazję zrecenzować trzecią część trylogii Kroniki Shannary, czyli Pieśń Shannary. Jak się okazało - na szczęście - fabuła tej książki nie wymagała znajomości poprzednich tomów.

Gdy starożytne drzewo Ellcrys zaczyna umierać, siły zła znajdują sposób by powrócić na ziemię...





Dawno, dawno temu - jeszcze przed Wielkimi Wojnami na świecie istniały magiczne istoty dysponujące niewyobrażalną mocą. Tak samo jak ludzie, dzieliły się one na dobre i złe. Dobre - skryte w lasach, będące ich naturalnym środowiskiem, dbały o naturę i biernie przyglądały się temu, co wokół się dzieje; nie widziały zagrożenia w ludziach - gatunku słabym, lecz szybko powiększającym swą liczebność.  Zastraszająco szybki rozwój nieznanej i nierozumianej technologii oraz stopniowe wyniszczanie naturalnego środowiska ze pchały magiczne istoty wgłąb lasów oraz w większości przypadków zmusiły do opuszczenia zamieszkany terenów. Wkrótce populacja ludzka i żądza władzy doprowadziła do Wielkich Wojen, które spowodowały powstanie czterech głównych ras: ludzi, krasnoludów, trolli i gnomów. Gdy ludzie toczyli walki między sobą i wzajemnie się wyniszczali, wcześniej wspomniane magiczne istoty walczyły o przetrwanie Czterech Krain. Walczyły z czystym złem. Dobrym istotom udało się pokonać zło, a raczej unieszkodliwić poprzez zamknięcie w pustej przestrzeni poza znanym im światem. Zło nie mogło opuścić ów pustki, gdyż blokował ich Zakaz stworzony poprzez Ellcrys - drzewo zrodzone z mocy dobrych magicznych istot, których potomkami były elfy. I tak też świat funkcjonował w pozornym spokoju przez wiele, wiele lat - aż do momentu, gdy starożytne drzewo zaczęło obumierać, a Zakaz machinalnie tracił swą moc. W ścianie oddzielającym zło od świata Czterech Krain zaczęły tworzyć się pęknięcia, a poprzez te pęknięcia wyślizgiwały się mroczne, pełne nienawiści twory... 


I po raz kolejny potrzebujemy odważnego śmiałka, który poświęci własne życie, by ratować świat; właściwie nie wiem, czy mogę tu napisać po raz kolejny - bo pod względem chronologii Pieśń Shannary jest później - ale właśnie to sobie pomyślałam, gdy zaczęłam lekturę Kamieni Elfów Shannary. Troszkę się wystraszyłam, że Terry Brooks zaserwuje mi identyczną historię, ale na szczęście tak się nie stało. Kamienie Elfów Shannary to złożona, wielowątkowa powieść. Autor z jednej strony skupia się na losach ów śmiałków - młodego uzdrowiciela Wila Ohmsforda, którego poznałam już wcześniej oraz pół-elfki Amberle, oboje zostali zrzeszeni przez druida Allanona, aby zanieść nasionko Ellcrys do tajemniczego Safehold; a z drugiej prezentuje czytelnikom społeczeństwo elfów i losy rodziny rządzącej. Byłam bardzo ciekawa sposobu, w jakim zostały tutaj przedstawione elfy - autor nie uciekł od ogólnie przyjętej reguły - wysokie, smukłe, długowłose, posiadające spiczaste uszy postaci, zwinnie posługujące się przede wszystkim łukiem. Po raz kolejny muszę pochwalić autora za różnorodne charaktery - zdecydowanie budowanie osobowości należy do mocnej strony warsztatu Brooksa. 



,,Rany na ciele można uleczyć, ale co z poranioną duszą i umysłem?" 




W tej części zagłębiamy się w historię Czterech Krain. Autor skonstruował uniwersum posiadające przysłowiowe ręce i nogi. Pojawia się wiele nowych bohaterów, których można podzielić na pozytywnych i negatywnych. Pojawiają się tajemniczy Wędrowcy, prowadzący koczowniczy tryb życia, a cały swój majątek i dom mieli przy sobie. Prócz tego poznajemy Wolnych Strzelców - swobodną armię elfów, którzy zostawili często mroczną przeszłość za sobą, by swą przyszłość oddać w ręce śmierci, idąc zawsze na pierwszy ogień podczas walki. Ich historia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Tutaj daję wielkiego plusa autorowi. 


Wil Ohmsford, półelf wybrany przez ostatniego druida to postać czołowa Kamieni Elfów Shannary. Kolejny ze swojego rodu pełni kluczową rolę w zachowaniu równowagi na świecie. Jest z nami niemal od samego początku. Wykazuje się on niezwykłą dobrocią serca, odwagą i skłonnością do poświęceń - niestety, brak mu wiary w siebie i to często go hamuje. Amberle Elessedil to Wybrana, która porzuciła swój obowiązek, rodzinę i naród. Szczerze mówiąc, nie pałałam do niej sympatią. Przez większość powieści użalała się nad sobą i wycierała nos w rękaw. To właśnie na barki tej pary spadł obowiązek ocalenia Ellcrys, a co się z tym wiązało - świata Czterech Krain. Powoli oglądaliśmy ich transformację z przypadkowych ludzi w prawdziwych bohaterów, jednak czy udało im się ocalić świat od hordy demonów?

Kamienie Elfów Shannary podobały mi się nawet bardziej niż Pieśń Shannary. Druga część tej trylogii jest po prostu niesamowita - przenosi czytelnika daleko poza bariery codziennego świata; wciąga, wywołuje silne emocje. Terry Brooks tworzy fantastykę z wyżej półki. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Replika!
 ~*~
Miecz Shannary ~ Kamienie Elfów Shannary ~ Pieśń Shannary

niedziela, 3 lipca 2016

32. Purgatorium. Wyspa Tajemnic, Eva Pohler

Ta książka była dla mnie kompletną niespodzianką. Nie czytałam o niej zupełnie nic, nawet nie sprawdzałam jak wygląda okładka (celowo), także zawartość paczki, którą otrzymałam kilka dni temu zaskoczyła mnie - na szczęście w bardzo pozytywny sposób. Po okładce książki się nie ocenia, ale Purgatorium okładkę ma przepiękną, bardzo klimatyczną.  Już dawno temu zrezygnowałam z czytania opisów na tylnej okładce, więc do lektury podeszłam z dodatkowym entuzjazmem. Byłam zwyczajnie ciekawa o czym to jest! Szczerze polecam zaprzestanie zaznajamiania się z opisami książek. 

Eva Pohler jest wykładowczynią literatury na uniwersytecie w San Antonio (Teksas). Jest autorką kilku popularnych cykli (m.in. niewydanych w Polsce The Gatekeeper's Sons oraz The Vampires of Athens). W swojej prozie łączy kilka gatunków - głównie thriller i fantastykę, zakrapianą psychologią dla młodzieży. Prywatnie jej ulubionymi autorami są: J.R.R Tolkien (Władca Pierścieni, Hobbit), J.K. Rowling (Harry Potter) oraz Suzanne Collins (Igrzyska Śmierci).   


Purgatorium. Wyspa Tajemnic to powieść otwierająca trylogię młodzieżową Purgtorium (kolejne części to: Gray's Demain oraz The Calibans) zdobywającą popularność w Polsce Evy Pohler. Już sama nazwa cyklu zapaliła pewną lampkę w mojej głowie. Najpierw skojarzyłam to z filmem o tytule The Purge (Noc Oczyszczenia), a dopiero znacznie później załapałam, że angielskie słowo purgatory oznacza czyściec. Zaczynając czytanie odniosłam wrażenie, że dosłownie wbiłam się w historię. Zostałam rzucona w głąb fabuły bez zbędnych tłumaczeń jak, gdzie, po co, dlaczego. Nic nie zostaje nam podane na przysłowiowej tacy. Nagle znajdujemy się na statku płynącym na wyspę Limuw, gdzie znajduje się ośrodek doktor Hortense Gray - psychologa eksperymentalnego. W podróży towarzyszymy głównie Daphne, bo to właśnie ona jest czołową bohaterką książki. Poprzez narrację trzecioosobową zagadkowość unosi się na wysokim poziomie i nic nie jest jasne. Autorka głównie skupia się na osobie Daphne Janus, której mroczna przeszłość zaprowadziła ją w to tajemnicze miejsce, gdzie bohaterka będzie poszukiwać dalszego sensu życia. Prócz tego Pohler częstuje czytelnika krótkimi, aczkolwiek klimatycznymi opisami tamtejszej przyrody. 


,,Strach sprawia przynajmniej, że docenia się życie."

Akcja w bardzo szybkim tempie przyśpiesza. Podczas czytania Purgatorium. Wyspa Tajemnic nie ma miejsca na nudę. Od samego początku coś się dzieje - dosłownie. Gdy tylko Daphne wkroczyła na wyspę, powitały ją dziwne, ciężkie do wytłumaczenia w racjonalny sposób sytuacje. A to dopiero początek i zarówno na główną bohaterkę, jak i czytelników czeka znacznie więcej.    

Purgatorium. Wyspa Tajemnic to przede wszystkim powieść przeznaczona dla młodzieży i bardzo ważne jest, aby podczas czytania o tym nie zapominać. Dla mnie czytanie tej książki było przede wszystkim dobrą zabawą. Takie książki często nazywam odmóżdżaczami, bo nie wymagają dużego zaangażowania ze strony czytelnika. Czyta się je szybko, łatwo i lekko. Jestem pewna, że w odpowiednich rękach ta książka zyska miano ŚWIETNIEJ. Czy autorce udało się mnie przestraszyć? Owszem. Niektóre sceny potrafiły wywołać delikatną gęsią skórkę i naprawdę namieszać w głowie. Po pewnym czasie sama nie byłam już pewna o co w tym wszystkim chodzi. Pogubiłam się, a wartka akcja, która do tej pory była uznawana przeze mnie za mocny plus tej książki, zaczęła mi ciążyć. Autorka przedobrzyła z ilością zdarzeń, wydarzeń, przerysowała pewne sytuacje. 


Bardzo lubię, gdy autorzy wykorzystują w swoich powieściach mitologię bądź historię - a szczególnie, gdy czytam literaturę młodzieżową z elementami fantastyki (do dziś mam przez to sentyment do Domu Nocy), dlatego wzmianki o ludzie Czumasz jeszcze bardziej przyciągnęły mnie do tej książki. Miejscem akcji jest wcześniej wspomniana wyspa Limuw, znajdująca się na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych - w Kalifornii (czyli moim ulubionym miejscu w USA, do którego chciałabym kiedyś pojechać, ale zapewne nie pojadę). Z jednej strony Daphne wylądowała na przepięknej wyspie, z drugiej to miejsce nie jedną osobę przyprawiło o koszmary. Miejsce akcji nie jest tylko tłem powieści, ale bardzo ważnym elementem. Wraz z bohaterką zwiedzamy wyspę, poznajemy tajemnicze zakamarki. 

Co do głównej bohaterki - Daphne Janus to siedemnastoletnia dziewczyna po przejściach. Jej brat Joey, u którego zdiagnozowano schizofrenię zabił ich młodszą siostrę. Daphne obwinia się o to; uważa, że gdyby coś zrobiła, jej siostra wciąż by żyła, a brat nie popadł w aż tak krytyczny stan. Od tego momentu nastolatka nie potrafi być szczęśliwa - nie chce być szczęśliwa. Oczywiście, ta sytuacja jest tragiczna i zapewne nie jedną osobę by rozbiła, ale niestety, główna bohaterka w pewnym momencie zaczęła ogromnie mnie irytować. Zachowywała się niczym dziesięciolatka - ciągłe łzy, użalanie się nad sobą, stany paniki, przerysowane reakcje (mało kto w tych czasach krzyczy tak często hurra!, jak ona). Zdecydowanie autorka powinna popracować nad postaciami, dać im więcej rozumu i realności. Niestety, muszę powiedzieć, że główna bohaterka stanowi minus tej powieści i oby w kolejnych częściach cyklu Purgatorium to się zmieniło.  Kolejnym elementem, który niezbyt przypadł mi do gustu były dialogi - niedopracowane, sztywne, jakoś takie nierzeczywiste. Pani Pohler, to też do poprawy. 

Pierwsza część cyklu niewątpliwie obudziła moją ciekawość i już wyczekuję na kolejne części. Purgatorium. Wyspa Tajemnic to dobry początek wręcz kipiący od akcji. Jestem pewna, że gdybym była kilka lat młodsza byłabym zachwycona tą powieścią. Prócz tego, zakończenie pierwszej części trylogii zostawiło otwarte na oścież drzwi fabule. Nie wiadomo, czego można się spodziewać dalej. 

moja ocena: 7/10


TYTUŁ: Purgatorium. Wyspa Tajemnic
TYTUŁ ORYGINAŁU: The Purgatorium 
AUTOR: Eva Pohler
TŁUMACZENIE:  Anna Pochłódka-Wątorek
WYDAWNICTWO: Replika
DATA WYDANIA: 10 maja 2016
ISBN: 9788376745152
LICZBA STRON: 304




Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Replika!

środa, 13 kwietnia 2016

26. Pieśń Shannary, Terry Brooks

Terry Brooks to amerykański autor mający na swoim koncie wiele udanych książek i serii, powstałych na podstawie filmów, jak i tych, które same trafiły na ekrany. Zajmuje się on high fantasy, czyli pododmianą gatunku fantastyki, gdzie akcja toczy się w całkowicie wymyślonym świecie, który może być również równoległym do naszego. Choć brzmi to dosyć poważnie, to w Pieśni Shannary króluje lekkość pióra. Autor perfekcyjnie lawiruje w rzeczywistości bohaterów, tak innej od naszej.   



Pradawne zło przebudziło się w zupełnie nowej postaci. Druid Allanon wraz z kilkoma śmiałkami wyrusza w podróż, by powstrzymać okrutne siły. Towarzyszy mu Brin, dziewczyna obdarzona elfimi mocami oraz jej przyjaciel Rone Leah, książe pragnący dowieść własnej wartości. Zapewne część z was w tym momencie pomyślała sobie, że to dosyć schematyczny przepis na książkę z gatunku fantastyki, ale uwierzcie mi - znajdziecie tu wiele nieszablonowości, a całą historię można określić słowem: fantastyczna i nie mam tu na myśli gatunku. Tak jak wspominałam na początku, Pieśń Shannary to fantastyka z krwi i kości, ale napisana w sposób lekki i przejrzysty. Plastyczne, bogate opisy świata stworzonego przez autora oczywiście są obecne, lecz w żaden sposób nie wpływają negatywnie na lekturę. Rzadko kiedy zdarza się, by opisy były silną stroną książki i dlatego Pieśń Shannary pod tym względem przegania większość pozycji z tego samego gatunku. 

Terry Brooks stworzył magiczny świat na miarę tolkienowskiego Śródziemia. Byłam i wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tej książki. Trylogia Miecz Shannary w ekspresowym tempie stały się jedną z moich ulubionych serii z gatunku fantastyki, a przeczytałam dopiero jedną część i to w dodatku ostatnią. Na szczęście historia została stworzona w taki sposób, że zaczynając od końca prawie tego nie odczuwałam. Z poprzednich części (Miecz Shannary oraz Kamienie Elfów) pojawiają się tylko krótkie wzmianki. Akcja głównie skupia się na losach Druida Allanona, Brin oraz Rone'a Leah. Jednocześnie czytelnik podąża śladami młodszego brata Brin - Jaira, który przeżyw niemniej niesamowite przygody. Jair od początku zdobył moją sympatię i dlatego z większą radością śledziłam jego losy. Kolejną postacią, którą szczególnie polubiłam był Krzywulec - zuchwały gnom tropiciel obdarzony ciętym językiem i specyficznym charakterem. Warto wspomnieć również o Brin - podziwiałam jej odwagę i oddanie. Choć przedstawiona historia sięga daleko poza granice rzeczywistości, to mogłam się z nią utożsamić. Autor przygotował dla czytelnika istną mozaikę bohaterów i istot oraz obdarzył ich nietuzinkowym charakterem. Bardzo przypadł mi do gustu również humor jaki panuje w książce. Po high fantasy raczej nie mogłam się spodziewać zabawnych dialogów, a jednak się pojawiły. 



Imponującym faktem jest, iż cykl Shannary składa się z 25 książek. Autor rozbudował świat Czterech Krain i tchnął życie w swoje dzieło. Jak sama nazwa mówi, świat stworzony przez Brooksa składa się z czterech krain, których nazwy pochodzą od położenia: Nordlandii, Eastlandii, Sudlandii i Westlandii. Każda kraina jest zamieszkała przez inną rasę. Sudlandia jest zamieszkana głównie przez ludzi, Westlandia przez Elfy, Eastlandia jest podzielona przez krasnoludy i gnomy, którzy prowadzą ze sobą starcia, z kolei Nordlandia należy do Trolli. Terry Brooks nadał każdej rasie indywidualne cechy, atrybuty oraz styl bycia.  Świat, który zastajemy w Pieśni Shannary chyli się ku końcowi. Potężne siły zła odrodziły się, by zgładzić z ziemi wszystkie istnienia. Upiory Mord, utkane z ciemności wypełzły z mroku, by przejąć kontrolę nad światem i tylko jedna osoba może je powstrzymać. Kto? Tego przekonacie się sięgając po tę powieść.    


Czytając opinie na temat poprzednich tomów, jak i całej trylogii Miecz Shannary byłam niesamowicie zaskoczona... w negatywny sposób. Wiele osób wypowiada się krytycznie, ciska gromy na styl autora - to, że raz mamy wartką akcję, za chwilę totalną nudę. W ostatniej części tego nie zauważyłam. Oczywiście jak w każdej powieści pojawiały się momenty mniej porywające, ale w moim odczuciu w Pieśni Shannary Terry Brooks zachował równowagę i choć fabuła nie jest niepowtarzalna, bo tego typu historię o grupce śmiałków ratujących świat można często spotkać w fantastyce czy science fiction, to ostatnią część trylogii oceniam bardzo pozytywnie. Nie zostałam zanudzona przez rozlazłe opisy przyrody i nie zostałam przytłoczona przez nadmiar akcji, a sięgnięcie po poprzednie tomy trylogii stało się moim priorytetem. 

ocena: 8/10


Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Replika!

sobota, 13 lutego 2016

16. Kości Niezgody, Charlaine Harris


W 2014 roku umieściłam na blogu recenzję pierwszego tomu serii Aurora Teagarden. Mamy 2016 i to chyba najwyższa pora, by powiedzieć coś na temat drugiej części. Podczas czytania drugiego tomu dowiedziałam się m.in., że przygody Aurory zostały zekranizowane - uwierzcie mi, że tego kompletnie się nie spodziewałam i już nie jestem tak pewna tego, czy sięgnę po kolejną część. Mam za sobą jeden egzamin, jutro kolejny - ustny, którego naprawdę się obawiam. Materiał jaki obejmuje to zaliczenie jest naprawdę ogromny. W dodatku przyszły tydzień to chyba kulminacja tej sesji: sześć zaliczeń w dwa dni. Trzymajcie za mnie kciuki - będzie mi to bardzo potrzebne. 

Jak Prawdziwe Morderstwa posiadały jeszcze całkiem rozbudowany wątek kryminalny (chociaż i tak był bardzo ubogi), tak Kości Niezgody mają go tyle, co kot napłakał. Właściwie nie wiem dlaczego Kości Niezgody są uważane za kryminał. Jak dla mnie, jest to powieść obyczajowa wzbogacona delikatnym wątkiem kryminalnym, ubogo zarysowanym, pojawiającym się sporadycznie, chociaż wydawałoby się, że jest to element prowadzący powieści. Przez niecałe 270 stron śledzimy trywialne życie Aurory Teagarden, prawie trzydziestoletniej panny, do której los w końcu się uśmiechnął. Aurora dziedziczy dom i majątek zmarłej Jane Engle, którą poznajemy w pierwszej części. Niestety, wraz ze spadkiem dostaje również nie lada tajemnicę do rozwiązania. I znowu mamy do czynienia z tym, co krytykowałam w pierwszej części. Kompletny brak klimatu, tajemnicy, suspensu. Jak zwykle Aurora-Sherlock rozgryza wszystko znacznie szybciej, niż powinno być rozgryzione, nie dając możliwości wciągnięcia się w historię. Kolejny raz towarzyszyło mi wrażenie, że wnioski wyciągane przez Roe pojawiały się znikąd. 



Pomimo ciekawego tła, jakim jest klastyczny klimat prowincjonalnych kryminałów, gdzie akcja dzieje się w małej miejscowości, jakim jest Lawrenceton i wszyscy sąsiedzi są podejrzani,  to powieść wcale nie budzi ciekawości. Charlaine Harris rzuca nazwiskami, co chwile pojawiają się jacyś bohaterowie drugoplanowi, którym brakuje charakteru. Początkowo wszystko idzie dobrym torem, ale później autorka coś sknociła. Mam wrażenie, iż zapomniała, że pisze kryminał, a nie powieść obyczajową. Skupia się na nieistotnych sprawach: koty, ubrania, koty, mężczyźni, koty. Ciągle te kociska. Naprawdę uwielbiam te stworzenia - wierzcie mi, że uwielbiam, ale bez przesady. Wtrącone są wątki, które w żaden sposób nie wpływają na historię, nawet jej nie wzbogacają. Są, bo są - i tyle. Choć powieść jest krótka, to zdecydowanie autorka mogła znacznie więcej umieścić w tych dwustu-siedemdziesięciu stronach. 



Kości Niezgody to, niestety, gorsza powtórka Prawdziwych Morderstw. Zbliżając się do końca kompletnie zatraciłam sens czytania tej powieści - a chyba powinno być zupełnie przeciwnie. Zbliżamy się rozwiązania tajemnicy, która towarzyszy nam od początku! Dlaczego więc nie jestem ciekawa?  Zakończenie. O jejku, ludzie. Jak można tak zepsuć zakończenie? Wszystko zostało podane na tacy. Dosłownie. W dodatku, w tak idiotyczny, banalny i irracjonalny sposób. Nie odczuwałam żadnych emocji. Właściwie w mojej głowie pojawiła się myśl kończmy to, chcę sięgnąć po coś innego. 

Zawiodłam się. Uważam, że z tej powieści można było wycisnąć znacznie więcej. Koncept bowiem jest dobry. Jedyne co ratuję tę powieść to moja sympatia do autorki, jak i fakt, że jest to dobra, lekka odskocznia od nauki. Spodziewałam się znacznie więcej po Kościach Niezgody, zwłaszcza, że spotkałam się naprawdę z pozytywnymi opiniami na temat drugiej części przygód Aurory Teagarden. Poza tym po średnim rozpoczęciu, miałam nadzieję na dobrą kontynuację. Teraz wyobraźcie sobie piękny, czerwony balon, z którego gwałtownie schodzi powietrze. Właśnie tak plasują się moje odczucia, co do tej powieści. 

ocena: 4/10

Na zdjęciu mój wierny towarzysz broni: Feliks, aka Felicjan, który nieprzypadkowo pojawił się w tym wpisie. Pozdrawiam. 


~*~
Prawdziwe Morderstwa ~ Kości Niezgody

niedziela, 22 czerwca 2014

2. Prawdziwe Morderstwa, Charlaine Harris



Na „Prawdziwe Morderstwa” zwróciłam uwagę właściwie tylko we względu na autorkę - Charlaine Harris to jedna z moich ulubionych pisarek. Wcześniej nie zaczytywałam się w kryminałach i wcale mnie do nich nie ciągnęło. O ile dobrze pamiętam dwie pierwsze części cyklu o Aurorze Teagarden zakupiłam razem - póki co przeczytałam tylko pierwszą część, jednak po lekturze „Prawdziwych Morderstw” na pewno sięgnę po „Kości Niezgody”. 


Co na nas czeka? Aurora „Roe” Teagarden to spokojna, wręcz stereotypowa bibliotekarka mieszkająca w Lawrenceton w stanie Georgia - są to prężnie rozwijające się przedmieścia Atlanty. Jest samotną kobietą, której życie krąży wokół pracy, zajmowaniem się domem oraz klubem Prawdziwe Morderstwa, w którym członkowie omawiają przypadki zbrodni sprzed lat. Poznajemy ją w dniu, w którym umiera - a raczej zostaje brutalnie zamordowana jedna z członkiń tej oto grupy, Mamie Wright. Aurora w zbrodni od razu spostrzega pewien wzór - kobieta została zamordowana niemalże w identyczny sposób oraz w bardzo podobnych okolicznościach co niejaka Julia Wallace, na której temat miał odbyć się tego dnia wykład. Lawrenceton wręcz kipi od plotek, a Aurora jest na ich czele. Zbrodnia pociąga za sobą kolejne, ktoś wyraźnie czyha na życie Roe, a także reszty członków Prawdziwych Morderstw, pomiędzy którymi znajduje się seryjny morderca.


„W filmach te wysuszone bibliotekarki z włosami ściągniętymi w kok często pozwalają sobie na nagłych wybuch. Niszczą fryzury, zrzucają okulary i ruszają w tango. Może i ja tak kiedyś zrobię.”

Nim poruszę kryminalną część książki, chciałabym zwrócić uwagę na podobieństwo Sookie Stackhouse (głównej bohaterki cyklu, na której podstawie powstał serial HBO „Czysta Krew” - oczywiście autorstwa C. Harris) do Aurory. Nie na odwrót - choć cykl Sookie Stackhouse trafił do naszych rąk wcześniej, to właśnie Aurora Teagarden była pierwsza, tyle że cykl nie był publikowany. W obu przypadkach mamy samotną, dojrzałą kobietę prowadzącą dom i wyraźnie czerpiącą z tego przyjemność. Początkowo obie są delikatne, bezbronne, zdane na męską pomoc - jednak z czasem bohaterki ewoluują, stają się waleczne, samodzielne, pewne siebie. Pamiętacie jak w podstawówce mieliście rzekomą lekcję muzyki i nauczycielka wręczała wam trójkąt? Właśnie na takim trójkącie pogrywają Sookie i Aurora. Wplątują się w ten znienawidzony (naprawdę znienawidzony!) trójkąt miłosny. W przypadku Sookie mamy Billa i Erika, z kolei Aurora pogrywa sobie z Robinem Crusoe (ach te charakterystyczne nazwiska Harris) oraz Arthurem Smithem - którego znacznie bardziej lubię. Nie spodobało mi się bardzo to, że Aurora swój romans nawiązuje nagle, równocześnie z lekturą. Rozumiem, że w przypadku Robina nie miało jak dojść do tego, aczkolwiek sądzę, iż autorka powinna umieścić chociażby iskierkę między Arthurem (z którym Aurora chodziła bodajże przez 3 lata na spotkania Prawdziwych Morderstw), a nie nagle ni stąd ni zowąd pojawia się uczucie. Nagłemu bach mówię stanowczo NIE, tak samo jak oklepanym trójkątom miłosnym - ale to drugie jej wybaczę; w końcu „Prawdziwe Morderstwa” powstały w 1990 roku - może wtedy te cholerne trójkąty nie były aż tak na fali. Kolejną nieprzyjemną sprawą związaną z życiem uczuciowym bohaterki było to, iż Aurora bezczelnie bawiła się uczuciami obu mężczyzn. Przez to jakoś straciłam do niej sympatię, a - o dziwo - darzyłam ją niemałą! Kobiety stworzone przez panią Harris jakoś łatwo wkradają się w moje łaski.



Choć ogromnie lubię twórczość Charlaine Harris to jej działalność w kryminałach jakoś nieszczególnie mnie wciągnęła. Książka nie jest zła, jednak na pewno nie jest też górnolotna. Taki przeciętniak, ot co, aczkolwiek całkiem przyjemny. Lekturę czyta się bardzo szybko, jest ona lekka do przetrawienia - i właściwie w moim przypadku stanowi to wadę. Oczywiście nie lubię książek, przez które przebrnięcie stanowi nie lada wyzwanie, jednakże nie zmienia to faktu, że to właśnie ta wyważona ciężkość (jak w przypadku poprzedniej książki, którą czytałam i której recenzja znajduje się zaraz pod tą) wciąga nas w fabułę. Styl autorki nie jest szczególnie wyśmienity, jednocześnie nie mogę określić go słowem prostacki. Jest dosyć… kolokwialny. Nie znajdziemy w nim wyszukanego słownictwa, długich, często męczących opisów. Nie roztrząsa kwestii psychologicznych, filozoficznych, czy moralnych. Charlaine pisze szybko, prosto i na temat. Jako książka obyczajowa - duży plus, jako kryminał - niestety minus. Brak tu tego czegoś, przez co w mojej głowie pojawia się pytanie „kto zabił?”. Czytam, bo fajnie się czyta, nie dlatego, że zżera mnie ciekawość. A chyba nie na tym polega czytanie kryminałów, czyż nie?



Książka napisana jest z perspektywy głównej bohaterki, co znaczy, że mamy ograniczony zasób wiedzy i spostrzegania. Aurora to niegłupia kobieta, jednak czasami odniosłam wrażenie, że jej opinie (zwłaszcza na początku) brały się nie wiadomo skąd. Miałam wrażenie, że autorka próbuje uczynić z Roe damską wersję Sherlocka. Wspomnę również, że jakoś nieszczególnie spodobały mi się dialogi. Tu coś Charlaine sknociła - a to właśnie te dialogi rozśmieszały mnie u Stackhouse. Tu nabrały one wręcz groteskowości, jakiegoś pseudo-komicznego wydźwięku. 




Podczas lektury „Prawdziwych Morderstw” bezustannie miałam przed oczami Sookie. Niestety cykl ten jest drugim stworzonych przez panią Harris, w który się wgłębiłam i nie mogę stwierdzić, czy Aurora Teagarden jest pierwowzorem wszystkich bohaterek jej powieści - jednak na pewno jest wcześniejszą panną Stackhouse. Dlatego też z chęcią sięgnę po cykl Lily Bard, by się przekonać, czy moje podejrzenia są prawdziwe. Na pewno „Prawdziwe Morderstwa” nie jest złą książką. Jest zwyczajną. Ani dobra, ani zła. Nie mogę jednak skłamać i powiedzieć, że znajduje się w niej wszystko na co czekałam, ani stwierdzić, że nie przypadła mi do gustu, bo przypadła. Ale niestety tak jak już wcześniej wspomniałam, jako kryminał to nie jest to, choć zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło. Mam nadzieję, że „Kości Niezgody” będą lepsze i odczuję podczas lektury więcej emocji. Jako że wcześniej przeczytałam prawie cały cykl o Sookie Stackhouse mogę stwierdzić, że styl pani Harris wyraźnie się poprawił od czasu „Prawdziwych Morderstw” i oby tak dalej.


książce przyznaję 6/10

A tak poza tym wczoraj odwiedziłam Bielsko-Białe, z którego przywiozłam dwie perełki:



  nawet nie mam miejsca, żeby je wepchnąć na półkę...

Jutro czeka mnie egzamin, na który praktycznie w ogóle się nie przygotowałam. Powodem jest lenistwo i brak zaangażowania w sprawę. Jakoś nieszczególnie mi na tym zależy i właściwie największym problemem jest wstanie i przyszykowanie się na niego. 

Bardzo dziękuję za takie zainteresowanie pod poprzednim postem - nawet nie wiecie ile uśmiechu mi przysporzyliście. Do usłyszenia!



Prawdziwe Morderstwa ~ Kości Niezgody