Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura ezoteryczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura ezoteryczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 marca 2016

23. Wielki Nieobecny, Kem Frydrych

Debiuty są różne - udane i mniej udane. Ich ocena jest niezwykle trudna, bo ciężko oceniać początki. Wielki Nieobecny to Self-Publishing. Coś, czego osobiście się obawiam, ponieważ nie wiadomo co przyjdzie nam czytać. Z jednej strony mamy szansę wytropić bestseller, ale z drugiej istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że książka okaże się totalnym flopem.   


,,...my się zmieniamy i dlatego świat się zmienia"

Sięgając po pierwszy tom debiutanckiej serii autorki ukrywającej się pod pseudonimem Kem Frydrych, nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Tytuł kompletnie nic nie zdradza, okładka jest równie tajemnicza, a opis książki tylko co nieco przybliża. Nie będę ukrywać, że treść zaskoczyła mnie zarówno pozytywnie, jak i negatywnie.  Przed sporządzeniem recenzji mam jedną żelazną zasadę: lepiej wiedzieć więcej, niż mniej a zwłaszcza jeżeli chodzi o temat, na który będę się wypowiadała. Wielki Nieobecny to książka, która powstała (można tak powiedzieć) przypadkowo. Autorka to kobieta, która z pisarstwem nie miała wcześniej nic wspólnego. Jak sama napisała na początku książki, Wielki Nieobecny był zaskoczeniem nie tylko dla jej znajomych i rodziny, ale również i dla niej samej, bo wcześniej nie stworzyła nawet opowiadania. Muszę powiedzieć, że powód powstania tej serii mnie rozczulił. Autorka chciała napisać coś dla swojej wnuczki - początkowo miało być to krótkie opowiadanie o miłości pięknej, czystej, duchowej. W efekcie krótkie opowiadanie stało się materiałem na czterotomową powieść. Robi wrażenie, czyż nie? Ale jak powszechnie wiadomo: liczy się jakość, nie ilość.  

Jak przedstawić prawdziwą miłość, kiedy cielesność i kontakt fizyczny przysłoniły istotność związku emocjonalnego? Czasami wydaje się to już niemożliwe - i to już nie znalazło się tutaj przypadkowo. Żyjemy w czasach, kiedy seks i miłość często są postrzegane jako jedność. Wartości, którymi kierowano się kiedyś, aktualnie są przeżytkiem, mrzonką. Związek oparty na wspólnym zaufaniu, szacunku, wsparciu oraz przyjaźni stał się czymś w rodzaju mitu. Dla mojego pokolenia często pojęcie właśnie takiej miłości jest zupełnie obce, a co dopiero będzie za kilka lat? Autorka zrobiła coś dobrego nie tylko dla swojej wnuczki. Pokazała, że prawdziwa miłość to przede wszystkim związek dusz a nie ciał. 

Niestety, podczas lektury wiele rzeczy mi nie odpowiadało - przede wszystkim, choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafiłam nie zauważać amatorstwa. Bardzo irytowały mnie rozlazłe zdania - zwłaszcza, że ich treść mogła być zawarta w zdaniu o połowę krótszym. Wszystkie te gdyż, iż, bo, ponieważ, więc szczególnie dawały mi się we znaki. Pamiętam, jak czytałam Jak pisać. Pamiętnik Rzemieślnika spod pióra Stephena Kinga, i tam było takie mądre, bardzo mądre zdanie:  musimy zabijać, to co kochamy. Co prawda, są to słowa Hemingwaya, ale King trafnie odniósł to do pisarstwa oraz podparł wieloma przykładami. Mniej wcale nie oznacza gorzej, a w przypadku pisania odważę się stwierdzić, że lepiej. Kolejną rzeczą, która zdarzyć się nie powinna, to dziwna mieszanka imion. Pojawia się bohater imieniem Karl, następnie Frank, Natalie, Saab, w pewnym momencie poznajemy Anmarie. Aż tu nagle wyskakuje nam Mateusz i Janek. No...właśnie. Pamiętam, że w tym momencie naprawdę się pogubiłam. W mojej głowie pojawiło się pytanie Gdzie my właściwie się znajdujemy? Byłam pewna, że akcję osadzono zagranicą, ale chyba się myliłam. Nie jestem czepialska, to naprawdę nie tak! Ale, według mnie - oczywiście, powinniśmy się trzymać albo imion zagranicznych, albo polskich.  Następną sprawą były dziwne, naprawdę dziwne sytuacje, które nie wnosiły do fabuły nic, a tylko ją udziwniały. Szczególnie w pamięci utkwiło mi, gdy Natalie zasnęła na kanapie w butach. Karl zdecydował jej je zdjąć, odkrywając, że dziewczyna ma zdarte skarpetki i stwierdził, że następnego dnia podaruje dziewczynie parę czystych skarpet. 


,,Dobrze, że tylko dziewczyny się czerwienią"


Ogólna tematyka Wielkiego Nieobecnego to ciekawy zlepek różnych motywów zahaczających o wymiar fizyczny i duchowy człowieka. Książkę zakwalifikowałam do literatury ezoterycznej. Treść debiutu Frydrych osnuta jest na ogół atmosferą tajemnicy, miejscami wkraczamy w klimat iście ze snu. Poznajemy zwyczajnych ludzi, którym przytrafiają się nieprzypadkowe przypadki. Plusem powieści jest poczucie humoru bohaterów. Nie jestem typem człowieka, który czytając zabawną książkę śmieje się w głos, ale niektóre słowa wywołały na moich ustach uśmiech i całkiem rozbawiły. W gruncie rzeczy Wielki Nieobecny to przyjemna historia - lekka (czasami aż nazbyt lekka), a mimo to wymagająca refleksji, by odkryć jej głębszy sens. Kolejnym plusem tej powieści jest jej niecodzienność. Z taką tematyką jeszcze się nie spotkałam. Mamy tutaj mieszankę meta-fizyki, miłości, sztuki walk, medytacji. Dla mnie była to podróż w nieznane. 

Jak na powieść, która powstała z niczego, mogę stwierdzić, że jest to całkiem niezły początek. Autorka ma naprawdę dobre pomysły, ale nad ich realizacją musi jeszcze popracować. Wielki Nieobecny to książka, która wymaga chwili refleksji, zastanowienia. Choć napisana jest bardzo prostym językiem, to niesie za sobą pewne wartości, które na pierwszy rzut oka są niewidoczne. 

ocena: 5,5/10

Za egzemplarz bardzo dziękuję Autorce!  

środa, 25 czerwca 2014

3. Między Niebem a Ziemią, James F. Twyman

tytuł oryginalny: The Barn Dance autor: James F. Twyman rok wydania: 2010 liczba stron: 244  wydawnictwo: Illuminatio


         „Między Niebem a Ziemią”  to autentyczna opowieść będąca zapisem doświadczeń samego autora - Jamesa F. Twymana, którego była żona Linda została brutalnie zamordowana w jej własnym mieszkaniu, podczas gdy on spędzał święta z ich córką w Minneapolis w Oregonie. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, jednak czy było pozytywne? Przekonajmy się!            
         Książkę zaczęłam czytać dzień przed drugą częścią (tym razem praktyczną) egzaminu i pomimo presji ciągle zerkałam i czytałam po kilka stron. Historia Jamesa naprawdę do mnie trafiła - choć czasami gubiłam się i sama już nie byłam pewna, co jest prawdą, a co nie, to i tak z fascynacją przemierzałam kolejne kartki. Przyłapałam się również na wpatrywaniu się w zdjęcie rodziny Twymanów, które wydawnictwo umieściło na skrzydełku. Chcąc sprawdzić ową autentyczność historii opowiedzianej w książce, przeszukałam skrawek Internetu i znalazłam informację na temat faktycznego morderstwa Lindy Twyman - tak jak pisało w książce, została ona zamordowana w jej mieszkaniu w Evanston.               
         Podczas lektury „Między Niebem a Ziemią”  dostrzegłam jak ogromną tragedię potrafią wyrządzić nam całkiem obcy ludzie - ludzie, z którymi nie mamy żadnej styczności, którym nic nie zrobiliśmy, którzy nie zastanowią się co będzie przeżywać rodzina tej osoby. W Angeli znalazłam cząstkę siebie - tak samo jak ona mam prawie dwadzieścia lat i w sytuacji kryzysowej doznaję paraliżu emocjonalnego, lub jak ładnie określił to autor: emocjonalną śpiączkę, zanik uczuć. Właśnie to jej postawa uderzyła mnie najmocniej. Potrafiłam postawić się na jej miejscu. Zaczęłam zadawać sobie pytania a co gdyby to mojej mamie ktoś zrobił coś tak okropnego? Jakbym się zachowała, gdybym się o tym dowiedziała, jakbym funkcjonowała? Pewnie tak samo jak Angela Twyman, bo zachowała się zupełnie naturalnie. Nie zanosiła się teatralnymi łzami, nie rozpaczała na każdym kroku. Była po prostu smutna, a ów smutek był tak wielki, że wsiąknął w jej mięśnie - a przede wszystkim w serce, wywołując wcześniej wspomnianą emocjonalną śpiączkę. James i Angela przeżyli prawdziwe piekło składające się z tęsknoty, niezrozumienia i zagubienia. Pomimo rozwodu Jamesa i Lindę łączyło silne, dojrzałe, bo dwudziestoletnie uczucie, którego nie zdążyli uformować.               
          „Między Niebem a Ziemią” jest swoistą spowiedzią autora, który przyznaje przed samym sobą oraz już zmarłą żoną, że popełnił błąd, doprowadził ich małżeństwo do rozpadu, czego do dziś żałuje. Choć historia przez niego została mocno zakropiona elementami fantastyki, to i tak wydaje się zupełnie rzeczywista (do pewnego momentu, ale o tym zaraz). James F. Twyman stworzył świat, w którym nic nigdy tak naprawdę nie umiera - rzeczywistość, w której można zawisnąć pomiędzy dwoma światami, jednocześnie nie należąc do żadnego z nich, tak jak się nam wydaje. Niestety! Autor w pewnym momencie zaczyna… brzydko mówiąc, fanzolić. Fantastyka przerosła rzeczywistość powieści, przez co zgubiła ona tą autentyczność. Kilka razy zadałam sobie pytanie, co James F. Twyman brał podczas pisania tej książki? Rozumiem. Chciał pokazać jak ważne jest przebaczenie, by móc odzyskać spokój - przede wszystkim własnej - duszy. Jednak co za dużo, to niezdrowo. Miejscami książka była właśnie niezdrowa, a wypowiedzi głównego bohatera zbyt sztywne - jakby wygłaszał poemat na temat pokoju na świecie i mocy miłości do bliźnich. Wątpię, by człowiek, któremu zamordowano brutalnie żonę powiedział do morderców coś w stylu  „kocham i wybaczam”. Sama postać Lindy, początkowo zwykłej kobiety (gdzie zwykłość rozumiem jako bycie człowiekiem, którym targają uczucia - niekoniecznie dobre i zgodne z dekalogiem) nagle zostaje tak cholernie wyidealizowana, że aż mam jej dosyć. To chyba największy minus tej książki. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czytało mi się naprawdę dobrze i zajęło mi to dwa dni. Była to miła, lekka lektura - można nawet ją nazwać swego rodzaju odmóżdżaczem. Historia Jamesa, Lindy i Angeli na pewno jest wstrząsająca. Pomimo elementów fantastyki mamy tu do czynienia z prawdziwym morderstwem, rzeczywistą tragedią jaka dotknęła rodzinę Twymanów. No i miłość. Co byśmy bez niej zrobili? Miłość jaką główny bohater darzy swoją byłą żonę jest co najmniej wzruszająca, ale właściwie nie wiem, czy faktycznie James darzył Lindę takim uczuciem cały czas, i czy to aby nie śmierć kobiety wywołała tak nagły skok miłości. Jednak, któż to wie? Chyba tylko sam autor. Spodobało mi się to, iż tytuł utworu (oczywiście oryginalny, The Barn Dance) coś znaczył. Nie był tak o wybrany - jak w większości powieści. Od początku lektury ciekawiła mnie jego symbolika i w końcu się doczekałam znaczenia. Niestety sam motyw tej wiejskiej zabawy wydał mi się niestety banalny i do gustu mi nie przypadł. Przyznaję, że na początku książka ogromnie mi się podobała, jednak w pewnym momencie miarka się przebrała i bach. Już nie było tak fajnie. A szkoda, bo widać, że autor ma potencjał.  
         Tak jak pisałam na początku, było to moje pierwsze spotkanie z tym autorem i właściwie oceniam je nijako. Ani dobrze, ani źle. Może i sięgnęłabym po kolejną jego książkę, tyle że „Między Niebem a Ziemią” wydaje się być jedynym jego dziełem, które mogłoby mnie w jakimś stopniu zainteresować. Nie jestem pewna, czy mogę wam polecić tę książkę z czystym sumieniem, jednak warto sprawdzić samemu. Może komuś przypadnie bardziej do gustu i odnajdzie w lekturze znacznie więcej ode mnie.

Książce przyznaję 4/10


„Między Niebem a Ziemią” miałam możliwość przeczytać dzięki Wydawnictwu Illuminatio.



a tymczasem zabijcie mnie, bo znowu coś kupiłam:


ktoś czytał Czas Żniw? Jak wrażenia?