Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Uroboros. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 czerwca 2020

301. Ostatnia walka, Rachel E. Carter


Finałowy tom popularnej serii fantasy, która rozkochała mnie już od pierwszego tomu. Ostatnia walka to zaskakująco mocne zakończenie losów Ryiah, młodej magini, która wspięła się na sam szczyt swych możliwości, po to, aby upaść z hukiem - czy to wszystko było tego warte?

Rachel E. Carter to amerykańska autorka, której cykl fantasy Czarny mag osiągnął status bestsellera według USA Today. Wpływ na twórczość Carter miały: J.K. Rowling (Harry Potter), Meg Cabot (Pośredniczka, Pamiętniki księżniczki), Taheren Mafi (Dotyk Julii), L.J. Smith (Pamiętniki wampirów), Tamora Pierce (Krąg magii, Kroniki Tortallu) oraz Jane Austen (Duma i uprzedzenie, Perswazje). Amerykańska pisarka wielbi kawę, którą kolekcjonuje i ma słabość do czarnych charakterów w literaturze, a szczególnie pana Darcy'ego. Pierwsza część serii Czarny mag w Polsce miała premierę 13 września 2018 roku - natomiast za granicą jest dostępna już całość, w skąd której wchodzą: Non-heir (tzw. 0,5), First Year, Apprentice, Candidate, Last Stand. Polskie tytuły serii to: Pierwszy rok, Adeptka, Kandydatka oraz Ostatnia walka. 

On jest Czarnym Magiem, a ona zdrajczynią. Świat Ryiah runął, gdy odkryła niecne plany króla Blayne'a. Teraz musi zdradzić wszystko, co kocha, aby uchronić królestwo przed wojną. Rozdarta między miłością a obowiązkiem, sercem a rozsądkiem Ry podejmuje się niebezpiecznej misji. Ma pomóc rebeliantom i przekonać przedstawicieli królestwa Pythus, aby zerwali pakt ze skorumpowanym królem Jeraru, jednocześnie oszukując najpotężniejszego maga w królestwie, a zarazem swojego męża. Wcześniej czy później będzie musiała stanąć do walki. *


Recenzja ta stanowi nie tylko moją ocenę ostatniego tomu serii Czarny mag autorstwa Rachel E. Carter, ale także całości przygód młodej magini Ry i mrocznego księcia Darrena. Pierwszy tom przeczytałam w 2018 roku i śmiało mogę stwierdzić, że była to miłość od pierwszego przeczytania. Autorka oczarowana mnie kreacją świata przedstawionego, bohaterami, fabułą a także swoim warsztatem literackim. W 2019 roku przeczytałam drugi (Adeptka) i trzeci (Kandydatka) tom, które wywarły na mnie równie pozytywne wrażenie. Ostatnia walka choć utrzymana w tej samej konwencji, bardzo różni się od poprzednich tomów - przede wszystkim natłokiem krytycznych wydarzeń, które burzą wszystko, na co nasi bohaterowie pracowali na przestrzeni całej serii. Wszystko okazuje się być potwornym kłamstwem, niszczącym rzeczywistość, którą znamy. 

,,Byłam magiem i dziewczyną, nikim więcej. Wszystko inne to nieprawda.''

Rachel E. Carter jest brutalna, bezwzględna, ale jednocześnie... cudowna. Seria Czarny Mag jest jedną z tych, które przeniosły mnie na wiele godzin do innego świata i wielokrotnie zaparły dech w piersi. Jak dla mnie jest to idealna fantastyka młodzieżowa - pełna wartkiej akcji, zakazanej miłości, wstrząsających decyzji, piękna przyjaźni - która spokojnie przypadnie do gustu również starszemu czytelnikowi. Ostatnia walka to mocne zakończenie serii, które na długo zapadnie w pamięci czytelników. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że autorka odważy się na tak drastyczny rozwój wydarzeń - zdecydowanie nie jest to zakończenie z cyklu i żyli długo i szczęśliwie. Za dużo tu krzywdy, bólu, łez, ciężkich słów i podłych czynów, po doświadczeniu których niemożliwym jest wrócić do tego, co było przed. Ale zawsze można się starać, próbować, mieć nadzieję...


Jeżeli jesteście przed lekturą ostatniego tomu, to przygotujcie się na mocne emocje i łamiące serce sytuacje. Z kolei osoby, które przeczytały już Ostatnią walkę zgodzą się ze mną, że to była prawdziwa jazda bez trzymanki. Pozostało mi czekać na nowelkę Non-heir, będącą dodatkiem do serii i ciekawym dopełnieniem całości. POLECAM - zarówno całą serię, jak i każdy tom z osobna. 

* materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

293. Fałszywy Pieśniarz, Martyna Raduchowska

Mroczna kontynuacja Szamanki od umarlaków oraz Demona Luster. Martyna Raduchowska, jedna z moich ulubionych polskich pisarek, powraca z dalszymi przygodami Idy Brzezińskiej. Wrocławska twórczyni zdobyła mnie przede wszystkim swą cyberpunkowym kryminałem Łzy Mai, lecz do jej serii fantasy wróciłam z utęsknieniem. 

Martyna Raduchowska urodziła się w 1987 roku we Wrocławiu, z którym jest związana również sercem. Aktualnie mieszka w Warszawie. Ukończyła psychologię i kryminologię na Uniwersytecie Aberystwyth, neurobiologię poznawczą na Uniwersytecie York oraz psychologię śledczą - Uniwersystet SWPS. Z zamiłowaniem profiluje osoby zaginione i sprawców zbrodni, oraz zgłębia tajniki ludzkiego mózgu. W literackim świecie porusza się w sferze fantastyki. Napisała kilka opowiadań, powieści urban fantasy: Szamanka od umarlaków (2011), Demon Luster (2014) oraz cyberpunkowy kryminał Łzy Mai (2015), za który otrzymała Nagrodę Literacką Kwazar. Pisze i pracuje jako scenarzystka w studiu CD PROJEKT RED.

Ekipa śledcza Wydziału Opętań i Nawiedzeń wkracza do ogrodu Kusiciela, aby odkryć ostatni element układanki. Ekshumacja zwłok nieznanego mężczyzny daje początek serii tragicznych wydarzeń. We Wrocławiu dochodzi do przerażających samobójstw, mroczna przeszłość Kruchego powraca, by upomnieć się o jego duszę, Ida zaś przekonuje się, że dar szamanki od umarlaków w niepowołanych rękach grozi katastrofą, a życzenia potrafią być niebezpieczne szczególnie wtedy, gdy się spełniają… **


Fałszywy pieśniarz to piąta książka Martyny Raduchowskiej, po którą sięgnęłam od 2018 roku, gdy to w moje łapki trafiła pierwsza część losów Idy Brzezińskiej, Szamanka od umarlaków. Już wtedy autorka kompletnie oczarowała mnie swoim elastycznym i swobodnym piórem, a także pomysłowością, która do teraz zaskakuje mnie co rozdział. Do dziś nie jestem w stanie uwierzyć, że otwarcie historii Idy było debiutem literackiej wrocławskiej pisarki. Demon Luster okazał się być kontynuacją ponurą, pełną demonów i innych strachów, jednak występujący tam kryminalny wątek fantasy bardzo przypadł mi do gustu. Od czasu lektury tych dwóch książek minęły prawie... dwa lata i choć nieco wybiłam się z tej historii, to i tak po trzeci tom sięgnęłam z ogromną przyjemnością. Są miejsca, do których człowiek wraca z radością - i jednym z nich jest właśnie bezgraniczna wyobraźnia Martyny Raduchowskiej. Już sama okładka wiele mówi nam o klimacie książki. Mroczna, przytłaczająca negatywnymi emocjami, które wręcz wylewają się z Idy, a nawet wywołująca miejscami gęsią skórkę - a zwłaszcza scena z małymi stópkami (ci, którzy tę lekturę mają już za sobą, będą doskonale ją pamiętać). Muszę przyznać, że zaskoczył mnie kierunek, który obrała Martyna Raduchowska - z pozornie lekkiej i zabawnej historii medium, które wcale nie chce być medium, a w dodatku jest czarną owcą w magicznej rodzinie, stworzyła coś... co nie możemy określić już słowem zabawny, bo trzeciemu tomowi stanowczo daleko do zabawnego i frywolnego dzieła. 

,,Czy kogoś, kto czyni dobrze tylko dlatego, że ma nóż na gardle można nazwać dobrym człowiekiem?
- Obawiam się, że zaczęliśmy filozofować.
- I to- o zgrozo- bez alkoholu''.

Pracownicy Wydziału Opętań i Nawiedzeń (w skrócie WON) w dalszym ciągu kontynuują niełatwe śledztwo w sprawie tajemniczego Demona Luster, niejakiego Marka Karewicza - znanego również jako Karev lub Kusiciel. Antagonista, którego poznaliśmy w poprzednim tomie, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a jego przeszłość w dalszym ciągu stanowi klucz do rozwiązania czegoś znacznie większego. Mężczyzna skutecznie utrudnia śledztwo i wcale nie ma zamiaru współpracować z Idą, Kruchym, Rudą, czy resztą ekipy śledczej. Idzie jednak udaje się zdobyć kolejny klucz do jego wspomnień - wspomnień, które przytłaczają swą ponurością. 

W trzeciej części przygód Idy Brzezińskiej zaskoczyła mnie nie tyle co zmiana klimatu na jeszcze mroczniejszy niż w poprzednim tomie, co niezwykły progres w obrębie warsztatu literackiego Martyny Raduchowskiej. To, że wrocławianka potrafi pisać cudownie wiem nie od dziś (Łzy Mai, czy Spektrum to przecudownie napisane książki), jednak i tak Fałszywy Pieśniarz kompletnie otumanił mnie właśnie na poziomie językowym. Autorka czaruje słowem, bawi się językiem polskim, w proste zdania wplata idealną porcję środków stylistycznych i wychodzi jej to doskonale. Niestety w tej części bohaterowie drugoplanowi - oprócz Idy i Kruchego, których relacja pogłębia się i komplikuje jednocześnie - schodzą na drugi plan. Mało tu Tekli, Pecha, Gryzaka, czy innych postaci, które do tej pory ubarwiały lekturę. Treść odnosi się do poprzednich tomów, tak więc przeczytanie tej książki bez znajomości wcześniejszych części, nie wchodzi w grę. Wpierw zachęcam do przeczytania Szamanki od umarlaków, następnie Demona Luster, a dopiero później Fałszywego Pieśniarza. 


Na kontynuację przygód Idy Brzezińskiej niektórzy czytelnicy musieli czekać aż pięć lat - ja na szczęście niecałe dwa. Fałszywy Pieśniarz najprawdopodobniej jest zakończeniem tej historii, choć jak dobrze wiemy, różnie to bywa. Może autorce będzie równie trudno rozstać się z bohaterami i magiczną Polską? Mam taką nadzieję, bo smutno będzie nam bez Idy, Kruchego, Pecha, Gryzaka, Tekli i całej reszty barwnych bohaterów. 

* materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 



wtorek, 31 marca 2020

292. Instytut, K.C. Archer

Debiutancka powieść zagranicznej autorki ukrywającej się pod pseudonimem artystycznym. Instytut to tegoroczna nowość wydana przez jedno z moich ulubionych wydawnictw - Uroboros. Jako fanka zjawisk paranormalnych, a także literatury z wątkami nie z tego świata, nie mogłabym przejść obojętnie obok tej książki - zwłaszcza, że już sama okładka fascynuje i obiecuje udaną lekturę. Czy dałam się zwieść grafikowi? 

K.C. Archer to autorka ukrywająca się pod pseudonimem. Instytut (2018) jest jej pierwszą książką i jednocześnie pierwszym tomem serii. * Aktualnie na rynku zagranicznym jest już dostępna druga część nosząca tytuł The Astral Traveler's Daughter. 

Teddy Cannon nie jest typową dwudziestokilkuletnią kobietą. Owszem, jest zaradna, bystra i pokręcona. Ale potrafi też z niesamowitą precyzją czytać ludzi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jest prawdziwym medium. Kiedy seria złych decyzji prowadzi Teddy do wpadki z policją, interweniuje tajemniczy nieznajomy. Zaprasza ją do złożenia podania do instytutu dla mediów, placówki ukrytej u wybrzeży San Francisco, gdzie studenci są szkoleni niczym pracownicy Delta Force: uczelnia ta jest konkurencyjna, bezwzględna i ściśle tajna. Studenci uczą się tam telepatii, telekinezy, umiejętności śledczych i taktyki SWAT. A jeśli przetrwają szkolenie, kontynuują służbę na najwyższych szczeblach władzy, wykorzystując swoje umiejętności do ochrony Ameryki i świata. *


Sięgając po tę książkę, nie można pozbyć się wrażenia, że gdzieś już spotkaliśmy się z podobną historią. Paranormalne umiejętności, ludzie traktujący siebie samych jak wyrzutków społecznych,  instytut naukowy pomagający im okiełznać swe zdolności; tajemnicze badania, w które zamieszane jest wojsko oraz rząd państwa. Czy ktoś z Was już znalazł pierwowzór? Gdy tylko przeczytałam kilka początkowych rozdziałów już wiedziałam, z czym Instytut K.C. Archer tak bardzo mi się kojarzy... z historią grupy mutantów znanych z komiksów, a także filmów - X-Men. Jednak ze względu na to, że uwielbiam mutantów i stosunkowo niedawno oglądałam wszystkie części filmów, jest to zdecydowanie pozytywne skojarzenie. Główną bohaterką debiutu K.C Archer jest niejaka Theodora Delaney Cannon znana jako Teddy. Dwudziestoczteroletnia dziewczyna wychowana w Las Vegas uwielbia hazard, a jej ulubionym miejscem jest kasyno. Teddy jest naprawdę dobra w karty, a zdecydowanie ma na to wpływ jej nad wyraz rozwinięta spostrzegawczość, dzięki której dziewczyna jest w stanie przewidzieć decyzje i sytuację graczy na podstawie ich zachowania, gestów a także mimiki. Niespodziewane spotkanie z nieznajomym mężczyzną zupełnie zmienia jej życie oraz otwiera oczy na pewne sprawy... a zwłaszcza na samą siebie. Theodora dołącza do Instytutu Whitfield, gdzie spotyka ludzi podobnych do siebie, a także odkrywa wstrząsającą fakty ze swojej przeszłości. Za pomocą morderczych treningów fizycznych i umysłowych zdobywa wiedzę i umiejętności, dzięki którym w przyszłości będzie w stanie wykonać zadania specjalne na najwyższych szczeblach władzy państwowej, a także światowej. Mówiąc jaśniej, absolwenci Instytutu Whitfield są szkoleni do wyższych celów. 

„Jeśli nie pasujesz do społeczeństwa, wśród nich się odnajdziesz...”

Instytut jest jedną z tych książek, które czyta się błyskawicznie. Strony właściwie przewracają się same - jednakże warto zaznaczyć, że to nie rwąca akcja odpowiada za taki stan rzeczy, lecz wyraziste pióro autorki, które trafi w gusta większości czytelników. K.C. Archer skupia się na konkretach, nie odpływa w warstwę uczuciową czy emocjonalną bohaterów - jednak przy tym nie pozbawia swych postaci namiętności. Autorka w intrygujący sposób tłumaczy działanie paranormalnych umiejętności. W Instytucie Whitfield rodzą się przyjaźnie, a także coś więcej - co niekoniecznie pomoże studentom skupić się na nauce i ćwiczeniach. Teddy warstwa po warstwie rozbiera swe tajemnicze umiejętności, stopniowo odkrywając prawdę o sobie i swojej rodzinie, a także swoich przyjaciołach. Niestety nie każda prawda jest ładna i właściwie do samego końca pierwszego tomu nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły.


Druga połowa książki zdecydowanie jest lepsza niż pierwsza, także warto dać szansę tej książce i przekonać się na własnej skórze, czy debiutująca autorka zrobiła na was pozytywne wrażenie, oraz czy zdecydujecie się na lekturę drugiego tomu, który mam nadzieję, jeszcze w tym roku do nas trafi. Instytut kusi okładką i fabułą przypominającą X-Menów. Mnie książka zdecydowanie kupiła. 

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 


poniedziałek, 17 lutego 2020

281. Złodzieje snów, Maggie Stiefvater

Kontynuacja Króla Kruków, czyli młodzieżowego bestsellera fantasy. Złodzieje snów to druga część czterotomowego The Raven Cycle, która bezpośrednio łączy się z poprzednim tomem, także zanim zabierzecie się za tę książkę, koniecznie przeczytajcie Króla Kruków. Seria autorstwa Maggie Stiefvater jest jedną z tych, które chciałam przeczytać od bardzo, bardzo dawna, a w trakcie oczekiwania na spotkanie z bohaterami, w moim umyśle powstał swego rodzaju obraz ich historii, jednak autorka kompletnie mnie zaskoczyła. The Raven Cycle nie jest tym, czego oczekiwałam - jednak wcale nie jest to wadą serii, gdyż zdecydowanie należy ona do tych zaskakujących i nieodkładalnych.

Maggie Stiefvater to amerykańska pisarka i artystka, absolwentka historii. Śpiewała na weselach, pracowała jako redaktor techniczny, instruktorka kaligrafii, kelnerka. Teraz, jak sama mówi, w dzień jest zawodową pisarką, a w nocy – artystką. Sama tworzy ilustracje do zwiastunów swoich książek, a razem z siostrą komponuje do nich muzykę. W Polsce ukazało się kilka jej powieści, m.in. trylogia Drżenie (Drżenie, NiepokójUkojenie) i cykl Król Kruków (Król Kruków, Złodzieje snów, Wiedźma z lustra, Przebudzenie króla). Mieszka w Virginii z mężem i dwójką dzieci. *

Ronan Lynch wciąż głębiej zapada się w swoich snach, które stają się coraz bardziej realne i coraz mocniej wkraczają w jego życie na jawie. Teraz, gdy przebudziła się linia mocy dookoła Cabeswater, nic już nie będzie takie samo. Tymczasem pewien tajemniczy Szary Mężczyzna szuka artefaktu, który pozwoliłby kraść przedmioty ze snów, i przypuszcza, że Ronan go ma. Czy czwórka przyjaciół – Ronan, Gansey, Blue i Adam – poradzi sobie z tym, co szykuje dla nich los, i czy w końcu uda im się znaleźć legendarnego Króla Kruków – Glendowera? Stawką jest wielka moc i ktoś musi być gotów, by jej użyć. **


Wielkie poszukiwania legendarnego Glendowera trwają nadal. Blue, Gansey, Adam i Ronan są zdeterminowani, by go odnaleźć - zwłaszcza Gansey, dla którego walijski władca stał się czystą, słodką obsesją. W Złodziejach snów autorka w dużej mierze skupia się na postaci Ronana Lyncha, jednego z czołowych bohaterów, niegrzecznego chłopca, który od czasu śmierci ojca znajduje się na równi pochyłej prowadzącej do najmroczniejszych obszarów swojej duszy. W pierwszym tomie postać środkowego brata Lynch niezbyt przypadła mi do gustu. Ronan to trudny, mroczny i skomplikowany bohater, który najpierw budzi w czytelniku negatywne emocje, a dopiero później coś w rodzaju tolerancji, która dopiero w drugim tomie zamienia się w sympatię oraz zrozumienie. Po przeczytaniu kontynuacji Króla Kruków, jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co Maggie Stiefvater zrobiła z tą postacią - przyznam, że przerosło to moje oczekiwania i przykuło do książki na dobre kilka godzin. Ronan Lynch to jeden z głównych powodów, dzięki którym mogę powiedzieć, że Złodzieje snów to naprawdę porządna kontynuacja serii z ogromnym potencjałem. W tej części jego postać zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan - we wcześniejszym tomie główne skrzypce grali Blue Sargent i Adam Parrish. Tu, choć wciąż obecni, słusznie ustępują miejsca temu zniszczonemu chłopakowi o skłonnościach autodestrukcyjnych - wypełnionemu beznadziejnością i uciekającemu w mroczny świat snów. 

,,Jeśli nigdy nie widziało się gwiazd, świeczki wystarczały''.

Akcja powieści coraz bardziej się komplikuje. Pojawiają się nowe poszlaki, zaczarowane artefakty, a także bohaterowie - złowrodzy, tajemniczy, mniej lub bardziej realni, a niektórzy zupełnie nie z tego świata. Wydarzenia z przeszłości majaczą w tle, w słowach jasnowidzących, dodając całości suspensu, magicznej aury, a także tajemnicy. 

Drugi tom zdecydowanie utwierdza czytelnika w przekonaniu, że seria ta jest dedykowana dla inteligentnego i aktywnego odbiorcy, który potrafi czytać pomiędzy wersami. Już sam język autorki nie można nazwać młodzieżowym, choć seria właśnie do fantastyki młodzieżowej należy, gdyż obfituje on w niedopowiedzenia, alegorie i liczne środki stylistyczne. Nie brak tu również odniesień do wydarzeń historycznych - właściwie cała fabuła została ugruntowana na historii. Glendower to Owain Glyndŵr, walijski książę pochodzący z królewskiego rodu Jorwerthów, spadkobierca książąt Powys, najpotężniejszy magnat Walii. Zapewne w tym miejscu znikają fakty, lecz i tak seria stanowi ciekawą wariację fantastycznych losów legendarnego księcia.  


Maggie Stiefvater w ciekawy sposób kontynuuje losy bohaterów. Barwnie rozbudowuje ich historię oraz sprytnie łączy poszczególne wątki w całość. Złodzieje snów to mroczna kontynuacja wciągająca czytelnika w umysł Ronana Lyncha wypełniony koszmarami, które zdążyły przeniknąć do rzeczywistości. Autorka zaskoczyła mnie pomysłem bezpośrednio związanym z tytułem części - jak dla mnie, fenomenalne posunięcie, dzięki któremu cała seria wiele zyskała.  W kolejce ustawiają się następne części, czyli Wiedźma z lustra oraz zakończenie historii Przebudzenie króla. 

* lubimy czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 

środa, 29 stycznia 2020

277. Król Kruków, Maggie Stiefvater

Król Kruków to pierwszy tom serii, którą chciałam przeczytać od bardzo dawna. Niemalże co chwilę napotykam się na kolejną pozytywną recenzję którejś z części The Raven Cycle. Wystarczy wpisać tytuł serii w wyszukiwarkę, by przekonać się, że ma ona sporą rzeszę fanów oraz nieźle rozbudowaną bazę twórczości czytelników związanej z historią stworzoną przez Maggie Stiefvater. Autorka ta ma na koncie sporo bardzo udanych i dobrze przyjętych książek, więc obok tej serii nie mogłam przejść obojętnie. Zresztą... spójrzcie tylko na tę okładkę! 

Maggie Stiefvater to amerykańska pisarka i artystka, absolwentka historii. Śpiewała na weselach, pracowała jako redaktor techniczny, instruktorka kaligrafii, kelnerka. Teraz, jak sama mówi, w dzień jest zawodową pisarką, a w nocy – artystką. Sama tworzy ilustracje do zwiastunów swoich książek, a razem z siostrą komponuje do nich muzykę. W Polsce ukazało się kilka jej powieści, m.in. trylogia Drżenie (Drżenie, Niepokój, Ukojenie) i cykl Król Kruków (Król Kruków, Złodzieje snów, Wiedźma z lustra, Przebudzenie króla). Mieszka w Virginii z mężem i dwójką dzieci. *

Jedna dziewczyna i trzech chłopaków. Blue pochodzi z rodziny wróżek, jest medium do kontaktów ze światem zmarłych. Gansey, Adam i Ronan, trzej przyjaciele w elitarnej szkoły dla chłopców, obsesyjnie poszukują tajemniczych linii mocy legendarnego Króla Kruków - Glendowera. Z ich powodu pozornie ciche i spokojne miasteczko staje się scenerią niezwykłych wydarzeń. Gdy razem z Blue trafią do magicznego lasu, gdzie czas płata figle, nic już nie będzie takie samo... Przerażające tajemnice, mroczne rytuały, stare przepowiednie, wizje, duchy, ofiary, a to dopiero początek tej historii... **


Na serię Maggie Stiefvater czaiłam się od dosyć dawna - każda kolejna pozytywna recenzja wzbudzała we mnie jeszcze większą chęć poznania losów bohaterów. Właściwie jeszcze przed lekturą wiedziałam, że książki niesamowicie mi się spodobają. Uwielbiam magię, zagadki i niełatwych bohaterów, a The Raven Cycle zawiera w sobie to wszystko w idealnych proporcjach. I choć jest to seria młodzieżowa, to porusza także trudne tematy - między innymi przemoc domową. 

Król Kruków to pierwsza część czterotomowej serii, która bardzo mnie zaskoczyła, ponieważ spodziewałam się po tej książce czegoś zupełnie innego - i zanim wysnujecie błędne wnioski, pragnę zaznaczyć, że historia Blue Sargent oraz trójki chłopaków z elitarnej szkoły Aglionby bardzo przypadła mi do gustu. Sądziłam, że będzie to typowa fantastyka młodzieżowa, jednak zarówno dojrzałe pióro autorki, jak i wielowarstwowa, skomplikowana kreacja bohaterów odbiegają od wielu książek i serii z tego gatunku, które przeczytałam - a uwierzcie mi, że jest tego sporo. 

,,Krzyczą tylko ludzie, którzy mają zbyt ubogie słownictwo, żeby szeptać''.

Maggie Stiefvater poprzez narrację trzecioosobową snuje historię jednej dziewczyny i trójki chłopaków, lecz niech nie zmylą was pozory, gdyż w książce nie znajdziecie trójkąta miłosnego. Główną bohaterką jest Blue Sargent wywodząca się z rodziny wróżek, jednak dziewczyna sama wróżką nie jest. Jest za to swego rodzaju wzmacniaczem mocy. Dzięki niej wizje są wyraźniejsze, a słowa umarłych głośniejsze. To typ outsiderki i indywidualistki. Gansey pragnie odnaleźć Glendowera - legendarnego walijskiego króla, który zaginął dawno, dawno temu. Chłopak ma obsesję na punkcie dawno zapomnianej legendy oraz linii mocy, które śledzi od dawna - ponoć jedna z nich przepływa przez Henriette, miasteczko będące miejscem akcji historii. Ronan Lynch (bad boy) po śmierci swojego ukochanego ojca Nialla walczy z najgorszą wersją siebie. Z kolei Adam Parrish stara się jak może, by stać się najlepszą wersją siebie i uwolnić się od toksycznego ojca. Jest jeszcze Noah przypominający promyk słońca w pochmurny dzień. Nastolatkowie wspólnie postanawiają spełnić marzenie jednego z nich - dokonać czegoś równie niemożliwego, co magicznego. 


Dawno nie zdarzyło mi się trafić na książkę, o której tyle bym myślała już po przeczytaniu jej. Król Kruków zarówno w trakcie, jak i po lekturze zawładnął moimi myślami. Wróżki, duchy, legendy, zaczarowany las, przeklęci kochankowie i uśpiony król. Maggie Stiefvater w magiczny sposób łączy wszystkie te elementy, tworząc historię jedyną w swoim rodzaju. W powieści nie brak zagadek, które czytelnik częściowo będzie musiał sam rozwiązać - bądź czym prędzej sięgnąć po kontynuację. Choć Król Kruków bardzo mi się spodobał, to muszę przyznać, że przez niemalże połowę książki nie do końca wiedziałam co się dzieje. Wynikało to z ilości bohaterów - samych głównych postaci jest dosyć sporo, bo cztery plus jeszcze więcej drugoplanowych - oraz akcji przypominającej swego rodzaju wir, który wciąga czytelnika bez reszty. Każdy z bohaterów jest zupełnie inny i każdy z nich posiada swoją indywidualną historię. Jest też sporo postaci drugoplanowych, które na pewno nieźle namieszają w kolejnych częściach serii. W pierwszym tomie dużo dowiadujemy się o Adamie Parrishu, który w tym momencie jest moim ulubionym bohaterem. Adam to marzyciel, ale i człowiek czynu, który postanawia wyłącznie własnymi rękami zbudować lepsze jutro. Ambitny, dumny, zdeterminowany i zdolny do poświęceń. Jako jedyny z uczniów Aglionby pochodzi z biednej i patologicznej rodziny, a miejsce w elitarnej szkole zawdzięcza tylko i wyłącznie sobie. Pomimo stanu portfela Adam jest o wiele bogatszy od swoich rówieśników, gdyż posiada twardy kodeks moralny oraz kieruje się wartościami zdobytymi przez ciężką pracę.  

Król Kruków to rozpoczęcie, które wiele obiecuje - oczarowuje i wręcz zmusza czytelnika do sięgnięcia po drugi tom, czyli Złodziei snów. Po przeczytaniu pierwszej części jestem ogromnie ciekawa dalszych losów bohaterów. Zwłaszcza po emocjonującym, ale i zagadkowym zakończeniu. 

* lubimy czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 


poniedziałek, 6 stycznia 2020

272. Siła niższa, Marta Kisiel

Kontynuacja nietuzinkowych i zdecydowanie nietypowych przygód Konrada Romańczuka oraz dożywotników Lichotki. Siła niższa to przedostatnia książka, którą przeczytałam w minionym roku. Pełna oryginalnych bohaterów wykraczających poza ramy normalności, kipiąca specyficznym humorem autorki, a także wartką i nieprzewidywalną akcją. Marta Kisiel wie, jak rozbawić czytelnika i wyrwać go z szarej rzeczywistości, jednak jej twórczość jest jedną z tych, którą albo się kocha, albo nie trawi. Choć ja książki Marty Kisiel bardzo lubię, to wiem, że zdanie na ich temat jest dosyć mocno podzielone. Cóż... prawda jest taka, że zanim sięgnie się po którąś z książek tej pani, trzeba wrzucić na luz i przestać traktować wszystko tak poważnie - gwarantowana poprawa samopoczucia! 

Marta Kisiel-Małecka (ur. 18 października 1982 we Wrocławiu) – polska pisarka fantasy, z wykształcenia polonistka. Zadebiutowała opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna na łamach internetowego magazynu literackiego „Fahrenheit” (nr 53/2006). W 2010 roku wydawnictwo Fabryka Słów opublikowało jej pierwszą książkę Dożywocie, należącą do serii „Asy Polskiej Fantastyki”. Trzykrotnie została nominowana do Nagrody Zajdla – powieści Nomen omen (2015), Siła niższa (2016) oraz opowiadanie Szaławiła, za które otrzymała nagrodę w 2018 roku. Fani autorki określają ją słowem ałtorka. * 

Czy warto było odziedziczyć Lichotkę? Ten stary dom w gotyckim stylu, zamieszkały przez ferajnę niecodziennych postaci: naiwnego anioła, rozmiłowanego w gotowaniu morskiego potwora, widmo romantycznego poety, cztery utopce, kotkę o bardzo ostrych pazurach oraz dziwnego królika? Z pewnością można w takim towarzystwie przeżyć niejedną przygodę, o czym początkujący pisarz przekonuje się na własnej skórze? Konrada Romańczuka męczy codzienna rutyna. Za to niczym nowym nie są już dla niego nadprzyrodzone zjawiska. Mimo wszystko zaskakuje go fakt, iż nie jest on jedynym posiadaczem anioła stróża. **

,,Bo w bamboszkach nie sposób być niemiłym. A kiedy ty jesteś miły dla innych, to inni są mili dla ciebie. Tak działa ten świat. Alleluja''.

Z twórczością Marty Kisiel po raz pierwszy miałam okazję zetknąć się w 2018 roku. Od tego czasu w miarę regularnie sięgam po jej powieści, cykle, a także opowiadania. O dziwo, wrocławska autorka w dłuższej, jak i krótszej formie radzi sobie nadzwyczaj dobrze, a swój sukces zawdzięcza niewątpliwie oryginalności historii, którymi częstuje swoich czytelników. To odważna i nowatorska autorka, która nie boi się nieco zamieszać, powywracać język polski do góry nogami i sprawić, że czytelnik buchnie śmiechem w niezbyt dobrym momencie. 


Siła niższa to drugi tom cyklu Dożywocie, w którym poznajemy Konrada Romańczuka, urocze Licho, mistrza patelni Krakena, a także szereg innych barwnych postaci. Pierwszy tom noszący taki sam tytuł jak cały cykl, czytałam w lecie 2019, a podczas lektury bawiłam się wprost wybornie. Z kolei trzeci tom, już nieco inny ze względu na zmianę głównych bohaterów, czytałam w marcu minionego roku. Oczy uroczne zauroczyły mnie nie na żarty i do dzisiaj książka ta stanowi moją ulubioną Marty Kisiel, a także jedną z najlepszych przeczytanych w 2019 roku. Jak widać, cykl przeczytałam nieco na opak (najpierw trzeci, potem pierwszy i drugi tom), ale nie miało to negatywnego wpływu na moje odczucia. Z lekturą Siły niższej nieco zwlekałam, jednak dobrze się stało, że sięgnęłam po tę pocieszną książkę w okresie Świąt Bożego Narodzenia, ponieważ ten czas dla mnie i mojej rodziny co roku oznacza ciężką pracę. Uwierzcie mi, że druga część cyklu Dożywocie przyniosła mi sporą psychiczną ulgę i pozwoliła ukoić skołatane nerwy, za co jestem ogromnie wdzięczna ałtorce (celowy błąd) oraz wydawnictwu. Poza tym, zima wcale nie jest złym czasem na przeczytanie tej książki, gdyż część akcji Siły niższej ma miejsce właśnie podczas Świąt Bożego Narodzenia. 

W fabule odnalazłam się bez żadnego problemu, jednak Marta Kisiel nie byłaby sobą, gdyby nie dodała jeszcze większej ilości elementów fantastycznych oraz dziwacznych, irytująco-intrygujących bohaterów (mowa tu oczywiście o Tsadkielu oraz wikingu z okładki) potrafiących wywołać uśmiech praktycznie u każdej osoby. Jak zwykle urocze Licho dodawało całości ogromnej dawki słodkości wymieszanej z naiwnością charakterystyczną dla wieku dziecięcego, a opryskliwe utopce dwukrotnie popełniły zamach na moją osobę, wywołując we mnie niespodziewany atak śmiechu w momencie, gdy piłam herbatę. Niestety (a może i stety) zabrakło tu Szczęsnego, depresyjnego poety widma, a także seryjnego samobójcy, za to mamy bandę Niemców i Camillę w nieco innej odsłonie. Jak widać - w książce naprawdę sporo się dzieje, autorka bawi się słowem, co można dostrzec już w ciekawym tytule, eksperymentuje z formą, stawia na wyrazistość obrazów oraz żywy, autentyczny dialog. 


Siła niższa to godna kontynuacja udanego Dożywocia, przy której wspaniale się bawiłam. Odpoczęłam, wyluzowałam i trochę popracowałam nad zmarszczkami. To ciepła historia pełna magicznych bohaterów, których połączyła dosyć nietypowa przyjaźń oraz szereg mniej lub bardziej dziwnych sytuacji. Cykl Marty Kisiel to pozycja uniwersalna, która trafi zarówno do młodszego, jak i starszego czytelnika. Nie brak tu również mądrych treści, których należy wypatrywać między wersami. Nie zmienia to jednak faktu, że główne skrzypce gra tutaj specyficzny humor autorki, który kompletnie podbił moje serce. Jeżeli chodzi o twórczość tej pani, to ja jestem zawsze na tak! 

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 

piątek, 11 października 2019

255. Kandydatka, Rachel E. Carter

Trzecia część mojej ukochanej serii Czarny Mag, opowiadająca historię młodej magini, która walczy o tytuł najpotężniejszego maga w królestwie. Na Kandydatkę czekałam właściwie od momentu, w którym zamknęłam drugą część losów Ryiah - Adeptkę. Na szczęście moja kilkumiesięczna katorga całkiem niedawno dobiegła końca - szkoda tylko, że zaledwie na dwa dni, ponieważ teraz jestem zmuszona czekać na polską wersję czwartego tomu, Last Stand. Jak zwykle, autorka przeszła samą siebie - rozkochała mnie w fabule i zakończyła kolejną część w takim momencie, że...ahh! W recenzji mogą pojawić się drobne spojlery, także drogi czytelniku, bądź czujny! 

Rachel E. Carter to amerykańska autorka, której cykl fantasy Czarny mag osiągnął status bestsellera według USA Today. Wpływ na twórczość Carter miały: J.K. Rowling (Harry Potter), Meg Cabot (Pośredniczka, Pamiętniki księżniczki), Taheren Mafi (Dotyk Julii), L.J. Smith (Pamiętniki wampirów), Tamora Pierce (Krąg magii, Kroniki Tortallu) oraz Jane Austen (Duma i uprzedzenie, Perswazje). Amerykańska pisarka wielbi kawę, którą kolekcjonuje i ma słabość do czarnych charakterów w literaturze, a szczególnie pana Darcy'ego. Pierwsza część serii Czarny mag w Polsce miała premierę 13 września 2018 roku - natomiast za granicą jest dostępna już całość, w skąd której wchodzą: Non-heir (tzw. 0,5), First Year, Apprentice, Candidate, Last Stand. Wydawnictwo Uroboros przygotowuje już kolejny tom: Last Stand. 

Dwudziestoletnia Ryiah jest czarną maginią frakcji bojowej, ale nie jest Czarnym Magiem. Jeszcze. Niemal od zawsze pragnęła zdobyć legendarną szatę, jednak tylko tego jednego roku będzie mogła wziąć udział w prestiżowym – i jedynym w swoim rodzaju – turnieju dla magów… Szkoda, że będzie musiała wystąpić przeciwko pewnemu księciu – temu, którego dotąd jeszcze nigdy nie pokonała. Nabór kandydatów wreszcie nadchodzi. Zwycięzca otrzymuje szaty, ale w królestwie czyha coś mrocznego. Wrogie królestwa otaczają ojczyznę Ryiah. Pora zawrzeć sojusz. Niestety dla Ryiah to dopiero początek. Bo największy wróg mieszka w samym pałacu. *

,,Całe życie szkoliłam się na wojowniczkę, ale w owej chwili byłam jedynie damą w opałach''. 

Adeptkę, czyli poprzednią część przygód Ry czytałam na początku tego roku, więc nic dziwnego, że niesamowicie stęskniłam się za bohaterami, Jerarem (czyli magiczną krainą stworzoną przez autorkę), jak i piórem Rachel E. Carter. Choć w przeciągu tego roku miałam przyjemność przeczytać kilka świetnych serii fantasy (m.in. Dożywocie Marty Kisiel, lub kontynuację Dworu cierni i róż Maas) to ta spod pióra Carter zdecydowanie rozkochała nie w sobie najmocniej. Autorka stworzyła magiczne uniwersum, w którym umiejscowiła królestwo Jerar. To właśnie tam odgrywa się akcja całej serii Czarny Mag. W pierwszym tomie (Pierwszy rok, wydawnictwo Uroboros) czytelnik poznaje Ryiah - młodą dziewczynę wywodzącą się z plebsu, która ma wielkie marzenia i równie wielką ambicję. Ry pragnie zostać Czarnym Magiem - jednak ma przed sobą bardzo długą drogę naznaczoną łzami, krwią i potem. Ryiah rozpoczyna naukę w Akademii Jeraru, jednak warunkiem pozostania w niej i czerpania wiedzy od najznakomitszych jest przetrwanie tytułowego Pierwszego Roku oraz zdanie pozytywnie testu. Jak można się domyślić, Ry osiąga sukces - lecz jest to pierwszy kamień milowy, jaki udaje jej się pokonać. W kolejnym tomie nasza bohaterka jako starsza uczennica Akademii musi stawić czoła następnym, znacznie trudniejszym przeciwnością. Pojawia się również wątek miłosny, który ma kluczowe znaczenie w dalszych tomach historii, czyli Kandydatka oraz Last Stand. 


Kandydatka rozpoczyna się w momencie, w którym kończy się Adeptka, tak więc lektura tej książki wymaga od czytelnika znajomości poprzednich tomów - jak w przypadku niektórych serii można jakoś to przeskoczyć, tak w Czarnym Magu jest to konieczne. Za każdym razem, gdy sięgam po książkę autorstwa Rachel E. Carter czuję się kompletnie oczarowana. W Pierwszym roku autorka zdobyła mnie klimatem, barwnymi bohaterami i magiczną akademią, w Adeptce na pierwszy plan wysunął się wątek miłosny. Dodatkowo czytelnik wraz z bohaterami miał okazję opuścić mury Akademii i poznać różnorodność stworzonego przez Carter świata. Z kolei trzeci tom od początku do końca zaskakuje prężną i zaskakującą akcją, pełną zwrotów i brawurowych decyzji głównej bohaterki, jak i bohaterów drugoplanowych. Fabuła zostaje wzbogacona o intrygę, polewa się krew. Pozornie nic nieznaczące  elementy układają się w szokującą całość i zmuszają bohaterów do podjęcia trudnych decyzji, niosących ze sobą brutalne skutki. Życie Ryiah i oblicze Jeraru już nigdy nie będzie takie samo, jak wcześniej. 

,,Prawdę mówi się w gniewie, nie żałuj, kochaj''.

We wcześniejszych tomach ambicja główne bohaterki była jej zaletą - super-mocą i motorem napędowym fabuły. Niestety w trzecim tomie przejmuje ona kontrolę nad główną bohaterką. Dla Ry nie liczy się nic innego, tylko zwycięstwo. Miłość i relacje rodzinne nie równają się dla niej z sukcesem. Nasza bohaterka musi zmierzyć się z samą sobą. Co więcej - czeka na nią sporo zmian związanych z Darrenem i jego pozycją w państwie. Pojawia się motyw złotej klatki - pałac nie jest miejscem, w którym Ryiah czuje się szczęśliwa. Młoda kobieta zostaje zmuszona do podjęcia okrutnego wyboru: lojalność wobec Korony i narzeczonego, czy wobec rodziny. Jej wybór szokuje i wręcz zmusza do sięgnięcia po czwarty tom serii. 


Warsztat Rachel E. Carter pozostaje bez zmian, co stanowi zaletę, gdyż autorka posługuje się lekkim i plastycznym piórem. Historia wciąga już od pierwszego rozdziału i odrywa od szarej rzeczywistości. Pojawia się nowa bohaterka drugoplanowa, która może mieć znaczenie w kolejnej części serii - rycerka Paige. Poznajemy również Jerar od strony politycznej, dowiadujemy się co nieco na temat sąsiednich królestw oraz jesteśmy świadkami wybuchu wojny pomiędzy nimi. 

Po przeczytaniu trzech tomów przygód młodej magini i jej przyjaciół, czuję się niesamowicie zżyta zarówno z tą historią, jak i jej bohaterami. Kandydatkę przeczytałam równie szybko, co poprzednie części, i jak zwykle jest mi smutno, że spędziłam w Jerarze tak mało czasu. Nie zmienia to jednak faktu, że cudownie było tam wrócić. Byle do kolejnej części! Czytajcie, bo warto. 

* opis wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!  

 


środa, 7 sierpnia 2019

243. Dożywocie, Marta Kisiel

Dożywocie, czyli pierwsza część historii o Lichotce i jej niesamowitych mieszkańcach. Odkąd w moje łapki wpadła książka Małe Licho i tajemnica Niebożątka i po raz pierwszy zasmakowałam twórczości Marty Kisiel wiedziałam, że prędzej czy później (a raczej prędzej) będę musiała sięgnąć po inne dzieła tej polskiej gwiazdy fantastyki. W tym momencie, oprócz wyżej wymienionej książeczki, mam już za sobą powieść Nomen Omen, zbiór opowiadań Pierwsze słowo, Oczy uroczne, czyli trzecią część serii Dożywocie. Książka, z którą przychodzę do Was dzisiaj posiada ten sam tytuł co seria, do której należy. To niesamowite otwarcie równie niesamowitej historii, w której na czytelnika czeka sporo nieprzewidywalnej akcji i oryginalnego stylu autorki, a także jej humor: czarny, kąśliwy i nietuzinkowy. 

Marta Kisiel-Małecka (ur. 18 października 1982 we Wrocławiu) – polska pisarka fantasy, z wykształcenia polonistka. Zadebiutowała opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna na łamach internetowego magazynu literackiego „Fahrenheit” (nr 53/2006). W 2010 roku wydawnictwo Fabryka Słów opublikowało jej pierwszą książkę Dożywocie, należącą do serii „Asy Polskiej Fantastyki”. Trzykrotnie została nominowana do Nagrody Zajdla – powieści Nomen omen (2015), Siła niższa (2016) oraz opowiadanie Szaławiła, za które otrzymała nagrodę w 2018 roku. Fani autorki określają ją słowem ałtorka.

Pewnego dnia Konrad Romańczuk dziedziczy dom. Świetnie się składa, bo pomoże mu to ułożyć sobie życie i uniknąć niewygodnego związku. Z chęcią przyjmuje spadek, a dopiero później sprawdza, co dokładnie odziedziczył. A otrzymał gotycką willę – tyle że w pakiecie z grupą bardzo charakterystycznych bohaterów. *

,,Szanuj anioła swego, bo nie dostaniesz nowego."

Konrad Romańczuk, pisarz nieamator, w spadku po dalekim krewnym otrzymuje majątek w postaci domu - niejakiej Lichotki (a może to właśnie Lichotka otrzymuje Konrada?). Powiedzmy sobie wprost - już pierwszy widok posiadłości nie zachwyca mężczyzny, a im dalej... tym gorzej. I problem wcale nie leży w dziurawym dachu, nieszczelnych oknach, zakurzonych i starodawnych pomieszczeniach, lecz w fakcie, że Lichotka jest zamieszkana, a właściwie nawiedzana przez istoty, które podobno nie istnieją - ducha, anioła, utopce, a nawet morskiego potwora. Konrad decyduje się zamieszkać w Lichotce, co diametralnie odmienia jego życie. Pewne jest to, że jego życie już nigdy nie będzie normalne. 

Marta Kisiel dla mnie jest autorką sprawdzoną. Jeszcze żadna jej książka mnie nie zawiodła, a przy każdej bawiłam się wprost wybornie. Twórczość pani Kisiel jest skierowana zarówno do młodszych, jak i starszych czytelników, ale jednocześnie nie jest dla każdego. Jej książki przeznaczone są dla osób odnajdujących się w specyficznym humorze, niegardzących pozornie prostolinijną treścią i lubiących oderwać się od otaczającej nas szarej rzeczywistości, by trafić do jej fantastycznego odpowiednika. Przy tym wszystkim nie można zrozumieć o jakże niesamowitej i jakże rzadko spotykanej w tych czasach umiejętności - a mianowicie zachowania dystansu do tego, co czytamy. Nie wszystko z czym mamy styczność musi być wybitnie inteligentne czy doprowadzać czytelnika do katharsis. Nie wiem jak wy, ale ja po twórczość Marty Kisiel sięgam dlatego, że budzi ona we mnie ogromne pokłady ciepła, a przy tym doprowadza do zakwasów od notorycznego śmiechu, lub też uśmiechu. 


Po pierwszą część tej popularnej serii chciałam sięgnąć już dawno temu i w końcu dzięki uprzejmości mojego ukochanego wydawnictwa udało mi się to zrobić. Jakże przyjemne było ponowne zanurzenie się w piórze Kisiel - lekkim i oryginalnym. Już przy okazji recenzowania innych książek tej pani wspominałam, że uwielbia ona bawić się słowem. Rozboje Marty Kisiel w obrębie języka polskiego szybko stały się jej znakiem rozpoznawczym. Podobnie jest w kwestii kreacji bohaterów. Ta autorka nie kroczy utartymi ścieżkami. Tworzy postacie pełne sprzeczności, uroku i absurdu, posypane magicznym związkiem X, dzięki któremu czytelnik wprost się od nich uzależnia. Głównym bohaterem jest Konrad Romańczuk - pisarz, który postanawia porzucić dawne życie w mieście i przeprowadzić się do Lichotki, gdzie czekają na niego: Licho - uroczy anioł w bamboszkach, mający uczulenie na pierze, przez co musi pozbywać się piór ze swych skrzydeł; Szczęsny - nieszczęśnik, seryjny samobójca, chodzący werteryzm, niespełniony poeta. Krakers, czyli piwniczny odpowiednik Krakena, świetny kucharz i gospodarz. Wraz z czasem do nietypowej gromadki dołączają kolejne nienormatywni bohaterowie, między innymi królik Rudolf Valentino. Asz to paskuda. Te nietuzinkowe osoby muszą nauczyć się żyć razem pod jednym dachem, a uwierzcie mi - nie będzie to łatwe. 


Książki Marty Kisiel określiłabym hasłem: Love it or hate it - a jeżeli chodzi o mnie, to zdecydowanie budzą one pozytywne uczucia. Dożywocie w pełni spełniło moje oczekiwania. W końcu poznałam bohaterów tak często wspominanych w innych książkach tego cyklu, i choć nie sądziłam, że Konrada Romańczuka polubię równie mocno co Odę Kręciszewską (a właściwie po przeczytaniu Oczu urocznych byłam przekonana, że jest to niemożliwe), to tak właśnie się stało. Oboje stworzyliby niesamowity duet - tak samo zresztą jak Licho i Bazyl. Ta dwójka razem wzięłaby serca czytelników szturmem! Wydanie, które otrzymałam od wydawnictwa zostało wzbogacone o nagrodzone opowiadanie Szałatwiła, którego akcja dzieje się pomiędzy Dożywociem a Siłą niższą. Dodatkowo wewnątrz znajdują się ciekawe ilustracje autorstwa Elwiry Pawlikowskiej. 

Coś czuję, że książki Marty Kisiel na stałe zamieszkają w moim sercu. Dla mnie to lektura pierwsza klasa - taka, przy której można odpocząć i śmiać się do łez. Już nie mogę doczekać się Siły niższej. 


* materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 



wtorek, 11 czerwca 2019

231. Alyssa i obłęd, A.G. Howard

Kontynuacja niezwykle udanej wariacji kultowego dzieła Lewisa Carrolla - Alicji w Krainie Czarów. Alyssa i czary połowicznie zdobyła moje serce w 2018 roku. Uniwersum pełne mrocznego absurdu przerastającego wszelkie prawa logiki, zrobiło na mnie niemałe wrażenie, a kolejnej części przygód Alyssy Gardner - potomkini Alicji, wprost nie mogłam się doczekać. A.G. Howard już w pierwszy tomie udowodniła, że czytelnik może spodziewać się właściwie wszystkiego, jednak i tak nie byłam przygotowana nawet w połowie na to, co amerykańska autorka sprezentowała nam w tej części. 

Pod pseudonimem A.G. Howard kryje się Anita Grace Howard - amerykańska bestsellerowa autorka. Kobieta mieszka w Teksasie wraz z mężem i dwójką dzieci w wieku nastoletnim (za swoje dzieci uważa również dwie świnki morskie i labradora retrievera). Anita dzieli swoje życie pomiędzy rodzinę i pisanie. Kiedy nie pisze i nie spędza czasu z najbliższymi, jeździ na rolkach, rowerze, nartach, lub zajmuje się ogródkiem. Pierwsza część serii Alyssa z Innej Krainy na zagranicznym rynku pojawiła się w 2013 roku - po Splintered następują: Unhinged (Alyssa i obłęd), Ensnared. 

Życie Alyssy Gardner obfitowało ostatnio w dramatyczne wydarzenia. Na szczęście teraz przed nią już tylko ukończenie szkoły, bal – i będzie mogła rozpocząć studia, o których zawsze marzyła. Jej życie byłoby jednak o wiele prostsze bez jej matki, która jest stanowczo zbyt nadopiekuńcza. I bez Morpheusa, który pewnego dnia postanawia złożyć jej w szkole niespodziewaną wizytę. Używa całego swego wdzięku w nadziei, że namówi Alyssę do powrotu do Krainy Czarów, by wykonała kolejne niebezpieczne zadanie... Kraina Czarów nie daje o sobie zapomnieć. Morpheus zaś ostrzega Alyssę, że Czerwona Królowa depcze jej po piętach. Jeśli zostanie w ludzkim świecie, może narazić na niebezpieczeństwo wszystkich, których kocha. Lecz ponowna wyprawa w głąb króliczej nory oznacza śmiertelną bitwę… *


Od czasu, gdy czytałam pierwszą część minęło troszkę czasu, a seria Alyssa z Innej Krainy jest jedną z tych naprawdę nieźle pokręconych, tak więc potrzebowałam chwilki na to, by odnaleźć się w fabule i przypomnieć sobie, na czym skończył się pierwszy tom, czyli Alyssa i czary. Nie zajęło mi to długo czasu, a ponowne obdarzenie głównej bohaterki sympatią również nie sprawiło mi problemu. Howard w ekspresowym tempie przypomniała mi, za co polubiłam Alyssę w pierwszej części. Przede wszystkim jest to energia, która wręcz tryska z tej głównej bohaterki. Alyssa to rezolutna i całkiem nieszablonowa osóbka, która swoją słodką twarz lubi zakryć sporą warstwą mrocznego makijażu, a na niewielkich rozmiarów ciało zarzucić gotyckie ubrania. Jest zadziorna, pewna siebie, a przy tym sympatyczna i odważna. W dodatku tylko w połowie jest człowiekiem, co dodaje jej oryginalności. Nie jest również żadnym wampirem, czarodziejem, czy też wilkołakiem - lecz netherlingiem.  Fakt ten przysparza naszej głównej bohaterce niemałego problemu, gdyż Alyssa nie potrafi jednoznacznie zdefiniować własnej siebie. Nastolatka należy jednocześnie do dwóch różnych światów - naszego oraz Krainy Czarów. Zarówno jedno, jak i drugie miejsce upomina się o nią, i choć Alyssa jest głównym elementem całej tej historii, to do powiedzenia ma najmniej. 

,,Kwiatuszku uwięziony między światami, królową jesteś ze złymi zamiarami. Ukrywaj prawdę, bądź okrutny i cierpki, a i tak jeszcze mocniej władasz moim sercem."

Alyssa ponownie została wręcz siłą wciągnięta do Krainy Czarów - miejsca, od którego zamierzała trzymać się z daleka. Wraz z główną bohaterką przepadłam również i ja. Przez historię Alyssy kilka raz prawie spóźniłam się do pracy. Kraina Czarów wykreowana przez A.G. Howard wciągnęła mnie bez reszty, pozbawiając poczucia czasu, czy rzeczywistości. Amerykańska autorka doskonale wie, jak przenieść czytelnika do innego świata. W kontynuacji nie mogło zabraknąć Morpheusa - postaci, która w drugiej części zdecydowanie wkradła się w moje łaski; oraz Jeba - w jego przypadku efekt był zupełnie odwrotny. Bardzo dobrym posunięciem ze strony autorki było również przedstawienie czytelnikowi historii rodziców Alyssy. Akcja powieści przyśpiesza z każdym kolejnym rozdziałem. Magia Krainy Czarów przenika do świata ludzi, zmieniając zupełnie jego oblicze. Tak samo jak w przypadku poprzedniego tomu, absurd goni absurd, a granica pomiędzy snem a jawą powoli zanika. Drogi czytelniku, podczas lektury tej książki pozostań czujny, bo bardzo łatwo zgubić się w umyśle twórcy. 


Alyssa z Innej Krainy to świetna i niebanalna interpretacja klasycznego utworu - bardziej mroczna i naprawdę mocno pokręcona. Pełna oryginalnych i ekscentrycznych bohaterów, oraz napędzana nieokiełznaną fantazją autorki. Ponura okładka przedstawiająca Morpheusa, idealnie oddaje klimat powieści, w której nie trudno przepaść. Zakończenie drugiego tomu - w moim mniemaniu, znacznie lepsze od tego, które mieliśmy okazję przeczytać w pierwszym tomie, jak najbardziej zachęca do sięgnięcia po trzeci tom, na który już czekam. 


* opis wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!  

wtorek, 26 marca 2019

215. Cienie Nowego Orleanu, Maciej Lewandowski

Wydawnictwo Uroboros całkiem niedawno poszerzyło swoją ofertę o literaturę grozy. Ponad miesiąc temu recenzowałam powieść Magdaleny Kubasiewicz o enigmatycznym i sugestywnym tytule Gdzie śpiewają diabły. Tym razem dane mi było zapoznać się z piórem Macieja Lewandowskiego. Jego książka (Cienie Nowego Orleanu) zbiera raczej średnie opinie, dlatego nieco obawiałam się jej lektury - jednak jak wypadła ona w moim mniemaniu? 

Maciej Lewandowski - urodzony w roku, w którym Regan został powtórnie prezydentem, a świat dowiedział się, co to Terminator. Gdyby wierzyć mądrości „jesteś tym, co jesz”, skojarzenie z porośniętym pizzą krzakiem chmielu było by całkowicie na miejscu. Z wykształcenia człowiek wielu zawodów, najbardziej dziennikarz (choć ostatnio już nie). Wielki fan prozy H.P. Lovecrafta, usilnie starający się terminować u Kinga, z nadzieją na dyplom z grozy stosowanej. *

John Raymond Legrasse, doświadczony nowoorleański policjant, podczas policyjnego nalotu na przemytników trafia do dziupli handlarzy żywym towarem. Znajduje tam makabrycznie okaleczone zwłoki młodej kobiety. Tropy prowadzą do niewyjaśnionej sprawy z przeszłości, rytualnego mordu dokonanego przez tajemniczą sektę. Zamordowanej dziewczynie wyryto na skórze tajemnicze znaki oraz zdarto płat skóry z pleców. Odsunięty od sprawy Legrasse prowadzi własne śledztwo. Podążając śladem handlarzy żywym towarem, dociera do zakładu fotograficznego, w którym znajduje nagrania brutalnych gwałtów i tortur czarnoskórych kobiet. Kolejny ślad prowadzi do Kaznodziei, przywódcy sekty przywołującej demony… **


Blogerzy recenzujący tę książkę wielokrotnie wspominali, że przypomina ona nieco twórczość H.P. Locvecrafta - ja niestety nie czytałam prawie nic od tego autora (właściwie tylko jedno opowiadanie Koty Ultharu w oryginale), więc nie jestem w stanie odnieść się do tego porównania. Jednakże w powieści Cienie Nowego Orleanu odnalazłam gęstą atmosferę uwielbianego przeze mnie filmu -  Harry Angel. A mianowicie mroczny klimat doprawiony sporą dawką okultyzmu i symboliki, wymieszanego z czystym, przerażającym szaleństwem. Powieść Lewandowskiego trudno przypisać mi do jednego konkretnego gatunku, ponieważ czytelnik otrzymuje czarny kryminał, satanistyczny horror i thriller okultystyczny w jednym. Zmysłowy, hipnotyczny, który przypomina podróż do piekła i z powrotem. 

,,Co innego okrutna i zdehumanizowana wojna, a co innego sadystyczny mord. Ponownie spojrzał na oliwkową skórę, smukłe kształty i plątaninę ran. Przysiągłby, że dostrzega pajęczynę bólu oplątującą ciało."

Cienie Nowego Orleanu to powieść, która wywarła na mnie wrażenie pełne sprzeczności. Do teraz nie potrafię określić, czy książka ta właściwie mi się podobała. Z jednej strony owszem, z drugiej jednak - miejscami bardzo się nudziłam, odlatywałam myślami, by po chwili wrócić i ponownie wertować bezmyślnie przeczytany fragment. Jest to powieść, przy której trzeba mocno się skupić.  Bardzo łatwo zatracić się w gęstym i ciężkim klimacie, mrocznym świecie czarnej magii i obrzędów voodoo. Akcja toczy się wolnym tempem a diabeł tkwi w szczegółach. Atmosfera emocjonalna cechuje się dużym nasyceniem różnorodnych doznań - od strachu, żalu, szaleństwa, przez krzywdę i wyrzuty sumienia. Jak zapewne zauważyliście - są one negatywne. Nie znajdziemy tu bohaterów krańcowo dobrych ani złych, gdyż w ich postawy ingeruje wiele czynników zewnętrznych - choćby środowisko społeczne czy otrzymane wychowanie - jak i wewnętrznych. Mowa tu o cechach osobowości oraz doświadczeniach. Podobnie jest z miejscem akcji - dychotomiczny podział świata na dobry i zły w rzeczywistości Lewandowskiego nie istnieje. Wszystko jest podobnie brudne, zepsute, nadgniłe. Porucznik Legrasse nie jest jednym z tych głównych bohaterów, z którym czytelnik może się zżyć - jedynie obserwować jego często chaotyczne postępowanie. 


Mroczny i pokręcony setting wciąga czytelnika bez reszty. Nowy Orlean to miasto znane z jazzu, karnawału Mardi Gras oraz pięknych cmentarzy - ale również czarnej magii i kultu voodoo. Przez fabułę przewijają się nazwiska okryte czarną sławą, m.in. Królowa Voodoo Marie Laveau, czy Delphine LaLaurie, nowoorleańska zabójczyni czarnych niewolników (jej historia stała się inspiracją dla trzeciego sezonu amerykańskiego serialu American Horror Story: Sabat. W rolę LaLaurie wcieliła się zdobywczyni nagrody Oscara Katy Bates. Nagrodę otrzymała za rolę Annie Wilkers w ekranizacji thrillera psychologicznego Stephena Kinga, Misery). Autor zdobył mnie doskonałą znajomością kulturową, historyczną oraz społeczną miejsca akcji - zobrazował kondycję amerykańskiego społeczeństwa, jak i samego państwa - w latach 20. XX wieku Stany Zjednoczone wcale nie przypominały ówczesnej stolicy wolności i równości. Alkohol i tzw. blue movies (filmy pornograficzne) były stanowczo zakazane, a ich posiadanie oznaczało więzienie a nawet karę śmierci.

Cienie Nowego Orleanu to ciekawe dzieło naszpikowane tajemniczością oraz pieczołowicie garnirowane sugestywną symboliką, jednakże nie do końca odnalazłam się w tak ciężkim klimacie. Niemniej jednak jest to książka warta uwagi. 

* opis wydawcy
** opis wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!  

niedziela, 24 marca 2019

214. Nomen omen, Marta Kisiel

Pod wpływem fali uwielbienia do Oczu urocznych postanowiłam sięgnąć po kolejną powieść Marty Kisiel. Nomen omen to powieść, która zaprezentowała mi nieco inne oblicze gwiazdy polskiej fantastyki, pieszczotliwie zwanej przez swoich fanów ałtorką. 

Marta Kisiel-Małecka (ur. 18 października 1982 we Wrocławiu) – polska pisarka fantasy, z wykształcenia polonistka. Zadebiutowała opowiadaniem Rozmowa dyskwalifikacyjna na łamach internetowego magazynu literackiego „Fahrenheit” (nr 53/2006). W 2010 roku wydawnictwo Fabryka Słów opublikowało jej pierwszą książkę Dożywocie, należącą do serii „Asy Polskiej Fantastyki”. Trzykrotnie została nominowana do Nagrody Zajdla – powieści Nomen omen (2015), Siła niższa (2016) oraz opowiadanie Szaławiła, za które otrzymała nagrodę w 2018 roku. Fani autorki określają ją słowem ałtorka. *

Salomea Przygoda ucieka od zwariowanej rodziny, chcąc rozpocząć samodzielne życie. Gdy okazuje się, że jej stancja przypomina posiadłość z filmów grozy klasy B, prowadzona jest przez siostry w dość podeszłym wieku i papugę, a w telefonie słychać głosy, Salka zaczyna zastanawiać się, czy to aby na pewno był dobry pomysł. Pojawienie się młodszego brata jedynie komplikuje i tak niełatwą już sytuację – zwłaszcza, gdy pewnego dnia próbuje utopić siostrę w Odrze... **

,,Człowiek człowiekowi panią z dziekanatu."


Aktualnie mam fazę na twórczość Marty Kisiel. Z jej piórem po raz pierwszy zetknęłam się w zeszłym roku - przeczytałam wtedy książkę Małe Licho i tajemnica Niebożątka, która wprowadziła mnie w nietuzinkową wyobraźnię autorki. Następnie sięgnęłam po zbiór opowiadań Pierwsze słowo. Tu z kolei miałam okazję poznać tę dojrzalszą twórczość Marty Kisiel, oraz sprawdzić jak Polka radzi sobie z krótką formą (za którą została nagrodzona) oraz w innych gatunkach, niżeli moja ukochana fantastyka. Po kilkumiesięcznej przerwie w moje ręce trafił egzemplarz jej najnowszej książki, będącej trzecią częścią cyklu Dożywocie oraz kontynuacją opowiadania Szaławiła o Odzie Kręciszewskiej. W tej książce zatraciłam się bez reszty i wręcz musiałam sięgnąć po kolejną powieść Marty Kisiel - padło na Nomen omen. Choć z wyrażeniem funkcjonującym tutaj jako tytuł, zetknęłam się niejednokrotnie, to tak naprawdę nigdy nie zagłębiałam się w jego znaczenie. Teraz już wiem, że nomen omen w dosłownym tłumaczeniu oznacza znak i pochodzi z języka łacińskiego. Według słownika PWN jest to wyrażenie zwracające uwagę na to, że użyta nazwa, zwykle nazwisko, charakteryzuje omawianą osobę lub rzecz. Główna bohaterka dzisiaj recenzowanej przeze mnie powieści Marty Kisiel nazywa się nomen omen Przygoda - zgodnie z nazwiskiem przeżywa niesamowite przygody.


Dosłownie kilka dni temu rozpływałam się nad piórem Marty Kisiel - wychwalałam jej wspaniałe i inteligentne neologizmy, równie inteligentny, kąśliwy i nieco czarny humor, umiejętność wytworzenia niesamowitego klimatu, oraz kreację oryginalnych bohaterów często wykraczających poza naszą szarą rzeczywistość. Jednakże tym razem zetknęłam się z inną odsłoną ałtorki - nieco sentymentalną, miejscami nawet nostalgiczną. Główną bohaterką jest (kolejna) nietuzinkowa - zarówno dosłownie jak i w przenośni - kobieta, Salomea Klementyna Przygoda.  Salka opuszcza rodzinny dom i przeprowadza się do Wrocławia na Aleję Lipową pięć. Szybko przekonuje się, że właścicielom domu daleko do normalności. Z kolei na czytelnika czeka cała gama wyjątkowych i barwnych postaci - począwszy od gadającej papugi imieniem Roy Keane, po filologa o romantycznej duszy. Autorka przeplata mroczną tajemnicę rodzinną, brutalne zabójstwo i nieuzasadnione napady ze sporą dawką czarnego humoru i WarcraftemNa ciele pojawia się gęsia skórka, jednak kąciki ust mimowolnie się unoszą. Jeżeli chodzi o Kisiel, to nie może być zbyt poważnie. Historia rozpoczyna się niepozornie, właściwie zapowiada się na całkiem normalną powieść, jednak czytelnik szybko przekonuje się, że nie ma do czynienia z obyczajówką. Zastosowano tu narrację trzecioosobową, a każdy bohater posiada swój własny styl mówienia. Akcja powieści przyśpiesza z każdym rozdziałem. Do pewnego momentu nie wiadomo o co chodzi, kto jest sprawcą tego bałaganu - jednakże poznanie tożsamości sprawcy wiele nie wyjaśnia. Powód jest stary, niełatwy w zrozumieniu, dawno zakopany w nieoznakowanym grobie, do którego bohaterowie muszą dotrzeć, zanim będzie za późno. 

W przypadku powieści Nomen Omen Marta Kisiel inspiracji nie szukała w mitologii, lecz w brutalnych faktach historycznych. Polka zabiera czytelników w podróż po po swoim mieście - Wrocławiu, z krótkim aczkolwiek zapadającym w pamięć spacerem po niemiecki, zniszczonym rzeczywistością wojenną Breslau. Naprawdę mało jest takich książek, które czyta się lekko i jakby od niechcenia, a z których można wynieść wartościową wiedzę - informacje, które na swój sposób wstrząsną odbiorcą. Kisiel w swej powieści zaprezentowała brutalne oblicze II Wojny Światowej - niby nic odkrywczego, bowiem na rynku tego typu książek przybywa niczym kotów na wiosnę, jednak obecne tu krótkie opisy bardzo mocno we mnie uderzyły.


Lektura tej książki przyniosła mi ogromną frajdę, jednakże nie ukrywam, że moim bezsprzecznym faworytem wciąż jest najnowsze dzieło Marty Kisiel: Oczy uroczne. Czy was też oczarowała okładka nowego wydania powieści Nomen omen?

* opis wydawcy
** opis wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!