Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Otwarte/Moondrive. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Otwarte/Moondrive. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 stycznia 2018

89. It ends with us, Colleen Hoover

Gdybym miała określić tę książkę w kilku słowach, powiedziałabym: poruszająca, wciągająca, wzruszająca, niezwykle osobista oraz brutalnie prawdziwa. Autorka sławnych powieści (Hopeless, trylogia Slammed, Ugly Love, November 9) powróciła z kolejnym bestsellerem, bezapelacyjnym hitem. Colleen Hoover zdobyła moje serce w 2014 książką Hopeless. Następna powieść autorki nieco mnie zawiodła – w Pułapce uczuć nie odnalazłam tego, co większość czytelników. Szybko się znudziłam, a książka do dziś leży niedokończona (chyba niedługo muszę zrobić podejście numer dwa). Jednakże, gdy tylko usłyszałam o It ends with us wiedziałam, że muszę to przeczytać. Premiera na polskim rynku odbyła się 2 października 2017 roku, ja swój egzemplarz dostałam kilkanaście dni później od chłopaka na dwudzieste trzecie urodziny. Nieco zwlekałam z lekturą tej powieści, bowiem przeczytałam ją dopiero kilka dni temu... i to w ekspresowym tempie! 

Lily Blossom Bloom to główna bohaterka będąca jednocześnie narratorką powieści. Ma dwadzieścia trzy lata, właśnie straciła ojca. Jednakże Lily wcale nie czuje żalu po utracie jednego z rodziców, ponieważ uczynił on z jej życia piekło. Młoda kobieta od dziecka była ofiarą przemocy domowej. Jej ojciec znęcał się na swoją żoną niejednokrotnie na oczach córki. Trudna przeszłość odcisnęła piętno na życiu Lily. Ryle to młody, przystojny i ambitny lekarz mający przed sobą świetlaną przyszłość. Boi się stałych związków i do tej pory unikał ich jak ognia, jednak coś przyciąga go do Lily - coś, czego nie da się dłużej ignorować. Związek pary początkowo wydaje się być idealny. 

Czasem te osoby, które najmocniej nas kochają, potrafią też najmocniej ranić.

It ends with us choć na pierwszy rzut oka wygląda jak romans roku, lecz tematyka tej powieści przedstawia tą drugą stronę miłości - niszczycielską, przynoszącą ból psychiczny i fizyczny, uzależniającą i zniewalającą. Miłość, która sprawia, że kurczowo jej się trzymamy, nawet wtedy, kiedy jest okrutna i agresywna, tylko po to by znów przeżyć to, co dobre. 

Nie będę ukrywać, że ta powieść ogromnie mną wstrząsnęła. Dałam się wciągnąć już od pierwszej strony i nawet nie wiedziałam kiedy była pięćdziesiąta, siedemdziesiąta, setna, czy dwusetna. Gdy nie mogłam czytać notorycznie przyłapywałam się na tym, iż moje myśli uciążliwie krążyły wokół Lily, Ryle'a i Atlasa. Ze łzami w oczach poznawałam dalsze losy bohaterów, przeżywałam podjęte przez nich decyzje z ciężkim sercem.

Colleen Hoover za pomocą swych powieści porusza trudne tematy. Tutaj mamy przemoc domową, która na zawsze odcisnęła piętno na głównej bohaterce. Niestety, dalsze jej losy nie są bardziej łaskawe. Lily trafia z deszczu pod rynnę - wkroczyła w rolę osoby, którą zawsze uważała za słabą i dostrzega jak wiele siły musiała mieć, aby coś takiego przetrwać. 

,,To, że ktoś cię krzywdzi, nie oznacza, że możesz tak po prostu przestać go kochać. To nie czyny sprawiają najwięcej bólu, lecz miłość. Gdyby czynom nie towarzyszyła miłość, ból byłby trochę łatwiejszy do zniesienia."

Tak samo jak główna bohaterka po lekturze książki nie jestem w stanie znienawidzić Ryle'a. Był on tak samo poruszającą postacią jak sama Lily. Oboje chcieli aby ich życie wyglądało zupełnie inaczej, lecz to, co kiedyś ich spotkało zniszczyło ich - ich wszystkie plany i marzenia obróciło w pył. Kto mógł przewidzieć, że uczucie, które ich połączyło okaże się za mocne, przynoszące zgubę i cierpienie... To jedyna rzecz, jaką  zdradzę, ponieważ każdy z Was powinien poznać tę historię. Tym razem Colleen Hoover przerosła samą siebie. Oczywiście nie zabrakło tu tego, dzięki czemu Hoover jest tak znaną i cenioną autorką, czyli dobrego humoru, wciągającej fabuły oraz lekkiego pióra. W pewnym sensie It ends with us zmażdżyło mnie, roztroiło emocjonalnie i nieco zachwiało moim światopoglądem. Prócz tego, utwierdziło moje przekonanie, że będąc z kimś poznajemy samych siebie; zachowania, reakcje i skłonności o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia.

Tak jak wcześniej napisałam, przeczytałam tę książkę kilka dni temu, a moje emocje wcale nie opadły. Podczas sporządzania tej recenzji, targają mną bardziej niż podczas samego czytania. Wciąż jestem poruszona, rozgoryczona i smutna tym, jak to się wszystko zakończyło... Choć zakończenie wcale nie należało do smutnych. Jestem też dumna - zarówno z Lily, Ryle'a, jak i Atlasa. It ends with us to cudowna opowieść o druzgocącej sile miłości, o tym, że czasem trzeba przestać walczyć, by móc cokolwiek ocalić.  

,,Po prostu płyń dalej."

niedziela, 7 stycznia 2018

84. Diabolika, S.J. Kincaid

Nowa seria autorki Insygni. Wojny Światów. Jedna z ciekawszych pozycji z gatunku młodzieżowego science-fiction 2017 roku, oraz książka, która pojawiła się w moim must-readzie na rok 2018.

Przyszłość. Ludzie opanowali kosmos - zaludnili obce planety i stworzyli statki, na których prowadzą życie niemalże na wzór planetarnego. Podzielili się również na helioników - osoby wierzące w Kosmos jako boską, myślącą jednostkę, odpowiedzialną za stworzenie rodzaju ludzkiego; oraz heretyków - ludzi wierzących w Boga i siłę nauki. Helionizm odrzuca naukę, nie pozwala na dostęp do niej, bowiem przeczy ona wierze w Kosmos - żywą jednostkę. Niestety, wiara ta jest popierana przez władzę, a wszystkie osoby nie zgadzające się z nią są unicestwiane. Nadchodzą ciężkie czasy: technologia, dzięki której ludzkość może żyć w kosmosie zaczyna powoli upadać. Urządzenia psują się, a przez fakt, iż dostęp do wiedzy jest zakazany nikt nie potrafi naprawić elementarnych mechanizmów.

Jednym z technologicznych osiągnięć są Diaboliki - bioniczne istoty wykonane na wzór człowieka. Ich zadaniem jest zabijać w obronie człowieka, dla którego zostały stworzone. Nemezis jest jedną z nich. Należy do Sydonii Impirian, córki senatora, który jest uznawany za heretyka. Impirianowie żyją w odosobnieniu, a kontakt z grandecją utrzymują wyłącznie za pomocą komputerowych awatarów na forach społecznościowych. Sydonia i Nemezis są jak siostry, łączy je silna więź emocjonalna. Niemalże każdą chwilę spędzają razem. Wszystko się zmienia, gdy Sydonia otrzymuje rozkaz przybycia do Chryzantemum - lokalizację zbudowaną z tysięcy statków kosmicznych na kształt kwiatu, od którego powstała nazwa: chryzantemy. Nemezis musi wcielić się w rolę swej pani, by móc ją ocalić.

,,Nie zamierzałam tak po prostu zniknąć w pustce, jakbym nigdy nie istniała. Nie zamierzałam pogodzić się z tym, że jestem kimś gorszym od ludzi tylko dlatego, że tak mnie zaprojektowali."

Początkowo nie mogłam odnaleźć się w fabule Diaboliki, lecz gdy tylko wciągnęłam się w treść, to nie mogłam przestać czytać. Autorka gwałtownie wrzuca czytelnika w zupełnie obcy świat, rządzący się innymi prawami i zasadami, zaskakuje pomysłowością oraz łatwością przekazu tak wielu informacji. Plusem tej powieści jest Nemezis - humanoid obdarzony nadludzką siłą, nie mający prawa przejawiać ludzkich uczuć, zachowań, reakcji... jednakże w Nemezis jest coś więcej: jakaś boska iskra kształtująca jej człowieczeństwo. Kincaid nie tylko skupiła się na głównej bohaterce, lecz na każdej osobie pojawiającej się w powieści - wszyscy są pełni charakteru, wyraziści, zindywidualizowani. Na szczególną uwagę zasługuje również Tyrus - jego postać była rewelacyjna! Natomiast świat... cóż, świat wykreowany przez S.J. Kincaid zauroczył mnie. Odległa przyszłość, a ludzie nie nauczyli się nic na swoich błędach: tak samo rządni władzy, zaślepieni pieniędzmi, pochłonięci samouwielbieniem. 

,, - Cesarz chce, żebym posłała swoje niewinne jagniątko na rzeź. Niedoczekanie. Zamiast tego przyślę mu swoją anakondę."

Choć Diabolika nie jest jakoś specjalnie obszerna (412 s.), to ogromnie wiele się w niej dzieje. Mamy masę zwrotów akcji, fabułę, która nie pozwoli czytelnikowi odczuć nudy. Tak jak wcześniej wspomniałam, Nemezis podbiła moje serce. Jej walka o człowieczeństwo, niezłomność i pierwsze kroki w byciu człowiekiem - kiełkujące uczucia, emocje, reakcje, do których nie miała prawa będąc tylko humanoidem... Diabolika to mroczna i intrygująca wizja przyszłości, która - kto wie - może się spełnić. Zdumiały mnie, rozśmieszyły i nieco przeraziły zabiegi służące poprawie urody mieszkańców Chryzantemum. Czyż nie do tego właśnie dążymy? Grandecja - wpływowi i bogaci mieszkańcy uniwersum zostali przedstawieni jako osoby zepsute,  nie łaknące wiedzy, konsumpcjoniści i materialiści.

Podsumowując, Diabolika początkowo mnie przytłoczyła, a później całkowicie pochłonęła. Jestem pewna, że gdy tylko na polski rynek trafi druga część serii - która niedawno pojawiła się na zagranicznym rynku pod tytułem The Empress - od razu po nią sięgnę. To jedno z lepszych science-fiction, z jakim miałam do czynienia. 

poniedziałek, 21 listopada 2016

47. Linia Serc, Rainbow Rowell

O Rainbow Rowell było głośno szczególnie w 2015 roku, kiedy do polskich księgarni trafiły książki jej autorstwa, m.in. Fangirl, Eleonora i Park. Autorka zdobyła serca młodzieży swoim lekkim piórem, historiami od których trudno się oderwać oraz bohaterami obdarzonymi złożoną charakterologią. Zdecydowanie mocną stroną Rowell są ludzkie emocje.

Linia Serc trafiła do rąk polskich czytelników 3 lutego 2016 roku. Rowell dotąd znana z powieści przeznaczonych głównie dla młodzieży, postanowiła napisać coś i dla dojrzalszego czytelnika. Tak też powstała historia Georgie McCool, scenarzystki komedii mieszkającej w Los Angeles, mieście aniołów i przemysłu filmowego. Matka, żona, kobieta pracująca - a co więcej: uwielbiająca swoją pracę. Georgie to prawdziwa szczęściara: ma opiekuńczego męża, dwie wspaniałe córeczki i zawód, który wykonuje z radością i nie za małe pieniądze. Na pierwszy rzut oka, ma życie jak z bajki, ale szybko dowiadujemy się, że to tylko złudzenie. Zazwyczaj to mężczyzna jest tym złym: zdradza, nie stara się, nie stawia rodziny na pierwszy miejscu.  To kobieta jest tą pokrzywdzoną istotą pragnącą miłości, uwagi, czułości. W większości przypadków właśnie z takim motywem się spotykamy - ale nie tutaj. 
Georgie wie, że w jej małżeństwie dzieje się źle od dłuższego czasu - dostrzega to, czuje, jednak zawsze brakuje jej albo czasu, albo odwagi by zmierzyć się z problemami i zacząć robić coś, co mogłoby uratować jej rodzinę. Postanawia więc, nie robić nic - zamieść wszystko pod dywan i udawać, że wszystko jest w najlepszym porządku. Szybko udawanie staje się nową rzeczywistością, ale tylko dla niej samej. Neal - mąż George, jest nieszczęśliwy i nie jest to chwilowy stan, który przejdzie rano, gdy porządnie się wyśpi. Jest nieszczęśliwy od kilku lat. Dla Georgie (a później i dziewczynek) porzucił wiele rzeczy: rodzinne Omaha oddalone od Los Angeles o ponad 2000 kilometrów, pracę rysownika, co wiąże się z własnymi ambicjami i marzeniami, najlepszy czas swojego życia. To nie George siedzi w domu, zajmując się dzieciakami, tylko on - niczym kogut domowy sprawuje piecze nad ich dorobkiem życia. Pierze, gotuje, zajmuje się dziećmi. A to wszystko po to, by Georgie mogła robić to co kocha - by mogła rozwijać się w zawodzie, odnosić sukcesy. Neal trafił się George niczym ślepej kurze ziarno - ale George nie dostrzega tego. Nie docenia swojego męża, choć bardzo go kocha. Wszystko się zmienia, gdy Georgie postanawia spędzić święta w pracy, a nie ze swoją rodziną.

,,Wielu rzeczy się nie wie, mając dwadzieścia trzy lata. Nie wie się, co to naprawdę znaczy wczołgać się do czyjegoś życia i już tam zostać."

Georgie należało się to, co dostała. Nie będę tutaj pisać bredni, że było mi jej żal. Miała wiele szans, by okazać swojemu mężowi choć troszkę uczucia, podziękować za to, co dla niej robi. Neal zrezygnował z własnego szczęścia, po to by jego żona mogła je osiągnąć. Co za to dostał? Właściwie nic. Gdyby nie podjął tak drastycznych decyzji, wciąż byłby traktowany niczym mebel, który po otwarciu drzwi zawsze stoi na swoim miejscu. Georgie i Neal dawno temu przestali ze sobą rozmawiać, zwierzać się sobie z uczuć, marzeń, potrzeb. Cisza, niczym niewidzialny wróg, wpełzła między nich sprawiając, że z czasem było coraz gorzej i wtedy pojawił się sposób na odbudowanie wszystkiego - tajemniczy żółty telefon: stacjonarny, ze spiralnym kablem i tarczą do wybierania numerów, który przenosi Georgie wiele lat wstecz, gdy rozmowa z Nealem była tak prosta jak oddychanie. 

Hate is spitting out each other's mouths
But we're still sleeping like we're lovers.

Czytałam tę książkę z łamiącym się sercem. Trudno mi przyglądać się dwójce zakochanych w sobie ludzi, których miłość powoli usycha. Poza tym, nie mamy tutaj pary, lecz wieloletnie małżeństwo. Autorka przenosi nas dialogami w przeszłość. Właściwie ta historia jest pisana retrospekcją, w której początkowo można się pogubić - sama w kilku momentach nie wiedziałam, w jakiej rzeczywistości jestem. 

Główna bohaterka znalazła się w bardzo trudnym momencie swojego życia. Musiała wybrać, co jest dla niej najważniejsze, czy decyzje podjęte za młodu są dobrymi decyzjami. Linia Serc to bardzo mądra, oryginalna, życiowa, romantyczna (a miejscami rozdzierająca serce) książka. Było to moje pierwsze podejście do twórczości tej autorki i wydaje mi się, że nie mogłam wybrać lepiej. Wydanie jest piękne, zdjęcie na okładce bardzo przypadło mi do gustu. Rainbow Rowell posługuje się lekkim piórem, stroni od długich, nużących opisów - w tym przypadku stawia na dialog. Linia Serc zdecydowanie zachęciła mnie do przeczytania innych książek tej autorki. 

piątek, 25 marca 2016

22. Czerwona Królowa, Victoria Aveyard

Czerwona Królowa, wspaniały debiut, książka roku według portalu lubimyczytać.pl, masa fanów i ogromna liczba pozytywnych recenzji w blogosferze. W końcu i ja musiałam sprawdzić, o co tyle hałasu. A raczej o kogo. Oczywiście negatywnych opinii nie mogło braknąć: kiepska, plagiat, zlepek motywów z innych książek. Czy kiepska? Jak dla mnie, nie. Plagiat? Na to pytanie powinna odpowiedzieć sama autorka. Czy zawiera motywy z innych książek? Owszem, zawiera.

W Niezgodnej usposobienie decydowało o przynależności, w Igrzyskach Śmierci miejsce urodzenia oraz zamieszkania - natomiast w Czerwonej Królowej to, kim jesteś i kim będziesz zależy od koloru krwi. Ludzie dzielą się na Czerwonych oraz Srebrnych. Jak same nazwy mówią Czerwoni mają czerwony kolor krwi, zwyczajny. Są to ludzie niżsi klasą, są podlegli Srebrnym, żyją biednie jako rybacy, technicy, służący; codziennie walczą o kawałek chleba,  ich dzieci wysyłane są na niekończącą się wojnę, z której najprawdopodobniej nie wrócą. Srebrni to klasa wyższa, lepsza. Cechuje ich bezduszność, bladość, niesamowite umiejętności, styl życia oraz srebrna krew. Jak Czerwoni dzielą się pod względem zawodu, tak Srebrni na domy i co się z tym wiąże, poprzez umiejętności. Wodniacy - władający wodą, Zieleńce - operujący naturą, Psychicy - potrafiący zawładnąć twoim umysłem, Zwinni - niesamowicie szybcy, Siłacze - obdarzeni horrendalną siłą, Żeleźce - sprawujący psychiczną i fizyczną władzę nad metalem. I tak dalej, i tak dalej. Narratorką powieści jest osiemnastoletnia Czerwona - Mare Barrow.  Urodziła się w Pale - małej, ubogiej wiosce położonej w regionie Capital. Brązowe włosy, brązowe oczy, wychudła sylwetka, twarz niewyróżniająca się z tłumu. Ucho dziewczyny zdobią trzy kolczyki - pamiątki; każdy odpowiadający jednemu bratu. Tramy, Bree oraz Shade poprzez przymusowy pobór zostali wysłani na wojnę. Od tego czasu Mare mieszka tylko z rodzicami i młodszą siostrą, Gisą, będącą jej przeciwieństwem. Cicha, ładna, zdolna, podporządkowująca się narzuconym warunkom życia. Gdy Gisa wyszywa piękne wzory dla Srebrnych, Mare okrada Czerwonych, próbując zapewnić rodzinie byt. Poprzez niesamowity splot zdarzeń, Mare trafia do pałacu królewskiego, gdzie ze zwykłej Czerwonej staje się księżniczką, wielmożną panną, której trafiła się nie lada gratka - przyszłość u boku księcia. Historia jak z bajki, nieprawdaż? Niestety, w rzeczywistości wcale to bajką nie jest, a koszmarem. 

Nie będę ukrywać, że Czerwona Królowa okazała się być dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Do lektury tej książki podeszłam z całkowitym dystansem, a nawet pewnego rodzaju uprzedzeniami, bo choć zdobyła ona masę plusowych opinii, to i tych minusowych wcale mało nie było. Autorce zarzucano schematyzm, przewidywalność, ściągnięcie wątków z innych książek oraz... plagiat. Tak jak wcześniej wspomniałam, w Czerwonej Królowej pewne wątki faktycznie nakładają się z wątkami innych książek tego typu. Można dopatrzeć się podobieństwa do Igrzysk Śmierci, Niezgodnej, może i nawet Zmierzchu, X-Menów. Ale ja czytałam dla przyjemności, a nie po to, by wyliczać, gdzie, jak i do czego jest podobna w danym momencie. Prawda jest taka, że Victoria Aveyard stworzyła niesamowite uniwersum, w którym kolor krwi stanowi WSZYSTKO. Co wywarło na mnie największe wrażenie? Nie bohaterowie, ich umiejętności, lecz właśnie świat - Norta, po którym poruszaliśmy się wraz z główną bohaterką. Plastyczne opisy Summerton, Archeon oraz Szarego Miasta całkowicie przekonały mnie do Czerwonej Królowej. 


,,Taka jest nasza natura - powiedział Julian. - Niszczymy. To cecha charakterystyczna ludzkiego rodzaju. Niezależnie od koloru krwi, zawsze upadamy." 


Bohaterowie Czerwonej Królowej Aveyard prócz klasycznego podziału (Srebrni i Czerwoni; Srebrni i ich umiejętności) dzielą się również na trzy rodzaje: złych, dobrych oraz tych, którzy ukrywają swoją prawdziwą naturę. Miejscami fabuła powieści jest ekstremalnie zawiła i potrafi wbić człowieka w stan osłupienia. Sama dałam się nabrać - a słowa, które napisałam w poprzednim poście stanowią tego świetny dowód. Czerwona Królowa to potężna dawka emocji: szoku, rozczarowań, współczucia. Autorka bezwzględnie brnie przez historię, nie boi się zostawić po sobie ofiar. Relacje między bohaterami formują się, ulegają drastycznym zmianą. Główka bohaterka nie jest postacią jednoznaczną, wywołującą tylko pozytywne odczucia. Jest jak najbardziej ludzka - egoistyczna, kieruje się swoimi odczuciami i nie raz ktoś na tym cierpi. Postaci drugoplanowe choć nieco pominięte, stanowią dobre tło powieści. Mam nadzieję, że w Szklanym Mieczu Aveyard zwróciła większą uwagę na Elarę Merandus, czyli matkę Mavena. Jak dla mnie, pod względem kreacji bohaterów, jest ona największym sukcesem autorki. Samą swoją osobą potrafi wzbudzić wiele emocji. Jak dla mnie, stanowi ona odpowiednik okropnego Joffreya Baratheon z Gry o Tron. Prócz tego, kolejną świetną postacią drugoplanową jest Julian. Postać wielowarstwowa, mająca wiele do zaoferowania fabule. Wątki miłosne stanowią plus Czerwonej Królowej. Nie są tak mdłe i schematyczne, jakby można było się spodziewać. Oczywiście, mamy tutaj coś w rodzaju trójkąta, miejscami czworokąta (jak się tak dokładniej przyjrzeć), ale jest to zrobione w przyjemny sposób. Autorka nie wciska nam na siłę miłości - choć muszę przyznać, że wątek między Mare, a tym lepszym księciem wziął się jakby znikąd, po prostu zbyt szybko.  Jeżeli autorka nie sknoci czegoś po drodze, to czeka nas naprawdę niesamowita historia.    

Victoria Aveyard zaprosiła czytelników do bezwzględnego świata, gdzie każdy może zdradzić każdego. Miejscami czytanie Czerwonej Królowej przypominało bezwiedne spadanie ze wzgórza, połączone z przewrotkami i siniakami. Autorka sukcesywnie buduje klimat, by w końcu uderzyć z siłą huraganu. Początek tej historii jest jak najbardziej udany. Pomimo podobieństw mogę śmiało powiedzieć, że jest to oryginalna historia.  Szczerze mówiąc, boję się czytać drugiej części - obawiam się, że się zawiodę, bo Czerwona Królowa okazała się być świetna! Aveyard postawiła sobie naprawdę wysoką poprzeczkę, co może skończyć się źle.


ocena: 9/10

czwartek, 3 lipca 2014

5. Rozpalone, Sara Shepard




Skłamałaś kiedyś, żeby ratować własną skórę? Właśnie od tych słów zaczyna się dwunasty tom serii „Pretty Little Liars”. Moja odpowiedź na to (banalne) pytanie brzmi, hell yes i to nie raz, nie dwa i nie dziesięć. Nie miejcie mnie za notoryczną kłamczuchę, ani też egoistkę - po prostu czasem nie miałam innego wyjścia. No dobra, mogłam powiedzieć prawdę, ale po co, skoro to tylko pogorszyłoby i tak już moją złą sytuację? Nie jestem masochistką. Wracając jednak do książki... na pewno większa część z was słyszała bądź nawet i czytała któryś (albo wszystkie) tom serii o czterech kłamczuchach z Rosewood, których specjalnością jest pakowanie się w kłopoty co najmniej dwadzieścia pięć godzin na dobę, osiem dni w tygodniu. ALE gdyby jednak nie, to przypomnę pokrótce: „Pretty Little Liars” opowiada historię czwórki dziewcząt: uzdolnionej artystycznie Arii, pływaczki Emily, perfekcjonistki Spencer i fashionistki Hanny. Dziewczęta niegdyś były ze sobą bardzo blisko, gdyż miały wspólną przyjaciółkę - Alison DiLaurentis, szkolną gwiazdę, jednak znika ona w niewyjaśnionych okolicznościach, a przyjaźń dziewcząt się rozpada. Kilka lat po zniknięciu Ali czwórka nastolatek zaczyna dostawać tajemnicze SMS-y od równie tajemniczego nadawcy, który podpisuje się jedną literką, a mianowicie -A. Aria, Hanna, Spencer i Emily muszą połączyć siły by zdemaskować prześladowcę. 

Przebrnęłam przez dwanaście tomów tej serii i jest to nie lada wyczyn dla osoby w moim wieku - spokojnie, mam tylko niecałe 20 lat. Wspomniałam tu o moim sędziwym wieku ze względu na to, iż może to właśnie przez niego cała seria wydaje mi się zwyczajnie... durna. Z wiekiem tracimy wiele, między innymi bujną wyobraźnię i zachwyt nad wszystkim. Może gdybym miała 14 lat byłabym zachwycona Kłamczuchami, jednak nie jestem. Właściwie to jestem zdruzgotana kunsztem pani Shepard, moja psychika została zdewastowana głupotą bohaterek i nielogiczną akcją, ale mimo wszystko dalej czytam tą głupią serię. Dziwne, nieprawdaż? Po książkę sięgnęłam tylko z jednego powodu - ogromnie spodobał mi się serial o tym samym tytule. Zakupiłam kilka tomów (bodajże pakiet zawierający ?4? pierwsze części) i zabrałam się za czytanie. Od razu zwróciłam uwagę na prostacki styl autorki, przewidywalność, wymuszanie akcji i rozwiązywanie jej w debilny sposób. Prócz tego mój umysł zanotował coś jeszcze: cholernie banalną taktykę autorki (z której ja korzystałam na początku mojej przygody z pisaniem, czyli jak byłam dzieckiem), a mianowicie: skoro nic się nie dzieje trzeba wprowadzić nowego bohatera! Bach, i mamy koncept na co najmniej jeden tom: bohater pojawia się właściwie znikąd, któraś z kłamczuch (zazwyczaj naiwna Emily) zaprzyjaźnia się i wyjawia wszystkie swoje sekreciki, poznajemy ckliwą historię nowej postaci. Wszystko jest różowe i cudowne, ale nagle bach! Wszystko wskazuje na to, że to właśnie ta osoba jest -A. Nagle jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje, każdy ruch tej postaci jest podejrzany, TRZYMA TELEFON W RĘCE, gdy dziewczyną przychodzą wiadomości. Tak, to na pewno musi być -A. No i co dalej, jak myślicie? Wielka afera, wyjaśnienie i koniec tomu. A za chwile to samo w nowym. 
Następny punkt: deus ex machina. Wiecie co to jest? Można nazwać to zabiegiem. Mówiąc po chłopsku, polega on na tym, że gdy coś złego się dzieje, to nagle staje się cud i bohater wychodzi nawet z największej opresji. Oczywiście żywy. W „Pretty Little Liars” jest cały szereg takich sytuacji, wspomnę tylko o jednej, by nie sypać tu spoilerami: jedna z kłamczuch jest na posterunku policyjnym, jest przesłuchiwana przez funkcjonariusza, który nagle musi wyjść na moment, w tym samym czasie kłamczucha wyciąga telefon z kieszeni (oczywiście policja jakoś zapomniała odebrać jej go wcześniej) i wykonuje telefon, który ratuje jej seksowny tyłeczek. Funkcjonariusz wraca i dopiero wtedy odbiera jej telefon. Aha. Spoko. Prócz tego autorka kieruje się niezwykłą stereotypowością. Właściwie żaden z bohaterów mnie nie zaskoczył.
A teraz uwaga: coś co kocham w tej serii najbardziej, czyli to, jak Shepard się w tym wszystkim gubi. Ile osób spostrzegło, że Kate Randall, przyrodnia siostra Hanny, raz ma kasztanowe włosy a raz jest blondynką? Bo ja spostrzegłam to od razu. W którymś z początkowych tomów było również coś o tym, że SPENCER chodziła do klasy z Ianem, czy coś w ten deseń. Ale, pani Shepard... czy przypadkiem nie chodziło pani o Melissę? Dobra, przy tym akurat naprawdę się uśmiałam. Jak widać sama autorka nie świeci błyskotliwością skoro popełnia tak amatorskie błędy. Chyba to jest oczywiste, że przy pisaniu czegoś większego trzeba mieć notes bądź plik, w którym zapisujemy właśnie takie duperele - cholernie ważne duperele. W końcu komu chciałoby się szukać wzmianki o kolorze oczu jednego z przybocznych bohaterów w 300-stronicowym tomisku? Wcześniej wspomniałam również o rozwiązywaniu akcji w debilny sposób. Przywołam tu pewną scenę, którą opiszę niezwykle ogólnikowo, tak by znowu nie spoilerować. Jedną z kłamczuch odwiedza adorator, który wchodzi do domu przez balkon. Na pytanie skąd wiedział gdzie mieszka, on odpowiada, że sprawdził w internecie adres jej domu. Tyle że ona nie jest u siebie w domu i właściwie skąd wiedział, że przebywa ona w pokoju z balkonem? Więcej pomysłowości! I czy was również irytuje notorycznie powtarzający się zwrot muszę, gdy jedna z bohaterek chce się wymigać od rozmowy i nagle ucieka? Ileż można... To ostatnie to taki malutki mankamencik, a jednak musiałam o nim wspomnieć, bo moje oczy zaczynają krwawić ilekroć to czytają. 
Po lekturze dwunastego tomu moje odczucia co do całości wcale a wcale się nie zmieniły. Tom był tak samo przewidywalny i banalnie rozegrany jak poprzednie. Jedyne za co mogę pochwalić autorkę to kreacja głównych bohaterek i to, jak płynnie przechodzi z jednej na drugą. Plus, książki czyta się naprawdę szybko i całkiem... przyjemnie (nie wierzę, że to piszę). Ogromnie polubiłam książkową Spencer, Arię i Hannę. Niestety, Emily wprost nienawidzę. Przypomina mi ona ciepłe kluchy, rozmokłą kulkę papieru, którą chciałabym zmiąć w dłoni, wrzucić do sedesu i spłukać wodą. To dziewczę (bardziej niż reszta) przyprawia mnie o zawroty głowy i gorączkę, nokautuje głupotą i naiwnością. Przez 3/4 całości ciągle jęczy o Ali i próbuje ją usprawiedliwiać, od czego robi mi się już niedobrze. Przypomina mi Kłapouchego z „Kubusia Puchatka”, który ciągle chodził smutny - chociaż jego akurat było mi żal, ją po prostu bym... no. Nie będę tu sypać wulgaryzmami. Damie nie pasuje.
A jednak seria ma w sobie coś dziwnie magnetycznego, co sprawia, że pomimo całego tego nieporządku jaki panuje w książce i tak sięgnę po kolejną część, która będzie miała premierę w środku lipca, i pewnie przeczytam ją w dwa dni, przewracając kartkę za kartką. „Pretty Little Liars” często jest nazywane najlepszą serią na lato i chociaż nie mogę się zgodzić, to też nie powiem że nie. Książki są lekkie i dużo się w nich dzieje przez co, pomimo prostactwa, się nie nudzą - i właśnie to w dużej mierze wpłynęło na moją ocenę. Mimo tego, że praktycznie cała recenzja to jedna wielka krytyka, to i tak nie mogę powiedzieć, że nie lubię tych książek, kurde! No i okładki (akurat tego nie brałam pod uwagę przy ocenie, ale i tak wspomnę) są wprost wspaniałe. 

książce przyznaję: 5/10



Pokrótce przedstawię plany na najbliższe trzy posty: czeka nas stosik lipcowy i dwie recenzje: Krwawy Szlak, Moira Young oraz Monument 14 - Odcięci od Świata, Emmy Laybourne, który otrzymałam od wydawnictwa Rebis, za co ogromnie dziękuję.
Do następnego!

niedziela, 29 czerwca 2014

4. Hopeless, Colleen Hoover


Choć rzadko kiedy zdarza mi się biegać za popularnymi nowościami, to tym razem wszechobecny zachwyt skusił również i mnie. Dorwałam w empiku, zakupiłam, wróciłam do domu i jak tylko przyszła kolei zaczęłam czytać. No i co ja mam teraz powiedzieć o tej książce? Tak jakby brak mi słów… wordless. Chwilka na zebranie myśli - dobra.
Przede wszystkim zacznę od tego, że chyba ostatnią książką, która wzbudziła we mnie tak silne uczucia była trylogia Suzanne Collins „Igrzyska Śmierci” - choć ta seria ma się do „Hopeless” jak piernik do wiatraka. Już sama okładka wniosła do mojego serca kilka uczuć; przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Dean Holder to chłopak, w którym mogłabym się zakochać. Pełen sprzeczności, a zarazem pasujących do siebie cech. Zacznijmy jednak od głównej bohaterki, czyli siedemnastoletniej Sky. Poznajemy ją jako pewną siebie, silną i otwartą na związki dziewczynę (nie potrafiącą niestety poczuć zupełnie nic podczas kontaktów z chłopakami), żegnamy zniszczoną przez prawdę, którą poznała. Została ona adoptowana przez kobietę imieniem Karen - ze swojego dzieciństwa nie pamięta nic. Karen ma dosyć specyficzne poglądy na wychowanie. Sky nie może mieć telewizora, telefonu, Internetu, a naukę pobiera w domu. Żyje pod kloszem, odizolowana od prawdziwego świata. W końcu udaje jej się przekonać matkę i idzie do publicznej szkoły - to właśnie w tym momencie pojawia się pierwsza rysa na wcześniej wspomnianym kloszu. Sky poznaje tajemniczego chłopaka o magnetycznym spojrzeniu - Deana Holdera i jeszcze bardziej interesującym tatuażu na przedramieniu, napisie hopeless. Sam wzrok chłopaka budzi w niej zupełnie nieznane uczucia - a może właśnie bardzo znane? Od tego momentu życie dziewczyny gwałtownie przyśpiesza, odkryte zostają fakty z mętnej przeszłości Sky, które prawie ją niszczą.

,,Czasem możesz wybierać tylko spośród samych złych opcji. Musisz zdecydować, która z nich jest najmniej zła."

Nie będę kłamać - do książki podeszłam z ogromnym dystansem. Nie chciałam się po prostu przejechać na wybujałym opisie, no i właściwie nie wiedziałam co mogę się spodziewać zarówno po autorce, jak i gatunku. Prolog nieco mnie rozbawił. Nie miałam zielonego pojęcia, co mogło aż tak rozgniewać nastolatkę, jednak już po przeczytaniu pierwszego rozdziału byłam zachwycona! Colleen Hoover ma naprawdę dobry styl pisania, przez co lekturę czytało mi się naprawdę bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Zarówno postać Sky jak i Holdera została niezwykle wyraźnie naszkicowana - niemalże widziałam ich przed oczami. Nie łatwo mnie wzruszyć, a jednak przy „Hopeless” prawie że uroniłam łzę. Prawie - a w moim przypadku to nie mały sukces. Ale żeby nie było aż tak miło, w książce nie spodobało mi się kilka rzeczy: po pierwsze, jest stanowczo za krótka (kurde, dalej jest miło!), no i w pewnym momencie miałam dosyć postaci Holdera, jak i całego tego wątku miłosnego, na którym opiera się… - ba! - stoi cała fabuła. Dean to złoty chłopak, naprawdę cudowny, jednak czasem jego pantoflowatość mnie irytowała. Czasem. W dalszym ciągu uważam, że mogłabym się w nim zakochać. Żałuję również, że nie dane nam było poznać bliżej Six, cóż za ciekawa osóbka. Ogólnie rzecz biorąc, „Hopeless” dogłębnie mnie poruszyło. Ta książka to kawał dobrej roboty. Autorka poruszyła ciężkie tematy, nie tylko związane z dobrymi aspektami miłości, ale przede wszystkim tymi toksycznymi, beznadziejnymi. To piękna historia o tym, że miłość potrafi być środkiem leczniczym, że to właśnie dzięki temu uczuciu człowiek jest w stanie podnieść się po największym upadku, że brak nadziei może łatwo przerodzić się w nadzieję, a beznadziejny chłopiec niekoniecznie musi być beznadziejny.
Nie przypuszczałam, że ta książka będzie aż tak dobra - musiałam po niej odetchnąć. Oczywiście, w pozytywnym sensie. Ciężko przejść obojętnie obok tak wstrząsającej historii pełnej bólu, żalu i strachu. W fabule kompletnie się zatraciłam, ciężko było mi się oderwać od lektury, ze smutkiem chowałam książkę pod poduszkę, by móc po przebudzeniu od razu po nią sięgnąć. Coś wspaniałego. Oby więcej takich książek! Wiem, że ta historia szybko mnie nie opuści i właśnie to w czytaniu kocham najbardziej. Za tą piękną okładką kryje się coś wielkiego, po co powinien sięgnąć każdy z nas. Emocje gwarantowane! Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę, że „Hopeless” stoi na jednej z moich półek, bo na pewno nie był to ostatni raz, kiedy sięgnęłam po tę książkę.

książce przyznaję 9/10