Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science-fiction. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2020

300. Mroczne umysły, Gwenda Bond




Pierwsza powieść z serialowego świata Stranger Things. Gratka dla fanów i wciągająca historia z gatunku science-fiction. Fabuła Mrocznych umysłów ma miejsce zanim pojawił się Demogorgon, zanim przybył Łupieżca snów, zanim Will Byers zaginął. 

Gwenda Bond to autorka powieści dla młodzieży, najbardziej znana z serii o Louis Lane, ukochanej Supermena (Fallout, Double Down, Treaple Threat), oraz trylogii Cirque American (Girl on a Wire, Girl Over Paris, Girl in the Shadows). Wraz z mężem, Christopherem Rowe, współtworzą młodzieżowa serię The Supernormal Sleuthing Serrvice. Bond publikuje m.in. w Los Angeles Times, Publishers Weekly, Locus. Ukończyła wydział pisania na Akademii Sztuk Pięknych w Vermont. Mieszka wraz z mężem i ukochanymi zwierzętami w stuletnim domu w Lexington, w stanie Kentucky. *

Wiosna, 1969 rok. Terry Ives wiedzie spokojne życie w małym miasteczku Hawkins w stanie Indiana, w którym czas zdaje się płynąć wolniej, a wydarzenia związane z wojną w Wietnamie rzucają jedynie słaby cień na codzienność. Kiedy ambitna dziewczyna dowiaduje się o ważnym dla kraju rządowym eksperymencie MKULTRA, prowadzonym w miejscowym laboratorium, nie chce pozostać bierna i decyduje się wziąć w nim udział. Pozornie nieznacząca decyzja zmienia jej życie raz na zawsze. **


Serial Stranger Things poznałam dwa lata temu - będąc na zwolnieniu chorobowym obejrzałam w ciągu niecałych dwóch dni cały sezon pierwszy i wprost nie mogłam się opamiętać po tej historii! Zdecydowanie najmocniejszym elementem serialu jest klimat lat 80., który mnie osobiście bardzo kojarzy się z powieściami Stephena Kinga. Na kolejny sezon czekałam z utęsknieniem, a gdy tylko wpadł w moje przysłowiowe łapki, obejrzałam go równie szybko, co poprzedni. Wyobraźcie sobie zatem moją reakcję na tę książkę - w końcu dostałam to, o czym marzy każdy fan serialu, będący jednocześnie książkoholikiem - serial w książce! Warto jednak zaznaczyć, że powieść Mroczne umysły nie opowiada tej samej historii, którą możemy obejrzeć na komputerze, bądź laptopie, lecz wydarzenia mające miejsce wcześniej. Tak więc, generalnie otrzymujemy jeszcze więcej. 

Jest rok 1969. W małym miasteczku Hawkins położonym w stanie Luizjana z dnia na dzień zaczynają dziać się niepokojące rzeczy - nieoznakowane samochody, tajne laboratorium prowadzące badania na ludziach, milczący mundurowi i ponurzy lekarze, milczący niczym Charlie Chaplin na wielkim ekranie. W tle majaczy cień rzucany przez ówczesną sytuację polityczną Stanów Zjednoczonych - wojnę w Wietnamie. Coś zdecydowanie jest nie tak i Terry Ives postanawia rozgryźć co. 

Ciekawym elementem powieści ze świata Stranger Things jest tożsamość głównej bohaterki - Terry Ives to matka... Jedenastki. Panna Ives niefortunnie związuje swoje losy z doktorem Brennerem, który dowodzi tajemniczym i niepokojącym eksperymentom polegającym, między innymi, na wprowadzaniu pacjentów w stan otępienia, a także całkowitym odizolowaniu ich od świata. Co więcej, Terry przez przypadek odnajduje w laboratorium dziecko, niejaką 008.  


Do warsztatu autorki nie mam uwag - ani nie jest zły, ani nie rewelacyjny. Gwenda Bond przenosi czytelników w świat znany z małego ekranu, jednakże akcja powieści dzieje się wcześniej niż ta serialowa. Warto jednak zaznaczyć, że Mroczne umysły wypadają nie tylko dobrze, jak książkowa odsłona serialowego świata, ale jako powieść sama w sobie. Fabuła łatwo wciąga, a tajemnice, których w tej książce jest tyle, co kamieni na wiejskiej drodze, sprawiają, że wręcz trudno oderwać się od lektury. Klimat powieści idealnie oddaje ten znany tam z programu, co dla mnie jest ogromnym plusem. Bohaterowie są ciekawie i sympatycznie wykreowani. Czytelnik odnajdzie tu znacznie mniej potworów, a więcej o eksperymentach naukowych mających miejsce w Hawkins. 

Mroczne umysły okazały się być nie do końca tym, czego się spodziewałam, jednak nie określiłabym to wadą. Przyjemnie było zanurzyć się znowu w ten klimat oraz poznać wydarzenia mające miejsce przed akcją pierwszego sezonu. 

* lubimy czytać
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Poradnia K! 


wtorek, 31 marca 2020

292. Instytut, K.C. Archer

Debiutancka powieść zagranicznej autorki ukrywającej się pod pseudonimem artystycznym. Instytut to tegoroczna nowość wydana przez jedno z moich ulubionych wydawnictw - Uroboros. Jako fanka zjawisk paranormalnych, a także literatury z wątkami nie z tego świata, nie mogłabym przejść obojętnie obok tej książki - zwłaszcza, że już sama okładka fascynuje i obiecuje udaną lekturę. Czy dałam się zwieść grafikowi? 

K.C. Archer to autorka ukrywająca się pod pseudonimem. Instytut (2018) jest jej pierwszą książką i jednocześnie pierwszym tomem serii. * Aktualnie na rynku zagranicznym jest już dostępna druga część nosząca tytuł The Astral Traveler's Daughter. 

Teddy Cannon nie jest typową dwudziestokilkuletnią kobietą. Owszem, jest zaradna, bystra i pokręcona. Ale potrafi też z niesamowitą precyzją czytać ludzi. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jest prawdziwym medium. Kiedy seria złych decyzji prowadzi Teddy do wpadki z policją, interweniuje tajemniczy nieznajomy. Zaprasza ją do złożenia podania do instytutu dla mediów, placówki ukrytej u wybrzeży San Francisco, gdzie studenci są szkoleni niczym pracownicy Delta Force: uczelnia ta jest konkurencyjna, bezwzględna i ściśle tajna. Studenci uczą się tam telepatii, telekinezy, umiejętności śledczych i taktyki SWAT. A jeśli przetrwają szkolenie, kontynuują służbę na najwyższych szczeblach władzy, wykorzystując swoje umiejętności do ochrony Ameryki i świata. *


Sięgając po tę książkę, nie można pozbyć się wrażenia, że gdzieś już spotkaliśmy się z podobną historią. Paranormalne umiejętności, ludzie traktujący siebie samych jak wyrzutków społecznych,  instytut naukowy pomagający im okiełznać swe zdolności; tajemnicze badania, w które zamieszane jest wojsko oraz rząd państwa. Czy ktoś z Was już znalazł pierwowzór? Gdy tylko przeczytałam kilka początkowych rozdziałów już wiedziałam, z czym Instytut K.C. Archer tak bardzo mi się kojarzy... z historią grupy mutantów znanych z komiksów, a także filmów - X-Men. Jednak ze względu na to, że uwielbiam mutantów i stosunkowo niedawno oglądałam wszystkie części filmów, jest to zdecydowanie pozytywne skojarzenie. Główną bohaterką debiutu K.C Archer jest niejaka Theodora Delaney Cannon znana jako Teddy. Dwudziestoczteroletnia dziewczyna wychowana w Las Vegas uwielbia hazard, a jej ulubionym miejscem jest kasyno. Teddy jest naprawdę dobra w karty, a zdecydowanie ma na to wpływ jej nad wyraz rozwinięta spostrzegawczość, dzięki której dziewczyna jest w stanie przewidzieć decyzje i sytuację graczy na podstawie ich zachowania, gestów a także mimiki. Niespodziewane spotkanie z nieznajomym mężczyzną zupełnie zmienia jej życie oraz otwiera oczy na pewne sprawy... a zwłaszcza na samą siebie. Theodora dołącza do Instytutu Whitfield, gdzie spotyka ludzi podobnych do siebie, a także odkrywa wstrząsającą fakty ze swojej przeszłości. Za pomocą morderczych treningów fizycznych i umysłowych zdobywa wiedzę i umiejętności, dzięki którym w przyszłości będzie w stanie wykonać zadania specjalne na najwyższych szczeblach władzy państwowej, a także światowej. Mówiąc jaśniej, absolwenci Instytutu Whitfield są szkoleni do wyższych celów. 

„Jeśli nie pasujesz do społeczeństwa, wśród nich się odnajdziesz...”

Instytut jest jedną z tych książek, które czyta się błyskawicznie. Strony właściwie przewracają się same - jednakże warto zaznaczyć, że to nie rwąca akcja odpowiada za taki stan rzeczy, lecz wyraziste pióro autorki, które trafi w gusta większości czytelników. K.C. Archer skupia się na konkretach, nie odpływa w warstwę uczuciową czy emocjonalną bohaterów - jednak przy tym nie pozbawia swych postaci namiętności. Autorka w intrygujący sposób tłumaczy działanie paranormalnych umiejętności. W Instytucie Whitfield rodzą się przyjaźnie, a także coś więcej - co niekoniecznie pomoże studentom skupić się na nauce i ćwiczeniach. Teddy warstwa po warstwie rozbiera swe tajemnicze umiejętności, stopniowo odkrywając prawdę o sobie i swojej rodzinie, a także swoich przyjaciołach. Niestety nie każda prawda jest ładna i właściwie do samego końca pierwszego tomu nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły.


Druga połowa książki zdecydowanie jest lepsza niż pierwsza, także warto dać szansę tej książce i przekonać się na własnej skórze, czy debiutująca autorka zrobiła na was pozytywne wrażenie, oraz czy zdecydujecie się na lekturę drugiego tomu, który mam nadzieję, jeszcze w tym roku do nas trafi. Instytut kusi okładką i fabułą przypominającą X-Menów. Mnie książka zdecydowanie kupiła. 

* materiały wydawcy
** materiały wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!
 


niedziela, 16 czerwca 2019

232. Maszyna szczęścia, Katie Williams

Kto z nas nie chciałby otrzymać recepty na szczęście? Wydawałoby się, że osiągnięcie stanu całkowitego spełnienia wymaga od człowieka wielkich czynów i sporych poświęceń, jednakże w futurystycznej wizji Brytyjki wcale nie trzeba wiele, by być szczęśliwym - trzeba tylko wiedzieć, co należy zrobić, a zdradzić Ci to może innowacyjna maszyna. Maszyna szczęścia.  

Katie Williams brytyjska autorka urodzona w Lansing. Autorka kilku książek, m.in. The Space Between Trees, Absent, oraz Tell The Machine Goodnight, czyli Maszyny szczęścia. 

Gdyby maszyna była w stanie podać ci przepis na szczęście, który mógłby ci się jednak nie spodobać, czy zrobiłbyś test? Jedz więcej mandarynek. Rozwiedź się z żoną. Odetnij sobie palec wskazujący prawej dłoni. Zalecenia maszyny szczęścia często bywają zaskakujące, ale w 99,97% gwarantują, że będziesz szczęśliwszy. Pearl pracuje dla firmy Apricity – a więc zawodowo zajmuje się szczęściem. Jej nastoletni syn, Rhett, zdaje się czerpać zadowolenie z bycia nieszczęśliwym. Gdyby tylko Pearl zdołała go przekonać, aby wykonał test Apricity... *

Z lekturą debiutanckiej powieści Katie Williams było mi zdecydowanie nie po drodze - książka stanowczo zbyt długo przeleżała na półce, a gdy już miałam po nią sięgnąć, znajdywałam inną, ciekawszą pozycję. I tak też mijały miesiące, aż w końcu udało mi się wykrzesać w sobie chęć przeczytania Maszyny szczęścia. Pierwszy rozdział niespecjalnie przyciągnął moją uwagę, a swą monotonnością wręcz odstręczył od dalszej lektury, jednakże postanowiłam dać tej powieści szansę. W momencie, w którym na scenę wchodzi Rhett - jeden z kluczowych bohaterów, powieść Williams od razu robi się o wiele ciekawsza. Akcja przyśpiesza, w czytelniku budzi się ciekawość. Mamy swego rodzaju intrygę i postać, która odbiega od standardów narzuconych przez futurystyczną rzeczywistość stworzoną przez Brytyjską autorkę. Kogoś, kto zamiast dążyć do szczęścia, upaja się beznadzieją. I gdyby Katie Williams poszła tym torem, powieść byłaby wspaniała, jednakże... zamysł Maszyny szczęścia jest zupełnie inny.  


Pomimo ciężkiego początku, lektura tej książki była całkiem przyjemna. Była - do momentu, gdy jeszcze byłam przekonana, że Maszyna szczęścia ma jakiś sens, zamysł - coś, co wynagrodzi mi godziny czytania powieści mocno przeciętnej. Wraz z rozwojem fabuły przybywa bohaterów. Ciekawych i nieszablonowych, ale i jednocześnie pokręconych i zwyczajnie dziwnych. Gdzieś w tym wszystkim kryje się pseudosymbolika, przekaz, którego mój umysł nie jest w stanie ogarnąć. Autorka prezentuje mroczną i niepokojącą wizję przyszłości, w której każdy ma szczęście na wyciągnięcie ręki, jednakże wcale szczęśliwy nie jest. Wgryza się w relacje rodzinne, zagląda do ludzkiej psychiki, a przy tym operuje pięknym piórem, jednak to wszystko jest bez polotu. Brakuje w tym wszystkim sensu - jakiegoś celu, a zakończenie budzi w czytelniku rozczarowanie i nasuwa pytanie Po co właściwe to przeczytałam? 

Bardzo lubię książki wydawnictwa Edipresse za oprawę graficzną - co niejednokrotnie zaznaczałam. Edipresse zwraca uwagę nie tylko na szatę graficzną, ale również fakturę okładek. Tym razem takowych zdobień mamy całkiem sporo, co można dostrzec nawet na zdjęciach. Rzęsy, brwi, tytuł i nazwisko autorki będące na okładce Maszyny szczęścia są wypukłe i śliskie. Egzemplarz pięknie mieni się w świetle słonecznym. Niestety w środku czytelnik nie znajdzie nic wyjątkowego. 


Cóż... mam nadzieję, że kolejna książka w pewien sposób wynagrodzi mi tę przeciętną lekturę. Maszyna szczęścia  to powieść, która miała potencjał, lecz gdzieś po drodze został on zupełnie zgubiony przez autorkę. Chyba dobrze, że nie było mi śpieszno do tej historii. Drodzy czytelnicy, Maszynę szczęścia możecie sobie spokojnie darować. Nic specjalnego. 

* opis wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki!
 




poniedziałek, 6 maja 2019

223. Upadające imperium, John Scalzi

Pierwsza space opera, z jaką miałam styczność. Właściwie z tym terminem dopiero teraz się zetknęłam - jak i z autorem i jego twórczością. Po science-fiction sięgam bardzo rzadko. Choć fantastykę kocham całym sercem, tak na kosmiczne podboje nie mam zbytnio ochoty. W pewien sposób tego typu lektury omijam szerokim łukiem, bowiem to nie jest coś, w czymś w pełni się odnajduję. Jednakże powieść Scalziego zaintrygowała mnie na tyle, by dać science-fiction szansę i na chwilę pozbyć się swego rodzaju uprzedzeń. 

John Scalzi, właśc. John Michael Scalzi II (ur. 10 maja 1969 r. w Fairfield) – amerykański pisarz, tworzący głównie na polu fantastyki naukowej. Laureat Nagrody Campbella dla najlepszego nowego pisarza w 2006 r. oraz nagród Hugo i Locusa w 2013 roku za powieść Czerwone koszule, a także nagrody Locusa za powieść Upadające imperium w 2018 r. Wcześniej otrzymał także nagrody Hugo dla najlepszego pisarza-fana oraz za najlepszą książkę niefantastyczną. *

Naszym Wszechświatem rządzi fizyka, więc podróżowanie szybciej niż prędkość światła nie jest możliwe. Tak było, dopóki nie odkryto Nurtu – pozawymiarowego pola, do którego możemy uzyskać dostęp w określonych punktach Czasoprzestrzeni, a ono niesie nas do innych światów, krążących wokół innych gwiazd. Ludzkość wyruszyła z Ziemi w kosmos i z czasem zapomniała o swoim rodzimym świecie, tworząc nowe imperium, Wspólnotę, której etos mówi, że żadna z placówek zamieszkanych przez człowieka nie jest w stanie przetrwać bez pozostałych. To stanowi barierę dla międzygwiezdnych wojen, ale też system kontroli władców nad imperium. Nurt jest wieczny, ale nie statyczny – tak jak rzeka zmienia swój bieg, odcinając różne światy od reszty ludzkości. Kiedy przemieszczanie się Nurtu zostaje odkryte – co może się zakończyć odizolowaniem wszystkich miejsc zamieszkanych przez człowieka poprzez uniemożliwienie podróży szybszych niż prędkość światła – troje ludzi: naukowiec, kapitan statku kosmicznego oraz cesarzowa Wspólnoty, prowadzą wyścig z czasem, żeby zbadać co, jeśli w ogóle cokolwiek, da się uratować z międzygwiezdnego imperium, znajdującego się na krawędzi rozpadu. **


Nurt. Kosmiczne metro, dzięki któremu człowiek może płynnie poruszać się po Czasoprzestrzeni. Szybki, niemalże niezawodny środek transportu pokonujący wielokrotnie prędkość światła. Dzięki niemu również kwitnie handel międzyplanetarny, a co za tym idzie powstają ośrodki życia społecznego. Już mało kto pamięta o naszej rodzimej planecie, bowiem jej piękno i unikalność zostało zasłonięte ogromnym kosmicznym imperium zwanym Wspólnotą. Choć świat się zmienia, to człowiek pozostaje taki sam - chciwy, samolubny, bezwzględny. A polityka przypomina sztukę, lecz nie rządzenia państwem, a kombinatoryki i szalbierstwa. John Scalzi wykreował rozbudowane kosmiczne uniwersum, w którym ludzie podróżują za pomocą pozawymiarowego pola, zamieszkują różnorodne planety, a także kolonie planetarne. Co za tym idzie - na czytelnika czeka ogromna dawka niesamowitej technologii, którą można dostrzec choćby w statkach kosmicznych (posiadających dziwaczne, ale i komiczne nazwy), a nawet ubiorze, czy produkowanej żywności. Wspólnota zupełnie nie przypomina naszego świata, bowiem Ziemia pozostała daleko za człowiekiem. 

Trójka silnych i zaskakujących bohaterów, którzy pod wieloma względami - nie znają granic. Cardenia to świeża cesarzowa Wspólnoty, która obejmuje władzę po swoim ojcu. To odważna młoda kobieta, na którą z dnia na dzień spada ogromna odpowiedzialność, ale i prawda, którą nie sposób udźwignąć i pozostać nań obojętną. Kiva Lagos, ekscentryczna i dzika kapitan statku  Tak, drogi panie, to moje dziecko transportującego głównie hawerfruty (sztuczny owoc, wytworzony przez człowieka). Cechuje ją wulgarność, bezczelność i bezwzględność. Wyznaje zasadę - po trupach do celu. Ostatnim z głównej trójki jest naukowiec Marce Claremont. Raczej spokojny i ułożony. Bohaterowie drugoplanowi pod względem kreacji nie odbiegają od sztandarowych postaci. Każdy z nich posiada odrębną osobowość i potrafi niejednokrotnie zaskoczyć. Niesamowita sceneria kosmicznego otoczenia nie jest w stanie przyćmić ich charyzmy, co samo w sobie świadczy o tym, jak świetnie bohaterowie Upadającego imperium zostali wykreowani.   


Idea Nurtu fascynuje i wrzuca wyobraźnię na wyższe obroty. Kosmiczna tuba zasysająca statek kosmiczny, a następnie wypluwająca go w zupełnie innej części Wszechświata. Z jednej strony niezawodna i rozwijająca, z drugiej - całkiem nieprzewidywalna  i niszczycielka. Pomysł autora zasługuje na uwagę - którą zresztą otrzymał, ponieważ Upadające imperium jest książką docenioną i gęsto polecaną. Jak widać - nie bez powodu. Jak na początku wspomniałam, nie jestem fanką science-fiction, ale ta historia naprawdę mnie wciągnęła. Autor posługuje się lekkim stylem, często sięgając po komizm czy wulgaryzmy (cóż, są one nieodłącznym elementem charakteru Kivy). Czyta się szybko, z pasją i prawdziwym zainteresowaniem. W tym momencie mam ochotę sięgnąć po kontynuację i mam nadzieję, że do czasu premiery polskiego wydania The Consuming Fire tak pozostanie. 

* Wikipedia
** opis wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe! 




piątek, 26 października 2018

175. Spektrum, Martyna Raduchowska

Wyczekiwana kontynuacja Łez Mai! Pierwszy tom cyklu Czarne światła przeczytałam w czerwcu tego roku. Od tego czasu niejednokrotnie wracałam myślami do New Horizon. Już pierwsze wzmianki na temat drugiej części cyklu Raduchowskiej przyciągnęły moją uwagę, a po świetnym rozpoczęciu spodziewałam się równie dobrej kontynuacji - czy Spektrum spełniło moje nieco wygórowane oczekiwania?

Martyna Raduchowska urodziła się w 1987 roku we Wrocławiu, z którym jest związana również sercem. Aktualnie mieszka w Warszawie. Ukończyła psychologię i kryminologię na Uniwersytecie Aberystwyth, neurobiologię poznawczą na Uniwersytecie York oraz psychologię śledczą - Uniwersystet SWPS. Z zamiłowaniem profiluje osoby zaginione i sprawców zbrodni, oraz zgłębia tajniki ludzkiego mózgu. W literackim świecie porusza się w sferze fantastyki. Napisała kilka opowiadań, powieści urban fantasy: Szamanka od umarlaków (2011), Demon Luster (2014) oraz cyberpunkowy kryminał Łzy Mai (2015),  za który otrzymała Nagrodę Literacką Kwazar. Pisze i pracuje jako scenarzystka w studiu CD PROJEKT RED. 

Reinforsyna - wybawienie czy przekleństwo?

Technologia rozdarła to miasto na pół. Wydawało się, że ostatnie granice ludzkich możliwości zostały zniesione. W powszechnym użyciu są androidy – prawie doskonałe kopie człowieka. Wyposażone w sztuczną inteligencję, niesamowicie szybkie, zdolne do błyskawicznej regeneracji, są o wiele bardziej wytrzymałe niż ich pierwowzór. I o wiele bardziej niebezpieczne. Ludzie dzięki wszczepom i implantom mogą upgrade’ować swoje ciało i umysł niczym postaci z gier komputerowych. Ci, których na nie stać, bogacą się jeszcze bardziej. Biedni spadają na samo dno drabiny społecznej. Szansą dla wykluczonych jest reinforsyna. Geniusz w pigułce, dostępny na każdą kieszeń. Gdy zapada decyzja o wycofaniu jej ze sprzedaży, atak na siedzibę jej producenta jest nieunikniony. Magazyny pustoszeją w jednej chwili. Reinforsyna zalewa ulice falą neurochemicznego szaleństwa. B-Day. Dzień Buntu. Dzień, który zmienił Jareda Quinna w nafaszerowanego elektroniką cyborga. On sam niewiele z niego pamięta. Tylko Maya, jego replikantka, wie, co naprawdę się wtedy wydarzyło. *


Na drugi tom cyklu Czarne światła czytelnicy czekali od 2015 roku. Ja na szczęście Łzy Mai czytałam w czerwcu, więc nie musiałam wyczekiwać aż tak długo. Jednakże czy to wyszło mi na plus? Cóż... nie do końca. Już śpieszę z wyjaśnieniami. Wydarzenia opisane w pierwszej części zostały przedstawione z perspektywy porucznika Jareda Quinna - Spektrum skupia się na losach wielkiej nieobecnej pierwszego tomu - tytułowej Mai. To właśnie ona jest tutaj główną bohaterką oraz narratorką, lecz fabuła powieści pozostaje niezmienna. Wracamy do tych samych wydarzeń - the Day of Blast, tzw. B-Day, Dzień Buntu, kwestia cyborgizacji osoby wbrew jej woli, podzielenie miasta na New Horizon oraz Dark Horizon - a jedyna różnica jest taka, że zostały one opowiedziane z perspektywy innej osoby, Mai. Po burzliwych wydarzeniach lądujemy po przeciwległej stronie Muru - okrytym złą sławą Dark Horizon. Miejsca, do którego lepiej się nie zbliżać. Niektóre elementy fabuły gdzieś mi umknęły w ciągu tych kilku miesięcy, jednakże spora część utkwiła w mojej pamięci, przez co lektura wyczekiwanego przeze mnie Spektrum nie była aż tak porywająca. Cóż, oczekiwałam zupełnie nowych wrażeń i choć w pewien sposób otrzymałam je, to nie jestem w pełni usatysfakcjonowana. Od razu sprostuję: nie jestem również niezadowolona. Po prostu oczekiwałam czegoś innego - kontynuacji z krwi i kości, że się tak wyrażę. A Spektrum, jak wyżej zaznaczyłam, opowiada właściwie tę samą historię co tom pierwszy. Nie da się ukryć, że zmiana głównego bohatera zmienia niemalże wszystko, ale fundament powieści pozostaje wspólny. Raduchowska bezbłędnie zazębiła wydarzenia z dwóch tomów, czyniąc tę historię logiczną, spójną i wyjątkową. 

,,Każda rewolucja prędzej czy później pożera własne dzieci'...''

Czytając pierwszą część, wprost nie mogłam się doczekać spotkania z Mayą. Podobnie jak porucznik Jared Quinn, szukałam jej obecności wszędzie, gdzie tylko się dało. Byłam zafascynowana jej osobą, więc gdy dotarła do mnie informacja, że w Spektrum to ona będzie narratorką, bardzo się ucieszyłam. Z kolei moja radość nieco opadła, gdy dowiedziałam się, że będzie to POV. Jednakże taki zabieg posiada zarówno wady, jak i zalety. Dla osoby znającej poprzedzający tom, może przynieść to nieco nudy - wiemy, co się wydarzy i jakie mniej-więcej będzie zakończenie. Jednakże dzięki zmianie punktu widzenia, mieliśmy okazję dogłębnie poznać Mayę. Dowiedzieć się czym - a właściwie kim jest, co nią kierowało, dlaczego podjęła takie, a nie inne decyzje. Czytelnik ma szansę sprawdzić, czy faktycznie pozostała lojalna. Spektrum pod względem poziomu nie odbiega od Łez Mai. Jednakże co różni te dwa tomy? Na pewno wyraźna nutka sentymentalizmu, refleksji obecnej w drugiej części, na temat istoty człowieczeństwa. Co czyni kogoś człowiekiem? Czy tylko i wyłącznie fizjonomia? Rozważania głównej bohaterki zmuszają czytelnika do zastanowienia, stawiają przed nim wiele trudnych pytań. Z kolei losy replikantów opowiedziane z ich perspektywy zyskały nowego charakteru. Martyna Raduchowska nie zawiodła. W dalszym ciągu zaskakuje swym plastycznym piórem, pomysłowością i oryginalnością.  


W tej części najważniejsza jest Maya. Jej rozważania, kiełkujące uczucia i emocje - to, jak zmienia jej się tok myślenia, jak przejmuje kontrolę nad własnym umysłem. Niczym kruk rozkłada swe skrzydła, zaczyna sama decydować o tym kim jest - staje się autonomicznym bytem.  Autorka rozebrała psychikę bohaterki na czynniki pierwsze, całkowicie obnażając ją przed czytelnikiem. Maya miała być zaledwie karykaturą człowieka. Androidem, replikantką - zamiennikiem, a stała się czymś, kimś więcej. Przebudziła się, przebudziła swoje człowieczeństwo, dając początek czemuś większemu. Zadaniem Spektrum wcale nie było wypełnienie luk fabularnych, lecz wgląd w tak piękną i złożoną istotę, jaką jest Maya Quinn. Z informacji pozyskanych z pierwszego tomu ulepiłam jej obraz - bezwzględnej, zagubionej, rozerwanej pomiędzy dobrem a złem. Sądziłam, że będzie to typ drapieżnej buntowniczki, a Maya okazała się być delikatna, wrażliwa, pełna paradoksów. Raduchowska wysnuła intrygującą teorię na temat sztucznej inteligencji. Bezbłędnie trafiła w środek problemów natury etycznej - człowiek tworzy sztuczną inteligencję na swój obraz. Wszelkie niezgodności w kreacji budzą w nim niepokój, lecz jednocześnie zbytnie podobieństwo również. Bo jego dzieło choć ma przypominać człowieka, to nie powinno nim być. 


,,Książki umierają z godnością i w ciszy, niepostrzeżenie obracają się w proch już od dnia, w którym jeszcze ciepłe i pachnące drukarską farbą trafiają na swoją pierwszą półkę.''


Choć po kontynuacji Łez Mai oczekiwałam czegoś zupełnie innego, to nie mogę powiedzieć, że czuję się zawiedziona. Jestem pewna, że w kolejnych częściach Martyna Raduchowska w pewien sposób wynagrodzi czytelnikowi przedstawienie tych samych wydarzeń z dwóch różnych punktów widzenia. Sądzę jednak, że tego typu zabieg był potrzebny i podziałał korzystnie na odbiór całości. Zakończenie drugiej części ewidentnie wskazuje, że kolejny tom będzie nastawiony na akcję. Mam ogromną nadzieję, że czytelnicy nie będą musieli czekać na niego zbyt długo.

Zachęcam do zaznajomienia się z recenzjami poprzednich książek autorki:


* opis wydawcy 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!


czwartek, 13 września 2018

159. Immersja, Erick Pol

Futurystyczny kolos, który rzuca czytelnika najpierw w daleką przyszłość a następnie - co dziwne - w odległą przeszłość. Immersja to książka, która potrafi namieszać odbiorcy w głowie i zachęcić do rozważać na temat przyszłości rasy ludzkiej w obliczu prężnego rozwoju technologicznego. Zapraszam was na recenzję nowości od wydawnictwa Uroboros! 

Czy ludzki umysł jest w stanie bezbłędnie odróżnić rzeczywistość od fikcji?

Niedaleka przyszłość, czas sztucznych inteligencji. Ben, pracownik instytutu badawczego, bierze udział w eksperymencie naukowym, dzięki któremu jego umysł wkroczy w świat Fajstos, 1627 lat p.n.e. System AIAM, do którego zostały wprowadzone dane archeologiczne, tworzy świat, jaki istniał wiele lat temu na Krecie. Dla Bena ma to być niczym udział w doskonałej grze komputerowej, w której będzie mógł badać przeszłość wszystkimi zmysłami, a zdarzenia będą się toczyć w interakcji wirtualnego świata z nim jako uczestnikiem gry. Tymczasem do gry wkraczają kolejni uczestnicy: wybitna sportsmenka Arnike, zaproszona przez instytut, wysłannik wojska John, agentka Kiri Nakai oraz wirtualni turyści, wśród których jest Luigi Badson, jeden z najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wcześniej hierarcha, później likwidator majątku kościelnego. Idylliczny, wydawałoby się, świat rozsypuje się jak domek z kart, gdy wybucha wulkan na wyspie Thera (obecnie Santoryn). Dotychczasowe zasady, którymi kierowała się społeczność, zaczynają tracić swą moc, a do głosu dochodzą przemoc oraz strach… *


Immersja to debiutancka powieść z nurtu science-fiction autorstwa niejakiego Ericka Pola. Szczerze mówiąc, o autorze nie udało mi się znaleźć żadnych informacji. Sugeruję się jednak, że jest on polakiem, a Erick Pol to jego pseudonim artystyczny. Jego debiut to kolejny wariant przyszłości, zawierający mniej bądź bardziej prawdopodobne elementy scenariusza tego, co nastąpi. Pomysł początkującego autora wprowadza czytelnika w konsternację na temat rozwoju technologicznego - rozpędzonego kolosa, którego nie da się już zatrzymać. Madryt, rok 2300. Ożywiona betonowo-szklana metropolia, której uwieńczeniem są gigantyczne cyber-piramidy. Ludzie dzielą swą rzeczywistość na tę właściwą oraz wirtualną. Czytelnik jest świadkiem rewolucyjnej innowacji technologicznej: Maya Virtual Reality, projektu który zatrzęsie futurystycznym światem. MVR wprowadza osobę w nową, niezwykle rozbudowaną wirtualną rzeczywistość, wykreowaną na antyczną Grecję. Uczestnik takiej podróży przyjmuje rolę gracza, kreując sobie awatar, a doznania, jakie oferuje MVR są niesamowicie rzeczywiste, bowiem oddziałują one na wszystkie zmysły. Głównymi bohaterami powieści są Ben Atkins, naukowiec i pracownik Instytutu Badawczego oraz Arnike Schultz - sportsmenka, która bierze udział w projekcie głównie ze względu na swą popularność. Oboje stawiają pierwsze kroki w zupełnie nowej rzeczywistości, która po pewnym czasie wciąga ich do tego stopnia, że nie są w stanie oddzielić prawdziwego życia od fikcji. 

,,Wszędzie, gdzie byłem, widziałem, że bogowie służyli władcom jako usprawiedliwienie i aby łatwiej im było panować nad ludem. Nasze przodkinie postanowiły, że nie potrzeba nam władców. Że to Matka Ziemia i siły natury rządzą światem, a co ludzie czynią, jest ludzkie i od ludzi pochodzi.''


Samo słowo immersja ma całkiem niejasne znaczenie, jednakże można je przetłumaczyć jako zanurzenie. Jednakże dla graczy oznacza ono wsiąkanie w świat gry - zanurzamy się w fabule, zapominamy o tym, co tak naprawdę dzieje się wokół nas, tracimy poczucie czasu oraz czujemy się częścią wirtualnej rzeczywistości. Ów słowo nieprzypadkowo pojawiło się w tytule - dla osoby zorientowanej jest źródłem informacji na temat fabuły, dla lajka - nie lada zagadką. Jako że ja należałam do tej drugiej grupy, tematyka debiutanckiej powieści Pola okazała się być niespodzianką. Przypuszczałam, że będzie to science-fiction, jednakże jak często zaznaczam - omijam opisy książek, także nie miałam pojęcia o tym, co tak naprawdę kryło się w środku. Zdziwiłam się, gdy najpierw zostałam rzucona w przyszłość, a następnie w daleką - naprawdę daleką przeszłość. Choć koncepcja MVR brzmi nierealnie, to biorąc pod uwagę ekspansywny rozwój technologiczny, takie cudo mogłoby kiedyś powstać i zapewne jego odbiorcy mogliby zareagować na to podobnie jak bohaterowie książki. Zatraciliby się w wirtualności. Granica pomiędzy prawdą a fikcją w końcu zostałaby zatarta. 


Świat stworzony przez Ericka Pola, to miejsce gdzie poziom rozwoju technologicznego z silnym naciskiem na informatykę, przeszedł nasze ówczesne oczekiwania. Za pomocą opaski umieszczonej na czole, kontrolujemy różne aspekty naszego życia - te większe, jak dom czy niemalże rzeczywista komunikacja ze znajomymi, oraz te mniejsze - zamawianie jedzenia, przeglądanie sieci. Właściwie sama sieć ma wymiar wręcz rzeczywisty - jest ogromna, pozwala na znacznie więcej.  Bardzo żałuję, że autor tak mało zwrócił uwagę na świat właściwy bohaterom. Właściwie większość akcji dzieje się w odległej przeszłości, a tego futuryzmu dostajemy niestety mało. MVR to nowość na rynku, która wywołuje furorę - zarówno w kwestiach czysto naukowych: dzięki niemalże fizycznej podróży do antycznej Grecji można odkryć wiele cennych informacji na temat życia naszych przodków; turystycznych - kosmiczne podróże to nic nowego, co więc powiecie na prawdziwe podróże w czasie?; czy wojskowych - antyczna Grecja może posłużyć jako miejsce szkolenia najlepszych komandosów. Niestety, interesują się nią nie tylko dobrzy ludzie, ale i ci źli. Jak wcześniej wspomniałam, autor poświęca swą uwagę głównie na Grecję, Fajstos. Mamy tutaj bardzo dużo opisów tamtejszej kultury, przyrody oraz wyglądu i funkcjonowania miast, a co za tym idzie: społeczeństwa - głównie kobiecego, wierzącego w Matkę Ziemię oraz wszędobylskie Zasady. Kreacja bohaterów wypadła raczej średnio, ponieważ byli oni - jak dla mnie - mało wyraziści. Przytłaczało ich imponujące tło wydarzeń. Pomimo prawie sześciuset stron nie zapałałam większą sympatią do żadnego z nich - choć Arnike całkiem polubiłam. Początek wciąga, ale od trzy-setnej strony Pol ewidentnie zboczył z dobrej ścieżki, na którą później udaje mu się wrócić. Zakończenie powieści sugeruje, że możemy spodziewać się części drugiej, której jestem całkiem ciekawa. Całość oceniam jako 6,5/10 i nie ukrywam, iż mam nadzieję, że kolejna część będzie nieco lepsza, ponieważ jest tutaj potencjał i szkoda by było, gdyby się zmarnował. 

* opis wydawcy


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!



niedziela, 12 sierpnia 2018

150. Łzy Mai, Martyna Raduchowska

Po lekturze Szamanki od umarlaków i Demona Luster wyrobiłam sobie zdanie na temat pióra Martyny Raduchowskiej - uznałam je za bardzo dobre i myliłam się, ponieważ jest... wspaniałe! Jak zapewne już się domyślacie, ta recenzja będzie aż ociekała ochami i achami, na które serdecznie was zapraszam. 

Martyna Raduchowska urodziła się w 1987 roku we Wrocławiu, z którym jest związana również sercem. Aktualnie mieszka w Warszawie. Ukończyła psychologię i kryminologię na Uniwersytecie Aberystwyth, neurobiologię poznawczą na Uniwersytecie York oraz psychologię śledczą - Uniwersystet SWPS. Z zamiłowaniem profiluje osoby zaginione i sprawców zbrodni, oraz zgłębia tajniki ludzkiego mózgu. W literackim świecie porusza się w sferze fantastyki. Napisała kilka opowiadań, powieści urban fantasy: Szamanka od umarlaków (2011), Demon Luster (2014) oraz cyberpunkowy kryminał Łzy Mai (2015),  za który otrzymała Nagrodę Literacką Kwazar. Pisze i pracuje jako scenarzystka w studiu CD PROJEKT RED. 

W New Horizon androidy nie śnią o elektrycznych owcach. 
One marzą o reinforsynie. 

W latach 30. XXI wieku technologia jest wszechobecna. Sztuczne organy, implanty, domózgowe wszczepy – ludzkie ciało i umysł można upgrade’ować wedle uznania. Jeżeli oczywiście kogoś na to stać. Biednym pozostaje jedynie reinforsyna. Dla ludzi to geniusz w pigułce. Dla androidów zaś – szansa na odczuwanie emocji. Nie wszyscy są entuzjastami technologii. Na pewno nie Jared Quinn, porucznik wydziału zabójstw. Na pewno nie po Buncie, w trakcie którego zdradziła go jego własna replikantka, Maya. Gdy wraca do pracy w policji, ma zasadę: żadnych cyborgów, żadnych androidów. Nie w jego zespole. Tymczasem po New Horizon grasuje zabójca nieuchwytny dla policyjnych systemów. Dla Quinna to jak wygrana na loterii – powrót do tradycyjnych metod śledczych. Ofiarą jest młoda kobieta. Widział ją już. W swoich koszmarach. Czyżby to on był mordercą?


Łzy Mai to cyberpunkowy kryminał, który miał swoją premierę w 2015 roku pod tytułem Czarne światła: Łzy Mai a wydany został przez Fabrykę Słów. 4 lipca, czyli całkiem niedawno, wydawnictwo Uroboros wypuściło na rynek wznowienie powieści w przepięknej oprawie graficznej. Łzy Mai to zaledwie początek, wstęp do najnowszej powieści Raduchowskiej - Spektrum, która ukaże się w IV kwartale 2018 roku. W Szamance od umarlaków miałam okazję poznać pióro Martyny Raduchowskiej - zabawne, swobodne w formie, wyraziste. Łzy Mai prezentują zupełnie inne oblicze jej warsztatu - mroczne i tajemnicze. Zawartość książki bardzo mnie zaskoczyła, ponieważ sądziłam, że główną bohaterką będzie tytułowa Maya, replikantka, a tymczasem głównym bohaterem jest porucznik Jared Quinn, który jako jedyny przeżył masakrę w siedzibie firmy Beyond Industries. Mężczyzna przeżył dzięki wysokorozwiniętej technologii, która została zamontowana w jego organizmie. Quinn to człowiek walczący z własną traumą, pełen niepewności i lęków, które kryje głęboko w sobie. Niewielu wpuszcza do swojego świata, bowiem poznał smak zdrady zarówno ze strony żony, jak i byłej partnerki w wydziale zabójstw, tytułowej Mai. Maya z prawej ręki porucznika Jareda Quinna stała się jego nemezis - przekleństwem, nieobecnym wrogiem. 

Jeśli udajesz kogoś, kim nie jesteś, to znaczy, że masz coś do ukrycia i nie kierują Tobą uczciwe zamiary.


Od pierwszego rozdziału czuć wyraźny i mroczny klimat suspensu, niedopowiedzeń. Czytelnik, podobnie jak Jared Quinn, błądzi, szuka odpowiedzi na nurtujące go pytania. Wypatruje w tłumie wielkiej nieobecnej: Mai. Kilkakrotnie zerkałam na okładkę sprawdzając nazwisko autora - byłam i wciąż jestem zafascynowana metamorfozą pióra Martyny Raduchowskiej. Moi drodzy, jeżeli czytaliście Szamankę od umarlaków i planujecie sięgnąć po Łzy Mai, do czego każdego z was gorąco zachęcam, to przygotujcie się na nie mały szok, ponieważ Raduchowska w swoim cyberpunkowym kryminale pokazała zupełnie inne oblicze swych umiejętności. Jak zwykle zostałam zauroczona pomysłowością i niezwykle plastycznym piórem, oraz niesamowicie polubiłam porucznika Jareda Quinna. Bardziej lubię książki, w których głównym bohaterem jest kobieta (zupełnie nie wiem dlaczego), przez co nieco obawiałam się męskiego przewodnika po futurystycznym świecie, ale Quinn przerósł moje oczekiwania. Jest to postać niezwykle wyrazista, stworzona z rozmysłem i z pomysłem, nieszablonowa, pełna tajemnic. Wprost nie mogłam się doczekać poznania tytułowej Mai - przez całą książkę czułam jej obecność nawet pomimo tego, że fizycznie w książce nie była obecna. 


Świat Łez Mai pomimo wszechobecnej wysokorozwiniętej technologii ma mocne korzenie w rzeczywistości, która nas otacza. Technologia, jaką operują mieszkańcy futurystycznego miasta New Horizon powstała w oparciu o naukowe przesłanki, dzisiejsze innowacje i prototypy. Nie są to gadżety i urządzenia z kosmosu, lecz rzeczy, które być może za kilkanaście lat będą dostępne na naszym rynku. Martyna Raduchowska zanim zabrała się za pisanie, poświęciła sporo czasu na przygotowanie się do stworzenia futurystycznej wizji świata, przeprowadzając imponujący research. Pracę, jaką autorka włożyła w powstanie tej książki widać na każdej stronie. Nagroda literacka Kwazar, jaką został wyróżniony cyberpunkowy kryminał jest jak najbardziej zasłużona. Autorka stworzyła świat rządzący się naszymi zasadami, między innymi: kto bogatemu zabroni. Futurystyczne uniwersum, w którym ludzie i cyborgi żyją obok siebie. Niestety, wysokorozwinięta technologia zaczyna przejmować kontrolę nad stwórcą, buntować się - walczyć o prawo do człowieczeństwa, do emocji. Cyborg nie chce tylko być stworzony na wzór człowieka. On chce być człowiekiem.

,,...zdolna do uczuć przestanę racjonalnie myśleć. Zacznę kłamać i kwestionować rozkazy. Stanę się zbyt nieprzewidywalna, omylna, nieposłuszna. Zbyt ludzka. Zaprojektowaliście mnie, bym jak najlepiej przypominała człowieka, sprawiliście, bym niczego nie pragnęła bardziej, a jednocześnie odmawiacie mi jedynej rzeczy, która może uczynić mnie jedną z was."

Łzy Mai to książka, która kompletnie mnie zaskoczyła. Nie sądziłam, że Raduchowska w cyberpunkowej, futurystycznej odsłonie tak bardzo mi się spodoba. Z niecierpliwością czekam na drugi tom serii Czarne światła, tuląc do siebie Łzy Mai. Spektrum na rynku pojawi się wczesną jesienią, także kolejny raz zachęcam was do sięgnięcia po tę książkę! 10/10 - majstersztyk! 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!

niedziela, 7 stycznia 2018

84. Diabolika, S.J. Kincaid

Nowa seria autorki Insygni. Wojny Światów. Jedna z ciekawszych pozycji z gatunku młodzieżowego science-fiction 2017 roku, oraz książka, która pojawiła się w moim must-readzie na rok 2018.

Przyszłość. Ludzie opanowali kosmos - zaludnili obce planety i stworzyli statki, na których prowadzą życie niemalże na wzór planetarnego. Podzielili się również na helioników - osoby wierzące w Kosmos jako boską, myślącą jednostkę, odpowiedzialną za stworzenie rodzaju ludzkiego; oraz heretyków - ludzi wierzących w Boga i siłę nauki. Helionizm odrzuca naukę, nie pozwala na dostęp do niej, bowiem przeczy ona wierze w Kosmos - żywą jednostkę. Niestety, wiara ta jest popierana przez władzę, a wszystkie osoby nie zgadzające się z nią są unicestwiane. Nadchodzą ciężkie czasy: technologia, dzięki której ludzkość może żyć w kosmosie zaczyna powoli upadać. Urządzenia psują się, a przez fakt, iż dostęp do wiedzy jest zakazany nikt nie potrafi naprawić elementarnych mechanizmów.

Jednym z technologicznych osiągnięć są Diaboliki - bioniczne istoty wykonane na wzór człowieka. Ich zadaniem jest zabijać w obronie człowieka, dla którego zostały stworzone. Nemezis jest jedną z nich. Należy do Sydonii Impirian, córki senatora, który jest uznawany za heretyka. Impirianowie żyją w odosobnieniu, a kontakt z grandecją utrzymują wyłącznie za pomocą komputerowych awatarów na forach społecznościowych. Sydonia i Nemezis są jak siostry, łączy je silna więź emocjonalna. Niemalże każdą chwilę spędzają razem. Wszystko się zmienia, gdy Sydonia otrzymuje rozkaz przybycia do Chryzantemum - lokalizację zbudowaną z tysięcy statków kosmicznych na kształt kwiatu, od którego powstała nazwa: chryzantemy. Nemezis musi wcielić się w rolę swej pani, by móc ją ocalić.

,,Nie zamierzałam tak po prostu zniknąć w pustce, jakbym nigdy nie istniała. Nie zamierzałam pogodzić się z tym, że jestem kimś gorszym od ludzi tylko dlatego, że tak mnie zaprojektowali."

Początkowo nie mogłam odnaleźć się w fabule Diaboliki, lecz gdy tylko wciągnęłam się w treść, to nie mogłam przestać czytać. Autorka gwałtownie wrzuca czytelnika w zupełnie obcy świat, rządzący się innymi prawami i zasadami, zaskakuje pomysłowością oraz łatwością przekazu tak wielu informacji. Plusem tej powieści jest Nemezis - humanoid obdarzony nadludzką siłą, nie mający prawa przejawiać ludzkich uczuć, zachowań, reakcji... jednakże w Nemezis jest coś więcej: jakaś boska iskra kształtująca jej człowieczeństwo. Kincaid nie tylko skupiła się na głównej bohaterce, lecz na każdej osobie pojawiającej się w powieści - wszyscy są pełni charakteru, wyraziści, zindywidualizowani. Na szczególną uwagę zasługuje również Tyrus - jego postać była rewelacyjna! Natomiast świat... cóż, świat wykreowany przez S.J. Kincaid zauroczył mnie. Odległa przyszłość, a ludzie nie nauczyli się nic na swoich błędach: tak samo rządni władzy, zaślepieni pieniędzmi, pochłonięci samouwielbieniem. 

,, - Cesarz chce, żebym posłała swoje niewinne jagniątko na rzeź. Niedoczekanie. Zamiast tego przyślę mu swoją anakondę."

Choć Diabolika nie jest jakoś specjalnie obszerna (412 s.), to ogromnie wiele się w niej dzieje. Mamy masę zwrotów akcji, fabułę, która nie pozwoli czytelnikowi odczuć nudy. Tak jak wcześniej wspomniałam, Nemezis podbiła moje serce. Jej walka o człowieczeństwo, niezłomność i pierwsze kroki w byciu człowiekiem - kiełkujące uczucia, emocje, reakcje, do których nie miała prawa będąc tylko humanoidem... Diabolika to mroczna i intrygująca wizja przyszłości, która - kto wie - może się spełnić. Zdumiały mnie, rozśmieszyły i nieco przeraziły zabiegi służące poprawie urody mieszkańców Chryzantemum. Czyż nie do tego właśnie dążymy? Grandecja - wpływowi i bogaci mieszkańcy uniwersum zostali przedstawieni jako osoby zepsute,  nie łaknące wiedzy, konsumpcjoniści i materialiści.

Podsumowując, Diabolika początkowo mnie przytłoczyła, a później całkowicie pochłonęła. Jestem pewna, że gdy tylko na polski rynek trafi druga część serii - która niedawno pojawiła się na zagranicznym rynku pod tytułem The Empress - od razu po nią sięgnę. To jedno z lepszych science-fiction, z jakim miałam do czynienia. 

czwartek, 20 lipca 2017

57. Widmowa Kraina, Patrick Lee

Widmowa Kraina to kolejna książka, która wpadła w moje ręce przypadkowo - ot, takie tam znalezisko w koszu z tanimi książkami. Skusiła mnie notka od wydawcy - dla fanów Deana Koontza i serialu "Z Archiwum X". 

Patrick Lee to amerykański autor znany głównie z serii o Travisie Chase. Do tej pory wydał pięć książek. 
Z podziemnego tunelu w Wyoming, gdzie przed laty przeprowadzono nieudany eksperyment, co jakiś czas wydostają się tajemnicze obiekty, wytwory nieznanej technologii. Dwa z nich, bliźniacze cylindry, umożliwiają przejście w przyszłość i – co ważniejsze – powrót. Paige Campbell i naukowcy z korporacji Tangent decydują się na tę podróż w czasie i odkrywają coś przerażającego.

Nie czytałam pierwszej części. Niestety, jestem osobą, która decyduje się na kupno książki w minutę bądź dwie i właściwie o fakcie, iż Widmowa Kraina jest częścią trylogii nie miałam pojęcia. Dwie części są dostępne na polskim rynku, natomiast Deep Sky jedynie w wersji oryginalnej. Techno-thriller, science-fiction... raczej rzadko sięgam po tego typu książki, ale te, które do tej pory przeczytałam wspominam pozytywnie. 

Tangent to tajna organizacja, która objęła swoją kuratelą Szczelinę - tajemniczą anomalię fizyczną zlokalizowaną w stanie Wyoming (USA), z której wydostają się wcześniej wspomniane obiekty. Ów obiekty są tworzone przez technologię nieznaną ludzkości. Każdy obiekt ma specyficzne, unikatowe zastosowanie. Niektóre są przydatne, inne nie. Wcześniej wspomniane cylindry okazują się być portalem do przyszłości... przyszłości przedstawiającej koniec ludzkości. Opuszczone miasta, tysiące porzuconych samochodów, lotniska zapchane ludzkimi szczątkami... Co doprowadziło do tej tragedii? Travis Chase, Paige Campbell oraz Bethany Stewart muszą szybko dotrzeć do prawdy i powstrzymać upadek Stanów Zjednoczonych, w innym wypadku przyszłość stanie się faktem dokonanym. 

Nieznajomość pierwszego tomu cyklu nie przeszkodziło mi zbytnio w czytaniu. Na samym początku książki autor umieścił fikcyjny dokument - Dekret Prezydencki, w którym wytłumaczone jest czym są Szczelina, Tajemnicze Obiekty, Miasteczko Graniczne, itd. Jest to ogromne ułatwienie dla czytelników. Już na samym początku wspomnę, iż książka przesączona jest akcją. Mamy tu strzelaninę za strzelaniną - autor chyba lubi rozwałki. Ja, niestety, niezbyt. Chyba oczekiwałam od tej powieści czegoś innego. Mniej nabojów, więcej odkrywania nieznanego świata z przyszłości, korzystania z możliwości obiektów ze Szczeliny. Patrick Lee charakteryzuje się bogatą wyobraźnią. Pomysł jest świetny, lecz nie mogę powiedzieć tego samego o jego realizacji. Początek książki był nudny, środek - świetny, ostatnie sto stron to nic ciekawego, choć właśnie to powinien być moment, w którym powietrze aż skrzy od emocji. Mimo to, autorowi udało się zbudować klimat post-apokaliptycznego świata. Ale po co ten wątek romantyczny wciśnięty na siłę? Mamy tu tajemnicę, strzelaninę goniącą strzelaninę, zbliżającą się wielkimi krokami apokalipsę - nie potrzebujemy tu scen łapania się za ręce. Tu trzeba łapać się za robotę. Niestety, nie udało mi się polubić praktycznie żadnego z bohaterów. Paige to irytująca kobieta, Travis Chase zbyt niewyraźnie zarysowany, by można było powiedzieć o nim coś konkretnego. Jedynie Bethany wnosi nieco życia do tej powieści. Nieco - bo jej postać w pewnym momencie odchodzi na drugi plan.  

Mroczna Kraina rozczarowała mnie. Natłok użycia broni w tej powieści zbił mnie z z pantałyku. Choć akcja pędziła jak szalona, to miejscami miałam wrażenie, że nie dzieje się nic... Autor za mało poświęcił temu, co najlepsze w tej powieści - apokaliptycznemu światu odkrytemu za pomocą cylindrów. Potencjał tej powieści nie został w pełni wyczerpany. Szkoda, bo mogło być świetnie. 

Książkę mogę polecić osobom lubiącą akcję, szalone pościgi, wyścig z czasem i szczęk spadających łusek nabojów.  

wtorek, 18 lipca 2017

56. Transplantacja, Scott Sigler

Z niektórymi książkami, które przeczytałam dawno temu mam tak, iż dopiero po pewnym czasie w moim umyśle ustanawia się kompletna opinia na ich temat. Transplantacja to książka, którą przeczytałam kilka lat temu, a którą recenzuję dopiero teraz. Nie ukrywam, że musiałam odświeżyć sobie fabułę oraz bohaterów. Ze względu na to, iż na blogu w ostatnim czasie pojawiała się praktycznie sama klasyka postanowiłam troszkę ubarwić tematykę i tak też wkroczyliśmy w sferę science-fiction, technologicznego thrilleru przedstawiającego to, jak rozwój techniki potrafi przejąć kontrolę nad człowiekiem.

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze oraz tak ogromne zainteresowanie poprzednim postem.

Scott Sigler to amerykański autor science-fiction oraz literatury grozy. Swoją sławę zdobył w dosyć niezwykły sposób - najpierw został zauważony przez czytelników, dopiero później przez wydawcę. Jego twórczość była systematycznie udostępniana na portalach społecznościowych. Sigler tworzył prozę, samodzielnie nagrywał do nich audiobooki i udostępniał je zupełnie za darmo swoim czytelnikom w radiu i internecie. Jego fani nazywają siebie Junkies - ćpunami. Dlaczego? Sprawdźmy!

Zabawa w Boga może skończyć się tragicznie,
zwłaszcza jeśli w grę wchodzą pieniądze...

Transplantacja to książka, którą kupiłam przypadkowo - za namową pewnej osoby. Przyznam się, iż nie sądziłam, że ta książka w ogóle mi się spodoba. A jednak! Zawsze zwracam uwagę na oryginalny tytuł powieści i staram się domyślić co nasi polscy tłumacze mieli na myśli. W tym przypadku oryginalny tytuł brzmi Ancestor - Przodek (tłumaczenie dosłowne). Z kolei my otrzymaliśmy Transplantację. Zgodzę się z osobami, które uważają, iż polskie tłumaczenie choć odbiegające od pierwowzoru jest trafne. Przejdźmy teraz do fabuły. Akcja powieści ma miejsce w tajnej placówce badawczej na Grenlandii, w której to pracownicy Genady - grupa niezwykle uzdolnionych osób, próbuje stworzyć neutralne immunologicznie organizmy, aby następnie wykorzystać je jako dawcy organów. Już sama notka od wydawcy, którą umieściłam w poście świadczy o tym, iż zabawa w Boga zazwyczaj kończy się fatalnie. I tak też stało się tym razem. Pozornie bezpieczny eksperyment wymyka się spod kontroli. Teraz pracownicy Genady muszą walczyć nie tylko o swoje życie, ale i o to, by to co udało im się wyhodować, nie przedostało się poza teren ośrodka badawczego.

Naukowcy chcieli stworzyć coś, co przysłużyłoby się całej cywilizacji ludzkiej. W efekcie uzyskali twór skrajnie zły, głodny - twór, który nie da się opanować, kontrolować, zatrzymać... 

Choć fabuła i sama klasyfikacja gatunku brzmi ciężko, to powieść Siglera jest niezwykle łatwa w odbiorze - miejscami zabawna, ubarwiona ciekawymi osobowościami. Mroźny klimat Grenlandii, nieetyczne czyny naukowców oraz rozterki pracowników Genady udzielają się czytelnikowi. Przenoszą go w zupełnie inny - naukowy świat. Nie bójcie się naukowego żargonu, choć tu znajdziecie go całą masę - Scott Sigler wspaniale buduje dialogi. Są one naturalne, wręcz piszą się same. Fabuła wciąga - i to naprawdę mocno! Aż chce się czytać. Każdy rozdział opisany jest datami. Śledzimy poczynania bohaterów, ich każdy krok. Momentami przenosimy się do chaotycznego umysłu tworu naukowców. Największym atutem tej książki jest fakt, iż jest ona niesamowicie dopracowana. Momentami wyobrażam sobie autora trzymającego w dłoni wagę, niczym mitologiczna Temida, za pomocą której wywarza każdy element historii z niebywałą starannością.

Udana ekranizacja Transplantacji mogłaby stać się hitem kinowym. Pisząc udana mam na myśli taka, która będzie sztywno trzymała się fabuły książki. Tu nie potrzeba już niczego dodatkowego. Polecam!


poniedziałek, 7 lipca 2014

7. Monument 14: Odcięci Od Świata, Emmy Laybourne



         Jestem przekonana, że na pewno nie jednemu z was podczas zakupów w TESCO bądź Carrefourze, kiedy staliście tak przed półką ze słodyczami i zastanawialiście się co wybrać, przeleciała kiedyś przez głowę myśl, jak to jest zostać zamkniętym w supermarkecie? Właśnie to przydarza się bandzie nastolatków i dzieciaków w książce Monument 14: Odcięci od Świata - brzmi całkiem jak materiał na komedie rodzinną, czyż nie? Tyle że… nie znaleźli się tam przez przypadek, tylko dlatego, że świat zwariował i pogrążył się w totalnym chaosie. Mamy rok 2024. Przez kulę ziemską niczym domino przechodzi szereg kataklizmów: wybuch wulkanu, tsunami - przepraszam, MEGATSUNAMI - grad, który pod względem wielkości wcale nie przypomina gradu, lecz zbite kawały lodu, a na sam koniec, jakby tego jeszcze było mało, z NORAD-u w Kolorado - tajnego ośrodka wojskowego wydostaje się broń chemiczna oddziałująca na ludzi względem grupy krwi. Jedni stają się agresywni, wręcz żądni krwi, drudzy dostają paranoi, trzeci zabójczej wysypki, a jeszcze inni tylko problemy z płodnością. Całkiem uroczo. Sklep, a mianowicie Greenway szybko staje się dla grupy uczniów nie tylko schronieniem, ale i więzieniem. Nie mogą się wydostać, nie mają pojęcia co dzieje się na zewnątrz, czy ich rodzina i przyjaciele uszli z życiem. Jedynym źródłem informacji jest stary telewizor. Dla szóstki licealistów, dwójki gimnazjalistów i szóstki mniejszych dzieciaczków nastały naprawdę ciężkie chwile, w których muszą połączyć siły, stać się czymś w rodzaju rodziny, by móc przetrwać wspólnie pod jednym dachem. Nie jest to jednak łatwym zadaniem. Każdy ma bowiem inny charakter, a fakt, iż wylądowali razem uwięzieni w sklepie wcale nie czyni ich przyjaciółmi.
         Historię opowiada nam licealista, Dean. Nie jest on gwiazdą futbolu, bystrzakiem, ani popularnym dzieciakiem. To zwykły szarak. Naprawdę zwykły dzieciak, któremu dużo brakuje do bycia cool. Właściwie jego młodszy brat, Alex, jest już bardziej cool. Ogromnie spodobało mi się, że autorka bardzo ładnie to ukazała. Czytając Monument 14: Odcięci Od Świata mi samej udawało się nie zauważać głównego bohatera. W książce nie natknięcie się na jego monologi wewnętrzne, jedynie krótkie myśli. A jednak polubiłam Deana. Nie wiem jak to się nawet stało, ale całkiem przyjemny z niego gość. Zostaje on taki sam, nie zmienia się nagle w złotego chłopca. Co do innych bohaterów: bez trudu udało mi się ich podzielić na tych, których lubię oraz tych, których wręcz nienawidzę. Najbardziej za skórę zaszła mi Sahalia. Błagam, zróbcież coś z tą dziewuchą, bo inaczej sama ją sprzątnę. Kilku bohaterów zdobyło moją sympatię dopiero w połowie lektury, na przykład Batiste (i jego Nie wzywajcie imienia Pana Boga na daremno!) czy Brayden. Kreacja postaci okazała się być jak najbardziej na plus.
         Emmy Laybourne zaprezentowała nam niezwykłą przygodę czternastu młodych osób, które w niezwykle dojrzały sposób stanęły naprzeciw tak olbrzymiej tragedii. Pomimo różnic w charakterach i poglądach udało im się połączyć siły, stworzyli swój własny chwilowy dom, bezpieczne miejsce, odizolowane od niebezpieczeństw świata zewnętrznego, a jednocześnie będące w samym ich środku. Dom, w którym starsi opiekują się młodszymi, każdy ma swoje zadanie i wie co należy robić, a czego nie. Jednak wcale a wcale nie przychodzi to z łatwością. Zdarzają się bójki, sprzeczki, bunty - w końcu to młodzi, pełni energii i pasji ludzie!
         Bohaterowie to ludzie tacy jak my, bojący się o jutro - o to, iż ich świat już nigdy nie będzie taki sam. Przechodzą przemiany wewnętrzne, starają się zintegrować z grupą, starają się być silni - upadają ale za każdym razem dzielnie się podnoszą, pomagając sobie nawzajem. To coś, co warto docenić - coś, czym warto się kierować nie tylko w sytuacjach krytycznych.  
         Monument 14: Odcięci od Świata jest zarazem debiutem literackim jak i pierwszą częścią serii. Kurczę, jak to się dzieje, że ostatnio spotykam się z samymi tak dobrymi debiutami? Książka wydaje się być niezwykle realna - przede wszystkim autentyczność języka. Nie jestem fanką slangu w książkach - po prostu zbyt dużo słyszę tego między znajomymi, w mieście, ale pani Laybourne naprawdę udało się wykreować język młodzieżowy w wyważony sposób, dzięki któremu umila on lekturę. Tak jak wspominałam wcześniej: przyjemna narracja, ciągła akcja - nie ma nudy. Od początku do końca książkę czyta się z zapałem, płomyczkiem w oczach - a przynajmniej u mnie się pojawił.
         Właściwie już pierwszy akapit trafił w moje serce. Uświadomił mi jak kruche jest nasze życie, poczucie bezpieczeństwa i samo bezpieczeństwo ludzi - uświadomił, że nasze życie może diametralnie się zmienić w ciągu kilku krótkich sekund. Jeden trzask, stuk, błysk i możemy się znaleźć pośrodku piekła. Książka ta bezsprzecznie wychyla się ponad przeciętność i mam szczęście móc ją mieć na swojej półce. Gdy skończyłam czytać Monument 14: Odcięci od Świata nie miałam pojęcia co napiszę o tej książce - naprawdę. Ale gdy zaczęłam, słowa popłynęły zupełnie same. Niesamowite. Jak zwykle na sam koniec muszę zachwycić okładką - jest piękna. No i jeszcze ta przecudna dwustronicowa, rozkładana mapka Greenwaya w środku! No, Rebisku. Teraz wyczekuję drugiej części (Monument 14: Niebo w Ogniu) na rynku!





książce przyznaję 7/10

za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Rebis