Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

piątek, 11 lipca 2014

Stosik #2 (lipcowy)

Witam wszystkich! Ależ ten czas szybko mija - mamy już lipiec, który u mnie raz jest upalny, a raz deszczowy. Niestety dziś jest deszczowy. No ale cóż, trzeba jakoś przetrwać. Choć właśnie taka pogoda sprzyja czytaniu książek. Zresztą, każda pogoda jest dobra do czytania książek, dlatego przygotowałam dla was, jak i dla mnie stosik książek, które zakupiłam w niedawnym czasie, oraz które zamierzam przeczytać w tym miesiącu - ale raczej aż tyle mi się nie uda pochłonąć. Niestety inne obowiązki... więc - przy akompaniamencie cudownego głosu Rebecci Ferguson (której twórczość wszystkim polecam) oraz Palomy Faith (również polecam) prezentuję moje lipcowe plany czytelnicze:


od góry:
Moira Young, Krwawy Szlak - zakup własny, [recenzja]
Sara Shepard, Rozpalone - zakup własny, [recenzja]
Sarah Lotz, Troje - zakup własny
Graham Masterton, Dżinn - zakup własny
Graham Masterton, Dziecko Ciemności - zakup własny
Maggie Stiefvater, Lament - zakup własny
Dean R. Koontz, Szepty - zakup własny
Emmy Laybourne, Monument 14: Odcięci Od Świata - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Rebis, [recenzja]
Stephen King, Christine - zakup własny
Samantha Shannon, Czas Żniw - zakup własny 

No jak już mówiłam - jestem uzależniona od kupowania książek i zazwyczaj kupuję na raz po 2-3, więc stąd aż tyle ich się wzięło w ostatnim czasie. Chyba najbardziej jestem zadowolona z „Christine”. Zamówiłam ten egzemplarz z warszawskiego antykwariatu i jestem ogromnie zadowolona. Cena była niska a stan książki jest taki, jak wspominali, czyli dobry. Poza tym, jestem ogromną fanką twórczości Kinga, także miło mieć już którąś tam jego książkę w mojej prywatnej biblioteczce. Zaczynam również przygodę z Grahamem Mastertonem - również tworzy on literaturę grozy, czyli coś co lubię. Aktualnie czytam „Dżinna” i jestem całkiem zadowolona, ale o tym więcej w kolejnym poście. 

Którą książka przyciągnęła Waszą uwagę? A może już czytaliście którąś?

poniedziałek, 7 lipca 2014

7. Monument 14: Odcięci Od Świata, Emmy Laybourne



         Jestem przekonana, że na pewno nie jednemu z was podczas zakupów w TESCO bądź Carrefourze, kiedy staliście tak przed półką ze słodyczami i zastanawialiście się co wybrać, przeleciała kiedyś przez głowę myśl, jak to jest zostać zamkniętym w supermarkecie? Właśnie to przydarza się bandzie nastolatków i dzieciaków w książce Monument 14: Odcięci od Świata - brzmi całkiem jak materiał na komedie rodzinną, czyż nie? Tyle że… nie znaleźli się tam przez przypadek, tylko dlatego, że świat zwariował i pogrążył się w totalnym chaosie. Mamy rok 2024. Przez kulę ziemską niczym domino przechodzi szereg kataklizmów: wybuch wulkanu, tsunami - przepraszam, MEGATSUNAMI - grad, który pod względem wielkości wcale nie przypomina gradu, lecz zbite kawały lodu, a na sam koniec, jakby tego jeszcze było mało, z NORAD-u w Kolorado - tajnego ośrodka wojskowego wydostaje się broń chemiczna oddziałująca na ludzi względem grupy krwi. Jedni stają się agresywni, wręcz żądni krwi, drudzy dostają paranoi, trzeci zabójczej wysypki, a jeszcze inni tylko problemy z płodnością. Całkiem uroczo. Sklep, a mianowicie Greenway szybko staje się dla grupy uczniów nie tylko schronieniem, ale i więzieniem. Nie mogą się wydostać, nie mają pojęcia co dzieje się na zewnątrz, czy ich rodzina i przyjaciele uszli z życiem. Jedynym źródłem informacji jest stary telewizor. Dla szóstki licealistów, dwójki gimnazjalistów i szóstki mniejszych dzieciaczków nastały naprawdę ciężkie chwile, w których muszą połączyć siły, stać się czymś w rodzaju rodziny, by móc przetrwać wspólnie pod jednym dachem. Nie jest to jednak łatwym zadaniem. Każdy ma bowiem inny charakter, a fakt, iż wylądowali razem uwięzieni w sklepie wcale nie czyni ich przyjaciółmi.
         Historię opowiada nam licealista, Dean. Nie jest on gwiazdą futbolu, bystrzakiem, ani popularnym dzieciakiem. To zwykły szarak. Naprawdę zwykły dzieciak, któremu dużo brakuje do bycia cool. Właściwie jego młodszy brat, Alex, jest już bardziej cool. Ogromnie spodobało mi się, że autorka bardzo ładnie to ukazała. Czytając Monument 14: Odcięci Od Świata mi samej udawało się nie zauważać głównego bohatera. W książce nie natknięcie się na jego monologi wewnętrzne, jedynie krótkie myśli. A jednak polubiłam Deana. Nie wiem jak to się nawet stało, ale całkiem przyjemny z niego gość. Zostaje on taki sam, nie zmienia się nagle w złotego chłopca. Co do innych bohaterów: bez trudu udało mi się ich podzielić na tych, których lubię oraz tych, których wręcz nienawidzę. Najbardziej za skórę zaszła mi Sahalia. Błagam, zróbcież coś z tą dziewuchą, bo inaczej sama ją sprzątnę. Kilku bohaterów zdobyło moją sympatię dopiero w połowie lektury, na przykład Batiste (i jego Nie wzywajcie imienia Pana Boga na daremno!) czy Brayden. Kreacja postaci okazała się być jak najbardziej na plus.
         Emmy Laybourne zaprezentowała nam niezwykłą przygodę czternastu młodych osób, które w niezwykle dojrzały sposób stanęły naprzeciw tak olbrzymiej tragedii. Pomimo różnic w charakterach i poglądach udało im się połączyć siły, stworzyli swój własny chwilowy dom, bezpieczne miejsce, odizolowane od niebezpieczeństw świata zewnętrznego, a jednocześnie będące w samym ich środku. Dom, w którym starsi opiekują się młodszymi, każdy ma swoje zadanie i wie co należy robić, a czego nie. Jednak wcale a wcale nie przychodzi to z łatwością. Zdarzają się bójki, sprzeczki, bunty - w końcu to młodzi, pełni energii i pasji ludzie!
         Bohaterowie to ludzie tacy jak my, bojący się o jutro - o to, iż ich świat już nigdy nie będzie taki sam. Przechodzą przemiany wewnętrzne, starają się zintegrować z grupą, starają się być silni - upadają ale za każdym razem dzielnie się podnoszą, pomagając sobie nawzajem. To coś, co warto docenić - coś, czym warto się kierować nie tylko w sytuacjach krytycznych.  
         Monument 14: Odcięci od Świata jest zarazem debiutem literackim jak i pierwszą częścią serii. Kurczę, jak to się dzieje, że ostatnio spotykam się z samymi tak dobrymi debiutami? Książka wydaje się być niezwykle realna - przede wszystkim autentyczność języka. Nie jestem fanką slangu w książkach - po prostu zbyt dużo słyszę tego między znajomymi, w mieście, ale pani Laybourne naprawdę udało się wykreować język młodzieżowy w wyważony sposób, dzięki któremu umila on lekturę. Tak jak wspominałam wcześniej: przyjemna narracja, ciągła akcja - nie ma nudy. Od początku do końca książkę czyta się z zapałem, płomyczkiem w oczach - a przynajmniej u mnie się pojawił.
         Właściwie już pierwszy akapit trafił w moje serce. Uświadomił mi jak kruche jest nasze życie, poczucie bezpieczeństwa i samo bezpieczeństwo ludzi - uświadomił, że nasze życie może diametralnie się zmienić w ciągu kilku krótkich sekund. Jeden trzask, stuk, błysk i możemy się znaleźć pośrodku piekła. Książka ta bezsprzecznie wychyla się ponad przeciętność i mam szczęście móc ją mieć na swojej półce. Gdy skończyłam czytać Monument 14: Odcięci od Świata nie miałam pojęcia co napiszę o tej książce - naprawdę. Ale gdy zaczęłam, słowa popłynęły zupełnie same. Niesamowite. Jak zwykle na sam koniec muszę zachwycić okładką - jest piękna. No i jeszcze ta przecudna dwustronicowa, rozkładana mapka Greenwaya w środku! No, Rebisku. Teraz wyczekuję drugiej części (Monument 14: Niebo w Ogniu) na rynku!





książce przyznaję 7/10

za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Rebis

niedziela, 6 lipca 2014

6. Krwawy Szlak, Moira Young

tytuł oryginalny: Blood Red Road. Dust Land 1 autor: Moira Young rok wydania: 2011 liczba stron: 400 wydawnictwo: Egmont



         Krwawy Szlak to tytuł pierwszej części trylogii Kronik Czerwonej Pustyni, która w Polsce premierę miała 2 kwietnia tego roku. Na jednym z blogów przeczytałam recenzję tej oto książeczki i stwierdziłam, że to coś w sam raz dla mnie. Jako że po lekturze Igrzysk Śmierci byłam co najmniej w siódmym niebie (a według Publishers Weekly ta książka jest strzałem w dziesiątkę dla fanów Igrzysk Śmierci - czyli dla mnie), właściwie mogłam się spodziewać, że debiutancka książka Moiry Young wywrze na mnie tak silne wrażenie. Już pierwsze strony powieści dosłownie mnie oniemiły - byłam zachwycona klimatem, jaki udało się stworzyć autorce. W powietrzu niemalże czułam zapach spalenizny, smak wszechotaczającego skwaru i suchoty.
         Po przeczytaniu jakichś trzech stron zamknęłam książkę i spojrzałam przed siebie w kompletnym onieśmieleniu. Wiedziałam, że trzymam w rękach coś naprawdę wielkiego - coś co pozostawi w moim sercu jakiś ślad, o którym szybko nie zapomnę. To nie jest jedna z książek, którą tylko przeczytam. Wiedziałam to już po trzech stronach. Wchłonę ją i zatrzymam w sobie na bardzo długo. 
         Nad Srebrnym Jeziorem (kompletnym pustkowiu) poznajemy Sabę, główną bohaterkę Kronik Czerwonej Pustyni. Mieszka ona wraz z ojcem i rodzeństwem - bratem bliźniakiem Lugh i dziewięcioletnią Emmi. Już od razu można stwierdzić, że to samotnica uwielbiająca swojego brata, Lugh, który wyglądem przypomina dzień - z kolei Saba noc. Nie będę kryć się z faktem, iż imię bohaterki niezbyt przypadło mi do gustu - kojarzyło mi się z psem, a gdy wyczytywałam w tekście Saba przed oczami zamiast czarnowłosej dziewczyny stawał mi labrador o sierści czarnej jak węgiel. Na szczęście po jakimś czasie udało mi się okiełznać moją chorą wyobraźnię. Wracając: życie nad Srebrnym Jeziorem to jedna wielka monotonia. Wiatr regularnie niszczy prowizoryczny dom Saby i jej rodziny, w kółko muszą go naprawiać, deszcz padał tak dawno temu, że ziemia pęka u skwierczy, a ojciec rodzeństwa w stworzonym przez siebie kręgu próbuje wywołać deszcz. Tą - równowagę zaburza przyjazd Tontonu, ludzi króla, którzy porywają Lugh. Saba nie potrafi żyć bez swojego brata, od zawsze byli razem, łączy ich bardzo, ale to bardzo silna więź, którą tylko nieliczne bliźniacze rodzeństwo potrafi stworzyć - postanawia wyruszyć za nim bez względu na wszystko i wszystkich.  
         Saba jest twarda, bezwzględna i silna. Jednak (na szczęście) autorka nie jest zwolenniczką marysuizmu i nadała jej też kilka wad. Jest to przede wszystkim samotnica, nieprzepadająca za towarzystwem kogokolwiek innego niż jej brat Lugh. W dodatku jest ogromnym uparciuchem i kompletnie brakuje jej zaufania do innych ludzi - ale w jej przypadku wcale się nie dziwię. Mieszkała na odludziu, a praktycznie jedyny człowiek, którego widywała regularnie, okazał się być szpiegiem. Saba ma jak największe prawo do bycia nieufną.  Prócz tego jest opryskliwa, brak jej ogłady i wiary w siebie.
         Już na samym początku zwróciłam uwagę na pewien denerwujący fakt: sposób w jaki główna bohaterka traktuje swoją małą siostrę. Na miłość boską, Saba! Ona ma tylko dziewięć cholernych lat! Rozumiem, że Saba mogła ją w jakimś stopniu obwiniać o śmierć swojej matki, jednak nie potrafiłam zrozumieć skąd w niej tyle nienawiści do tego malutkiego, bezbronnego stworzonka, któremu notorycznie dogryzała, okazywała siostrzaną nienawiść oraz to, iż jest kompletnie niepotrzebna, a wręcz nie ma prawa przebywać z nią i jej ukochanym braciszkiem. Z kolei w oczach Saby Lugh był idealny. Próbowałam zrozumieć skąd tyle uwielbienia do tej postaci, tłumaczyłam sobie to więzią między bliźniakami, jednak wydaje mi się, iż sedno sprawy tkwi w czymś inny. A mianowicie: Saba ma hopla na punkcie swojego brata bliźniaka i niech ktoś mi powie, że tak nie jest, bo póki co właśnie tak to widzę. Nie zmienia to jednak faktu, że to co zrobiła dla brata było co najmniej wielkie. Zdobyła się na wiele poświęceń, samą siebie (tak samo jak całą resztę) odłożyła gdzieś na bok, by móc uratować Lugh. Akurat za to mam dla mniej ogromny szacunek. Saba to naprawdę cholernie twarda babka!
         Teraz czas poruszyć wątek miłosny. Od początku moją uwagę (tak samo jak Saby) przykuł DeMalo. Czekałam na niego, szukałam wzmianki o nim przewracając kolejną kartkę. Mimo że w książce (a przynajmniej w pierwszej części) pokazywał się bardzo rzadko, to i tak jego postać przypadła mi do gustu - może nawet bardziej niż Jacka. Co prawda, Jack to poczciwy facet, (choć jest złodziejaszkiem) ale zawsze miałam słabość do takich złych twardzieli jak DeMalo. Wybaczcie, dziewczyny, ale będę trzymać kciuki, by w kolejnej części iskierka, która pojawiła się między Sabą a DeMalo przerodziła się w prawdziwy ogień, który będzie przyjemnie ogrzewał moje… przepraszam, Saby, serce. Mam jednak nadzieję, że nie będzie znowu tego zakichanego trójkąta miłosnego.
         Moira Young stworzyła nową wersję przyszłości naszego gatunku. Pełną niebezpieczeństw, walki, zniszczenia - w której bezwzględnie wymagana jest bezwzględność. A wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze? Że taka przyszłość jest jak najbardziej możliwa. Główna bohaterka to odważna, silna kobieta, potrafiąca skopać tyłek niejednemu facetowi, dopiero co odnajdująca się w świecie pełnym innych ludzi - w świecie, w którym przetrwanie nierozerwanie łączy się z przymusem zaufania drugiej istocie tak samo przerażonej i zagubionej.
         Jak na debiut książka jest naprawdę świetna. W sumie bez tego i tak byłaby świetna. To prawdziwa gratka dla fanów Igrzysk Śmierci - a mówi wam to fanka owych Igrzysk, więc możecie mi zaufać. Ach, i ta wspaniała okładka - mam nadzieję, że kolejne części będą miały również okładki ściągnięte z zagranicznej wersji, bo są przepiękne.




książce przyznaję 7,5/10 

czwartek, 3 lipca 2014

5. Rozpalone, Sara Shepard




Skłamałaś kiedyś, żeby ratować własną skórę? Właśnie od tych słów zaczyna się dwunasty tom serii „Pretty Little Liars”. Moja odpowiedź na to (banalne) pytanie brzmi, hell yes i to nie raz, nie dwa i nie dziesięć. Nie miejcie mnie za notoryczną kłamczuchę, ani też egoistkę - po prostu czasem nie miałam innego wyjścia. No dobra, mogłam powiedzieć prawdę, ale po co, skoro to tylko pogorszyłoby i tak już moją złą sytuację? Nie jestem masochistką. Wracając jednak do książki... na pewno większa część z was słyszała bądź nawet i czytała któryś (albo wszystkie) tom serii o czterech kłamczuchach z Rosewood, których specjalnością jest pakowanie się w kłopoty co najmniej dwadzieścia pięć godzin na dobę, osiem dni w tygodniu. ALE gdyby jednak nie, to przypomnę pokrótce: „Pretty Little Liars” opowiada historię czwórki dziewcząt: uzdolnionej artystycznie Arii, pływaczki Emily, perfekcjonistki Spencer i fashionistki Hanny. Dziewczęta niegdyś były ze sobą bardzo blisko, gdyż miały wspólną przyjaciółkę - Alison DiLaurentis, szkolną gwiazdę, jednak znika ona w niewyjaśnionych okolicznościach, a przyjaźń dziewcząt się rozpada. Kilka lat po zniknięciu Ali czwórka nastolatek zaczyna dostawać tajemnicze SMS-y od równie tajemniczego nadawcy, który podpisuje się jedną literką, a mianowicie -A. Aria, Hanna, Spencer i Emily muszą połączyć siły by zdemaskować prześladowcę. 

Przebrnęłam przez dwanaście tomów tej serii i jest to nie lada wyczyn dla osoby w moim wieku - spokojnie, mam tylko niecałe 20 lat. Wspomniałam tu o moim sędziwym wieku ze względu na to, iż może to właśnie przez niego cała seria wydaje mi się zwyczajnie... durna. Z wiekiem tracimy wiele, między innymi bujną wyobraźnię i zachwyt nad wszystkim. Może gdybym miała 14 lat byłabym zachwycona Kłamczuchami, jednak nie jestem. Właściwie to jestem zdruzgotana kunsztem pani Shepard, moja psychika została zdewastowana głupotą bohaterek i nielogiczną akcją, ale mimo wszystko dalej czytam tą głupią serię. Dziwne, nieprawdaż? Po książkę sięgnęłam tylko z jednego powodu - ogromnie spodobał mi się serial o tym samym tytule. Zakupiłam kilka tomów (bodajże pakiet zawierający ?4? pierwsze części) i zabrałam się za czytanie. Od razu zwróciłam uwagę na prostacki styl autorki, przewidywalność, wymuszanie akcji i rozwiązywanie jej w debilny sposób. Prócz tego mój umysł zanotował coś jeszcze: cholernie banalną taktykę autorki (z której ja korzystałam na początku mojej przygody z pisaniem, czyli jak byłam dzieckiem), a mianowicie: skoro nic się nie dzieje trzeba wprowadzić nowego bohatera! Bach, i mamy koncept na co najmniej jeden tom: bohater pojawia się właściwie znikąd, któraś z kłamczuch (zazwyczaj naiwna Emily) zaprzyjaźnia się i wyjawia wszystkie swoje sekreciki, poznajemy ckliwą historię nowej postaci. Wszystko jest różowe i cudowne, ale nagle bach! Wszystko wskazuje na to, że to właśnie ta osoba jest -A. Nagle jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje, każdy ruch tej postaci jest podejrzany, TRZYMA TELEFON W RĘCE, gdy dziewczyną przychodzą wiadomości. Tak, to na pewno musi być -A. No i co dalej, jak myślicie? Wielka afera, wyjaśnienie i koniec tomu. A za chwile to samo w nowym. 
Następny punkt: deus ex machina. Wiecie co to jest? Można nazwać to zabiegiem. Mówiąc po chłopsku, polega on na tym, że gdy coś złego się dzieje, to nagle staje się cud i bohater wychodzi nawet z największej opresji. Oczywiście żywy. W „Pretty Little Liars” jest cały szereg takich sytuacji, wspomnę tylko o jednej, by nie sypać tu spoilerami: jedna z kłamczuch jest na posterunku policyjnym, jest przesłuchiwana przez funkcjonariusza, który nagle musi wyjść na moment, w tym samym czasie kłamczucha wyciąga telefon z kieszeni (oczywiście policja jakoś zapomniała odebrać jej go wcześniej) i wykonuje telefon, który ratuje jej seksowny tyłeczek. Funkcjonariusz wraca i dopiero wtedy odbiera jej telefon. Aha. Spoko. Prócz tego autorka kieruje się niezwykłą stereotypowością. Właściwie żaden z bohaterów mnie nie zaskoczył.
A teraz uwaga: coś co kocham w tej serii najbardziej, czyli to, jak Shepard się w tym wszystkim gubi. Ile osób spostrzegło, że Kate Randall, przyrodnia siostra Hanny, raz ma kasztanowe włosy a raz jest blondynką? Bo ja spostrzegłam to od razu. W którymś z początkowych tomów było również coś o tym, że SPENCER chodziła do klasy z Ianem, czy coś w ten deseń. Ale, pani Shepard... czy przypadkiem nie chodziło pani o Melissę? Dobra, przy tym akurat naprawdę się uśmiałam. Jak widać sama autorka nie świeci błyskotliwością skoro popełnia tak amatorskie błędy. Chyba to jest oczywiste, że przy pisaniu czegoś większego trzeba mieć notes bądź plik, w którym zapisujemy właśnie takie duperele - cholernie ważne duperele. W końcu komu chciałoby się szukać wzmianki o kolorze oczu jednego z przybocznych bohaterów w 300-stronicowym tomisku? Wcześniej wspomniałam również o rozwiązywaniu akcji w debilny sposób. Przywołam tu pewną scenę, którą opiszę niezwykle ogólnikowo, tak by znowu nie spoilerować. Jedną z kłamczuch odwiedza adorator, który wchodzi do domu przez balkon. Na pytanie skąd wiedział gdzie mieszka, on odpowiada, że sprawdził w internecie adres jej domu. Tyle że ona nie jest u siebie w domu i właściwie skąd wiedział, że przebywa ona w pokoju z balkonem? Więcej pomysłowości! I czy was również irytuje notorycznie powtarzający się zwrot muszę, gdy jedna z bohaterek chce się wymigać od rozmowy i nagle ucieka? Ileż można... To ostatnie to taki malutki mankamencik, a jednak musiałam o nim wspomnieć, bo moje oczy zaczynają krwawić ilekroć to czytają. 
Po lekturze dwunastego tomu moje odczucia co do całości wcale a wcale się nie zmieniły. Tom był tak samo przewidywalny i banalnie rozegrany jak poprzednie. Jedyne za co mogę pochwalić autorkę to kreacja głównych bohaterek i to, jak płynnie przechodzi z jednej na drugą. Plus, książki czyta się naprawdę szybko i całkiem... przyjemnie (nie wierzę, że to piszę). Ogromnie polubiłam książkową Spencer, Arię i Hannę. Niestety, Emily wprost nienawidzę. Przypomina mi ona ciepłe kluchy, rozmokłą kulkę papieru, którą chciałabym zmiąć w dłoni, wrzucić do sedesu i spłukać wodą. To dziewczę (bardziej niż reszta) przyprawia mnie o zawroty głowy i gorączkę, nokautuje głupotą i naiwnością. Przez 3/4 całości ciągle jęczy o Ali i próbuje ją usprawiedliwiać, od czego robi mi się już niedobrze. Przypomina mi Kłapouchego z „Kubusia Puchatka”, który ciągle chodził smutny - chociaż jego akurat było mi żal, ją po prostu bym... no. Nie będę tu sypać wulgaryzmami. Damie nie pasuje.
A jednak seria ma w sobie coś dziwnie magnetycznego, co sprawia, że pomimo całego tego nieporządku jaki panuje w książce i tak sięgnę po kolejną część, która będzie miała premierę w środku lipca, i pewnie przeczytam ją w dwa dni, przewracając kartkę za kartką. „Pretty Little Liars” często jest nazywane najlepszą serią na lato i chociaż nie mogę się zgodzić, to też nie powiem że nie. Książki są lekkie i dużo się w nich dzieje przez co, pomimo prostactwa, się nie nudzą - i właśnie to w dużej mierze wpłynęło na moją ocenę. Mimo tego, że praktycznie cała recenzja to jedna wielka krytyka, to i tak nie mogę powiedzieć, że nie lubię tych książek, kurde! No i okładki (akurat tego nie brałam pod uwagę przy ocenie, ale i tak wspomnę) są wprost wspaniałe. 

książce przyznaję: 5/10



Pokrótce przedstawię plany na najbliższe trzy posty: czeka nas stosik lipcowy i dwie recenzje: Krwawy Szlak, Moira Young oraz Monument 14 - Odcięci od Świata, Emmy Laybourne, który otrzymałam od wydawnictwa Rebis, za co ogromnie dziękuję.
Do następnego!

niedziela, 29 czerwca 2014

4. Hopeless, Colleen Hoover


Choć rzadko kiedy zdarza mi się biegać za popularnymi nowościami, to tym razem wszechobecny zachwyt skusił również i mnie. Dorwałam w empiku, zakupiłam, wróciłam do domu i jak tylko przyszła kolei zaczęłam czytać. No i co ja mam teraz powiedzieć o tej książce? Tak jakby brak mi słów… wordless. Chwilka na zebranie myśli - dobra.
Przede wszystkim zacznę od tego, że chyba ostatnią książką, która wzbudziła we mnie tak silne uczucia była trylogia Suzanne Collins „Igrzyska Śmierci” - choć ta seria ma się do „Hopeless” jak piernik do wiatraka. Już sama okładka wniosła do mojego serca kilka uczuć; przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Dean Holder to chłopak, w którym mogłabym się zakochać. Pełen sprzeczności, a zarazem pasujących do siebie cech. Zacznijmy jednak od głównej bohaterki, czyli siedemnastoletniej Sky. Poznajemy ją jako pewną siebie, silną i otwartą na związki dziewczynę (nie potrafiącą niestety poczuć zupełnie nic podczas kontaktów z chłopakami), żegnamy zniszczoną przez prawdę, którą poznała. Została ona adoptowana przez kobietę imieniem Karen - ze swojego dzieciństwa nie pamięta nic. Karen ma dosyć specyficzne poglądy na wychowanie. Sky nie może mieć telewizora, telefonu, Internetu, a naukę pobiera w domu. Żyje pod kloszem, odizolowana od prawdziwego świata. W końcu udaje jej się przekonać matkę i idzie do publicznej szkoły - to właśnie w tym momencie pojawia się pierwsza rysa na wcześniej wspomnianym kloszu. Sky poznaje tajemniczego chłopaka o magnetycznym spojrzeniu - Deana Holdera i jeszcze bardziej interesującym tatuażu na przedramieniu, napisie hopeless. Sam wzrok chłopaka budzi w niej zupełnie nieznane uczucia - a może właśnie bardzo znane? Od tego momentu życie dziewczyny gwałtownie przyśpiesza, odkryte zostają fakty z mętnej przeszłości Sky, które prawie ją niszczą.

,,Czasem możesz wybierać tylko spośród samych złych opcji. Musisz zdecydować, która z nich jest najmniej zła."

Nie będę kłamać - do książki podeszłam z ogromnym dystansem. Nie chciałam się po prostu przejechać na wybujałym opisie, no i właściwie nie wiedziałam co mogę się spodziewać zarówno po autorce, jak i gatunku. Prolog nieco mnie rozbawił. Nie miałam zielonego pojęcia, co mogło aż tak rozgniewać nastolatkę, jednak już po przeczytaniu pierwszego rozdziału byłam zachwycona! Colleen Hoover ma naprawdę dobry styl pisania, przez co lekturę czytało mi się naprawdę bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Zarówno postać Sky jak i Holdera została niezwykle wyraźnie naszkicowana - niemalże widziałam ich przed oczami. Nie łatwo mnie wzruszyć, a jednak przy „Hopeless” prawie że uroniłam łzę. Prawie - a w moim przypadku to nie mały sukces. Ale żeby nie było aż tak miło, w książce nie spodobało mi się kilka rzeczy: po pierwsze, jest stanowczo za krótka (kurde, dalej jest miło!), no i w pewnym momencie miałam dosyć postaci Holdera, jak i całego tego wątku miłosnego, na którym opiera się… - ba! - stoi cała fabuła. Dean to złoty chłopak, naprawdę cudowny, jednak czasem jego pantoflowatość mnie irytowała. Czasem. W dalszym ciągu uważam, że mogłabym się w nim zakochać. Żałuję również, że nie dane nam było poznać bliżej Six, cóż za ciekawa osóbka. Ogólnie rzecz biorąc, „Hopeless” dogłębnie mnie poruszyło. Ta książka to kawał dobrej roboty. Autorka poruszyła ciężkie tematy, nie tylko związane z dobrymi aspektami miłości, ale przede wszystkim tymi toksycznymi, beznadziejnymi. To piękna historia o tym, że miłość potrafi być środkiem leczniczym, że to właśnie dzięki temu uczuciu człowiek jest w stanie podnieść się po największym upadku, że brak nadziei może łatwo przerodzić się w nadzieję, a beznadziejny chłopiec niekoniecznie musi być beznadziejny.
Nie przypuszczałam, że ta książka będzie aż tak dobra - musiałam po niej odetchnąć. Oczywiście, w pozytywnym sensie. Ciężko przejść obojętnie obok tak wstrząsającej historii pełnej bólu, żalu i strachu. W fabule kompletnie się zatraciłam, ciężko było mi się oderwać od lektury, ze smutkiem chowałam książkę pod poduszkę, by móc po przebudzeniu od razu po nią sięgnąć. Coś wspaniałego. Oby więcej takich książek! Wiem, że ta historia szybko mnie nie opuści i właśnie to w czytaniu kocham najbardziej. Za tą piękną okładką kryje się coś wielkiego, po co powinien sięgnąć każdy z nas. Emocje gwarantowane! Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę, że „Hopeless” stoi na jednej z moich półek, bo na pewno nie był to ostatni raz, kiedy sięgnęłam po tę książkę.

książce przyznaję 9/10

niedziela, 29 czerwca 2014

SPIS RECENZJI


A:



B:



C:



D:




E:


F:


G:


H:




I:




J:


K:



L:



M:




N:


O:



P:




Q:


R:




S:



T:


U:


W:




X:


Y:




TYTUŁY ZACZYNAJĄCE SIĘ OD CYFR:




środa, 25 czerwca 2014

3. Między Niebem a Ziemią, James F. Twyman

tytuł oryginalny: The Barn Dance autor: James F. Twyman rok wydania: 2010 liczba stron: 244  wydawnictwo: Illuminatio


         „Między Niebem a Ziemią”  to autentyczna opowieść będąca zapisem doświadczeń samego autora - Jamesa F. Twymana, którego była żona Linda została brutalnie zamordowana w jej własnym mieszkaniu, podczas gdy on spędzał święta z ich córką w Minneapolis w Oregonie. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, jednak czy było pozytywne? Przekonajmy się!            
         Książkę zaczęłam czytać dzień przed drugą częścią (tym razem praktyczną) egzaminu i pomimo presji ciągle zerkałam i czytałam po kilka stron. Historia Jamesa naprawdę do mnie trafiła - choć czasami gubiłam się i sama już nie byłam pewna, co jest prawdą, a co nie, to i tak z fascynacją przemierzałam kolejne kartki. Przyłapałam się również na wpatrywaniu się w zdjęcie rodziny Twymanów, które wydawnictwo umieściło na skrzydełku. Chcąc sprawdzić ową autentyczność historii opowiedzianej w książce, przeszukałam skrawek Internetu i znalazłam informację na temat faktycznego morderstwa Lindy Twyman - tak jak pisało w książce, została ona zamordowana w jej mieszkaniu w Evanston.               
         Podczas lektury „Między Niebem a Ziemią”  dostrzegłam jak ogromną tragedię potrafią wyrządzić nam całkiem obcy ludzie - ludzie, z którymi nie mamy żadnej styczności, którym nic nie zrobiliśmy, którzy nie zastanowią się co będzie przeżywać rodzina tej osoby. W Angeli znalazłam cząstkę siebie - tak samo jak ona mam prawie dwadzieścia lat i w sytuacji kryzysowej doznaję paraliżu emocjonalnego, lub jak ładnie określił to autor: emocjonalną śpiączkę, zanik uczuć. Właśnie to jej postawa uderzyła mnie najmocniej. Potrafiłam postawić się na jej miejscu. Zaczęłam zadawać sobie pytania a co gdyby to mojej mamie ktoś zrobił coś tak okropnego? Jakbym się zachowała, gdybym się o tym dowiedziała, jakbym funkcjonowała? Pewnie tak samo jak Angela Twyman, bo zachowała się zupełnie naturalnie. Nie zanosiła się teatralnymi łzami, nie rozpaczała na każdym kroku. Była po prostu smutna, a ów smutek był tak wielki, że wsiąknął w jej mięśnie - a przede wszystkim w serce, wywołując wcześniej wspomnianą emocjonalną śpiączkę. James i Angela przeżyli prawdziwe piekło składające się z tęsknoty, niezrozumienia i zagubienia. Pomimo rozwodu Jamesa i Lindę łączyło silne, dojrzałe, bo dwudziestoletnie uczucie, którego nie zdążyli uformować.               
          „Między Niebem a Ziemią” jest swoistą spowiedzią autora, który przyznaje przed samym sobą oraz już zmarłą żoną, że popełnił błąd, doprowadził ich małżeństwo do rozpadu, czego do dziś żałuje. Choć historia przez niego została mocno zakropiona elementami fantastyki, to i tak wydaje się zupełnie rzeczywista (do pewnego momentu, ale o tym zaraz). James F. Twyman stworzył świat, w którym nic nigdy tak naprawdę nie umiera - rzeczywistość, w której można zawisnąć pomiędzy dwoma światami, jednocześnie nie należąc do żadnego z nich, tak jak się nam wydaje. Niestety! Autor w pewnym momencie zaczyna… brzydko mówiąc, fanzolić. Fantastyka przerosła rzeczywistość powieści, przez co zgubiła ona tą autentyczność. Kilka razy zadałam sobie pytanie, co James F. Twyman brał podczas pisania tej książki? Rozumiem. Chciał pokazać jak ważne jest przebaczenie, by móc odzyskać spokój - przede wszystkim własnej - duszy. Jednak co za dużo, to niezdrowo. Miejscami książka była właśnie niezdrowa, a wypowiedzi głównego bohatera zbyt sztywne - jakby wygłaszał poemat na temat pokoju na świecie i mocy miłości do bliźnich. Wątpię, by człowiek, któremu zamordowano brutalnie żonę powiedział do morderców coś w stylu  „kocham i wybaczam”. Sama postać Lindy, początkowo zwykłej kobiety (gdzie zwykłość rozumiem jako bycie człowiekiem, którym targają uczucia - niekoniecznie dobre i zgodne z dekalogiem) nagle zostaje tak cholernie wyidealizowana, że aż mam jej dosyć. To chyba największy minus tej książki. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czytało mi się naprawdę dobrze i zajęło mi to dwa dni. Była to miła, lekka lektura - można nawet ją nazwać swego rodzaju odmóżdżaczem. Historia Jamesa, Lindy i Angeli na pewno jest wstrząsająca. Pomimo elementów fantastyki mamy tu do czynienia z prawdziwym morderstwem, rzeczywistą tragedią jaka dotknęła rodzinę Twymanów. No i miłość. Co byśmy bez niej zrobili? Miłość jaką główny bohater darzy swoją byłą żonę jest co najmniej wzruszająca, ale właściwie nie wiem, czy faktycznie James darzył Lindę takim uczuciem cały czas, i czy to aby nie śmierć kobiety wywołała tak nagły skok miłości. Jednak, któż to wie? Chyba tylko sam autor. Spodobało mi się to, iż tytuł utworu (oczywiście oryginalny, The Barn Dance) coś znaczył. Nie był tak o wybrany - jak w większości powieści. Od początku lektury ciekawiła mnie jego symbolika i w końcu się doczekałam znaczenia. Niestety sam motyw tej wiejskiej zabawy wydał mi się niestety banalny i do gustu mi nie przypadł. Przyznaję, że na początku książka ogromnie mi się podobała, jednak w pewnym momencie miarka się przebrała i bach. Już nie było tak fajnie. A szkoda, bo widać, że autor ma potencjał.  
         Tak jak pisałam na początku, było to moje pierwsze spotkanie z tym autorem i właściwie oceniam je nijako. Ani dobrze, ani źle. Może i sięgnęłabym po kolejną jego książkę, tyle że „Między Niebem a Ziemią” wydaje się być jedynym jego dziełem, które mogłoby mnie w jakimś stopniu zainteresować. Nie jestem pewna, czy mogę wam polecić tę książkę z czystym sumieniem, jednak warto sprawdzić samemu. Może komuś przypadnie bardziej do gustu i odnajdzie w lekturze znacznie więcej ode mnie.

Książce przyznaję 4/10


„Między Niebem a Ziemią” miałam możliwość przeczytać dzięki Wydawnictwu Illuminatio.



a tymczasem zabijcie mnie, bo znowu coś kupiłam:


ktoś czytał Czas Żniw? Jak wrażenia?




niedziela, 22 czerwca 2014

2. Prawdziwe Morderstwa, Charlaine Harris



Na „Prawdziwe Morderstwa” zwróciłam uwagę właściwie tylko we względu na autorkę - Charlaine Harris to jedna z moich ulubionych pisarek. Wcześniej nie zaczytywałam się w kryminałach i wcale mnie do nich nie ciągnęło. O ile dobrze pamiętam dwie pierwsze części cyklu o Aurorze Teagarden zakupiłam razem - póki co przeczytałam tylko pierwszą część, jednak po lekturze „Prawdziwych Morderstw” na pewno sięgnę po „Kości Niezgody”. 


Co na nas czeka? Aurora „Roe” Teagarden to spokojna, wręcz stereotypowa bibliotekarka mieszkająca w Lawrenceton w stanie Georgia - są to prężnie rozwijające się przedmieścia Atlanty. Jest samotną kobietą, której życie krąży wokół pracy, zajmowaniem się domem oraz klubem Prawdziwe Morderstwa, w którym członkowie omawiają przypadki zbrodni sprzed lat. Poznajemy ją w dniu, w którym umiera - a raczej zostaje brutalnie zamordowana jedna z członkiń tej oto grupy, Mamie Wright. Aurora w zbrodni od razu spostrzega pewien wzór - kobieta została zamordowana niemalże w identyczny sposób oraz w bardzo podobnych okolicznościach co niejaka Julia Wallace, na której temat miał odbyć się tego dnia wykład. Lawrenceton wręcz kipi od plotek, a Aurora jest na ich czele. Zbrodnia pociąga za sobą kolejne, ktoś wyraźnie czyha na życie Roe, a także reszty członków Prawdziwych Morderstw, pomiędzy którymi znajduje się seryjny morderca.


„W filmach te wysuszone bibliotekarki z włosami ściągniętymi w kok często pozwalają sobie na nagłych wybuch. Niszczą fryzury, zrzucają okulary i ruszają w tango. Może i ja tak kiedyś zrobię.”

Nim poruszę kryminalną część książki, chciałabym zwrócić uwagę na podobieństwo Sookie Stackhouse (głównej bohaterki cyklu, na której podstawie powstał serial HBO „Czysta Krew” - oczywiście autorstwa C. Harris) do Aurory. Nie na odwrót - choć cykl Sookie Stackhouse trafił do naszych rąk wcześniej, to właśnie Aurora Teagarden była pierwsza, tyle że cykl nie był publikowany. W obu przypadkach mamy samotną, dojrzałą kobietę prowadzącą dom i wyraźnie czerpiącą z tego przyjemność. Początkowo obie są delikatne, bezbronne, zdane na męską pomoc - jednak z czasem bohaterki ewoluują, stają się waleczne, samodzielne, pewne siebie. Pamiętacie jak w podstawówce mieliście rzekomą lekcję muzyki i nauczycielka wręczała wam trójkąt? Właśnie na takim trójkącie pogrywają Sookie i Aurora. Wplątują się w ten znienawidzony (naprawdę znienawidzony!) trójkąt miłosny. W przypadku Sookie mamy Billa i Erika, z kolei Aurora pogrywa sobie z Robinem Crusoe (ach te charakterystyczne nazwiska Harris) oraz Arthurem Smithem - którego znacznie bardziej lubię. Nie spodobało mi się bardzo to, że Aurora swój romans nawiązuje nagle, równocześnie z lekturą. Rozumiem, że w przypadku Robina nie miało jak dojść do tego, aczkolwiek sądzę, iż autorka powinna umieścić chociażby iskierkę między Arthurem (z którym Aurora chodziła bodajże przez 3 lata na spotkania Prawdziwych Morderstw), a nie nagle ni stąd ni zowąd pojawia się uczucie. Nagłemu bach mówię stanowczo NIE, tak samo jak oklepanym trójkątom miłosnym - ale to drugie jej wybaczę; w końcu „Prawdziwe Morderstwa” powstały w 1990 roku - może wtedy te cholerne trójkąty nie były aż tak na fali. Kolejną nieprzyjemną sprawą związaną z życiem uczuciowym bohaterki było to, iż Aurora bezczelnie bawiła się uczuciami obu mężczyzn. Przez to jakoś straciłam do niej sympatię, a - o dziwo - darzyłam ją niemałą! Kobiety stworzone przez panią Harris jakoś łatwo wkradają się w moje łaski.



Choć ogromnie lubię twórczość Charlaine Harris to jej działalność w kryminałach jakoś nieszczególnie mnie wciągnęła. Książka nie jest zła, jednak na pewno nie jest też górnolotna. Taki przeciętniak, ot co, aczkolwiek całkiem przyjemny. Lekturę czyta się bardzo szybko, jest ona lekka do przetrawienia - i właściwie w moim przypadku stanowi to wadę. Oczywiście nie lubię książek, przez które przebrnięcie stanowi nie lada wyzwanie, jednakże nie zmienia to faktu, że to właśnie ta wyważona ciężkość (jak w przypadku poprzedniej książki, którą czytałam i której recenzja znajduje się zaraz pod tą) wciąga nas w fabułę. Styl autorki nie jest szczególnie wyśmienity, jednocześnie nie mogę określić go słowem prostacki. Jest dosyć… kolokwialny. Nie znajdziemy w nim wyszukanego słownictwa, długich, często męczących opisów. Nie roztrząsa kwestii psychologicznych, filozoficznych, czy moralnych. Charlaine pisze szybko, prosto i na temat. Jako książka obyczajowa - duży plus, jako kryminał - niestety minus. Brak tu tego czegoś, przez co w mojej głowie pojawia się pytanie „kto zabił?”. Czytam, bo fajnie się czyta, nie dlatego, że zżera mnie ciekawość. A chyba nie na tym polega czytanie kryminałów, czyż nie?



Książka napisana jest z perspektywy głównej bohaterki, co znaczy, że mamy ograniczony zasób wiedzy i spostrzegania. Aurora to niegłupia kobieta, jednak czasami odniosłam wrażenie, że jej opinie (zwłaszcza na początku) brały się nie wiadomo skąd. Miałam wrażenie, że autorka próbuje uczynić z Roe damską wersję Sherlocka. Wspomnę również, że jakoś nieszczególnie spodobały mi się dialogi. Tu coś Charlaine sknociła - a to właśnie te dialogi rozśmieszały mnie u Stackhouse. Tu nabrały one wręcz groteskowości, jakiegoś pseudo-komicznego wydźwięku. 




Podczas lektury „Prawdziwych Morderstw” bezustannie miałam przed oczami Sookie. Niestety cykl ten jest drugim stworzonych przez panią Harris, w który się wgłębiłam i nie mogę stwierdzić, czy Aurora Teagarden jest pierwowzorem wszystkich bohaterek jej powieści - jednak na pewno jest wcześniejszą panną Stackhouse. Dlatego też z chęcią sięgnę po cykl Lily Bard, by się przekonać, czy moje podejrzenia są prawdziwe. Na pewno „Prawdziwe Morderstwa” nie jest złą książką. Jest zwyczajną. Ani dobra, ani zła. Nie mogę jednak skłamać i powiedzieć, że znajduje się w niej wszystko na co czekałam, ani stwierdzić, że nie przypadła mi do gustu, bo przypadła. Ale niestety tak jak już wcześniej wspomniałam, jako kryminał to nie jest to, choć zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło. Mam nadzieję, że „Kości Niezgody” będą lepsze i odczuję podczas lektury więcej emocji. Jako że wcześniej przeczytałam prawie cały cykl o Sookie Stackhouse mogę stwierdzić, że styl pani Harris wyraźnie się poprawił od czasu „Prawdziwych Morderstw” i oby tak dalej.


książce przyznaję 6/10

A tak poza tym wczoraj odwiedziłam Bielsko-Białe, z którego przywiozłam dwie perełki:



  nawet nie mam miejsca, żeby je wepchnąć na półkę...

Jutro czeka mnie egzamin, na który praktycznie w ogóle się nie przygotowałam. Powodem jest lenistwo i brak zaangażowania w sprawę. Jakoś nieszczególnie mi na tym zależy i właściwie największym problemem jest wstanie i przyszykowanie się na niego. 

Bardzo dziękuję za takie zainteresowanie pod poprzednim postem - nawet nie wiecie ile uśmiechu mi przysporzyliście. Do usłyszenia!



Prawdziwe Morderstwa ~ Kości Niezgody

piątek, 20 czerwca 2014

Stosik #1

Witam wszystkich serdecznie! Choć recenzja książki Charlaine Harris „Prawdziwe Morderstwa” jest już gotowa i wiernie czeka na moim laptopie na publikacje, to dziś postanowiłam pochwalić się moim najnowszymi zdobyczami. Zachęcona przez promocje Wydawnictwa Znak zamówiłam kilka książek, które przyszły do mnie wcześniej niż oczekiwałam - za co ogromny plus. Książeczki są w idealnym stanie - a jak wiadomo, gdy zamawiamy z internetu nie zawsze takie otrzymujemy. Zdarzają się zagięte rogi, uszkodzone strony. 


od góry:

Spadkobiercy”, Kaui Hart Hammings - wydanie kieszonkowe, za które zapłaciłam 1zł
„Tajny Raport Millingtona”, Martin Zelenay - ta za jedyne 4,90zł
„Dom Tajemnic” , Chris Columbus, Ned Vizzini
„Londyn NW”, Zadie Smith
„Zimowa Opowieść”, Mark Helprin

oczywiście wszystkie książeczki są z Wydawnictwa Znak.
Z zakupów jestem ogromnie zadowolona, zwłaszcza że wcześniej nie zamawiałam ze stron wydawnictw. 

Aktualnie czytam „Tajny Raport Millingtona” - nigdy wcześniej nie czytałam thrilleru politycznego. Ten gatunek jest mi całkowicie obcy, jednak z każdą stroną coraz bardziej przekonuję się do niego. Po pięćdziesięciu stronach ciężko ocenić książkę, jedyne co mogę o niej powiedzieć to, to że autor zna się na rzeczy. 

Moim nałogiem jest zamawianie książek. Dla mnie z książkami jest jak z ciuchami - wolę mieć swoje, a nie pożyczać, bo łatwo się do nich przywiązuję. W domu mam całkiem sporą biblioteczkę i aktualnie nie mam kompletnie miejsca na półkach żeby wcisnąć choćby jedną książkę więcej. Ale i tak mnie to nie powstrzymuje od powiększania swojego majątku książkowego.  

 A wy wolicie pożyczać od znajomych bądź z biblioteki, czy kupować własne egzemplarze?