Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Kobiece. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Kobiece. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 września 2019

251. Pieśń syreny, Alexandra Christo

W tym roku baśń o Małej Syrence przeżywa drugą młodość. Za kilka miesięcy do kin trafi najnowsza wersja historii baśni Andersena w aktorskiej obsadzie (z czarnoskórą Arielką) - z kolei, w świecie literatury co rusz powstaje kolejny retelling. Na początku tego roku prezentowałam objętą przeze mnie patronatem powieść Wiedźma morska, opowiadającą losy Urszuli. Całkiem niedawno premierę miała książka Pod taflą, będąca kolejną wariacją na temat losów Ariel. Z kolei wydawnictwo Kobiece postanowiło wprowadzić na polski rynek wydawniczy powieść Alexandry Christo pod tytułem Pieśń syreny. Premiera ta niesamowicie mnie ucieszyła, gdyż o książce pisałam już ponad rok temu. Znalazła się ona w zestawieniu dziesięciu książek fantasy, które nie zostały (jeszcze) wydane w Polsce, a które z chęcią bym przeczytała. Moje serce wypełniły kolejne pokłady radości, gdy otrzymałam ofertę zrecenzowania tej historii. 

Księżniczka Lira to najskuteczniejsza morska morderczyni. Serca siedemnastu lądowych książąt to trofea, dzięki którym zdobyła respekt w głębinach. Jednak kiedy niefortunnie zabija jedną z syren, jej matka nie ma dla niej litości. Królowa Mórz zmienia ją w istotę, którą gardzi najbardziej na świecie – człowieka. Lira ma teraz tylko jeden cel – odzyskać dawną, syrenią postać. Żeby to osiągnąć musi dostarczyć królowej serca księcia Eliana.

Dziedzic lądowego królestwa, Książę Elian, to najskuteczniejszy i bezwzględny pogromca syren.
Kiedy na środku oceanu ratuje tonącą kobietę, nie ma pojęcia, że właśnie pomógł komuś, na kogo poluje. Skuszony obietnicą pomocy w wyplenieniu syreniego rodu, dobija niebezpiecznego targu z nieznajomą. Czy jednak powinien jej ufać? Który z dwóch największych zabójców wygra tę ryzykowną grę? *

Alexandra Christo to brytyjska autorka powieści fantasy. Kobieta już w wieku czterech lat postanowiła, że w przyszłości zostanie pisarką. Pieśń syreny to jej debiutancka powieść. Aktualnie mieszka w Hertfordshire. Na początku października tego roku premierę będzie miała jej druga powieść Into the Crooked Pleace. 


W swych recenzjach często wspominam, że bardzo lubię baśnie. Już jako dziecko namiętnie się w nich zaczytywałam. Z kolei aktualnie z przyjemnością sięgam po retellingi, czyli opowiedziane na nowo klasyczne historie. Dzięki nim mam okazję wrócić do ukochanych opowieści, oraz poznać nieco inne losy bohaterów. W tym roku przeczytałam, m.in. wariację na temat baśni Jaś i Małgosia (Nigdy nie pozwolę Ci odejść) oraz mroczną wersję Alicji w Krainie Czarów (Alyssa i obłęd). Do retellingu baśni Mała Syrenka wracam w tym roku już drugi raz. Wcześniej za sprawą wydawnictwa NieZwykłego, teraz Kobiecego. 

Alexandra Christo już od pierwszych stron czaruje czytelnika pięknym piórem i silnym, baśniowym klimatem. Niesamowite królestwa, magiczne artefakty, starożytna wojna, istotny znane z legend, oraz klątwa. Lira to syrena znana jako Postrach Książąt - ciągnie się za nią niezwykle zła sława, gdyż odebrała życie niejednemu synowi królewskiemu. Istota ta poluje na nich, kusi swą urodą i cudownym głosem, a następnie wyrywa im serce. To wzorowa córka swej matki - Królowej Mórz, diabelskiej Wiedźmy Morskiej, władającej wszystkimi wodami i istotami, które je zamieszkują. Jednak głęboko w swym sercu Lira ukrywa coś, co może doprowadzić ją do zagłady - małą iskierkę dobra; powód, dla którego jej matka rozerwałaby ją na strzępy. I to dosłownie. Elian to książę królestwa Midas - skąpanego w złocie nadmorskiego imperium. Mężczyzna jednak prowadzi życie pirata. To nie królewski pałac jest jego domem, lecz morza i oceany, które przemierza na podkładzie swego ukochanego statku. W trakcie swych wojaży poluje na drapieżne syreny, a jego celem jest pozbawienie życia najstraszliwszej z nich wszystkich, niejakiego Postrachu Książąt. Los jednak przygotował dla niego niemałą niespodziankę. 

,,Byłam syreną, a więc także zabójczynią. Nie było to nigdy dobre ani złe - po prostu było.''


Autorka sprytnie splata losy bohaterów, tworząc wybuchową i nieprzewidywalną historię, która potrafi przykuć do fotela na długie godziny. Lira i Elian to silne charaktery, godni przeciwnicy oraz... przeklęci kochankowie. Początkowa niechęć stopniowo przeradza się w jedyne w swoim rodzaju uczucie, lecz czy taka miłość ma sens istnieć? Niezwykle spodobał mi się sposób, w jaki autorka wplata miłość w fabułę. Jest ona ważnym elementem, ale nie gra głównych skrzypiec. Christo ma innego asa w rękawie, jakim jest iście baśniowa fabuła oraz umiejętność kreacji wielowarstwowych i nieszablonowych bohaterów, którzy w pewien sposób nie pasują do swojego świata. Bohaterowie wyruszają w niebezpieczną przygodę, której finał zadecyduje o losach świata, ludzi i syren. Podczas podróży Lira zagląda w głąb siebie; poznaje się jako autonomiczną istotę, a nie lustrzane odbicie swej potwornej rodzicielki. Syrena odkrywa w sobie głęboko skrywane i wielokrotnie wypierane pokłady dobra, ale i miłość - uczucie nieznane w jej świecie. To, co rodzi się pomiędzy Lirą a Elianem jest silne, gwałtowne i pełne pasji. Prawdziwe, lecz długo skrywane i jednocześnie zakazane. 


Kreacja obu głównych bohaterów niezwykle przypadła mi do gustu. Zarówo Lirę, jak i Eliana bardzo polubiłam. Ich historia wciągnęła mnie nie na żarty, i choć Pieśń syreny mogłabym czytać bez przerw, to celowo rozwlekłam lekturę w czasie, by móc pozostać w świecie bohaterów trochę dłużej. Alexandra Christo pozytywnie zaskoczyła mnie mitologią świata przedstawionego. Nie tylko stworzyła fantastyczne uniwersum rodem ze średniowiecza, ale również wykreowała bogatą historię tego miejsca, gdzie syreny i ludzie toczą odwieczną wojnę. Ciekawe królestwa intrygują swą specyficznością i prezentują potencjał autorki jako twórczyni powieści fantasy. 

Pieśń syreny to imponujący debiut. Zdecydowanie jeden z ciekawszych, jakie ostatnio pojawiły się na rynku wydawniczym. Z bogatym światem, ciekawymi bohaterami, wciągającą akcją. A to wszystko napisane ładnym, plastycznym piórem, przy którym czytelnik nie męczy się, ani się nie nudzi. Warto również zaznaczyć, że autorka zastosowała dwutorową narrację rozdzieloną pomiędzy Lirę i Eliana, dzięki czemu czytelnik może poznać każdego z nich z osobna. A że oboje są skonstruowani w bardzo fajny sposób, to stanowi to czystą przyjemność. Ja do lektury jak najbardziej zachęcam!  

* materiał wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 


wtorek, 27 sierpnia 2019

248. Był sobie pies 2, W. Bruce Cameron

Historia niesamowitego psa o ogromnym sercu i wielu wcieleniach jeszcze nie dobiegła końca. Zaraz po przeczytaniu książki Był sobie pies sięgnęłam po kontynuację, która aktualnie stanowi nowość wydawniczą, a także kinową. Historia Baileya została zekranizowana, a film zdobył zasłużone świetne opinie. Ja tego uroczego psiaka poznałam dopiero teraz - w wersji książkowej - i z marszu całkowicie się zakochałam. Jednak czy druga część okazała się równie dobra co pierwowzór?

William Bruce Cameron to amerykański autor urodzony w Petoskey, Michigan. Jest najbardziej znany dzięki powieści Był sobie pies, która została zekranizowana. Jest również autorem książki pod tytułem Pies, który wrócił do domu (również zekranizowana), Był sobie szczeniak: Ellie, Psiego najlepszego, Był sobie pies 2, czyli sequel historii Baileya - a także poradników Jak wytrzymać z nastolatką oraz Jak zreformować mężczyznę. Jak można się domyślić, William Bruce Cameron uwielbia psy.

Mała Clarity June opuszcza ukochaną babcię i jej psa i wyjeżdża z matką do wielkiego miasta. Psiak przeżył już wiele żyć i sporo się nauczył o ludziach. Miał różne imiona: Bailey, Toby, Ellie, Koleżka… Bailey powraca w nowym wcieleniu na czterech łapach i spotyka dorastającą Clarity. Wie, że jego misja jeszcze nie została wypełniona – musi pilnować i strzec dziewczynki. Musi być dzielnym psem! Tym razem zrobi wszystko, aby pomóc ukochanej pani odnaleźć prawdziwą miłość i zrealizować jej marzenia. Czasami będzie musiał odejść, by zaraz znów powrócić jako inny psi przyjaciel. Bo jedno wie na pewno: życie jest na tyle pomerdane, że zawsze warto trzymać się razem. *

Wydawałoby się, że wraz ze śmiercią ukochanego pana niesamowita egzystencja Bailey dobiegnie końca. Jednak nasz ukochany czworonóg otrzymuje kolejne, równie ważne zadanie: ma opiekować się Clarity June, wnuczką Ethana. Bailey postanawia zrobić wszystko co w jego mocy, aby wypełnić tę misję jak najlepiej. Nawet poświęcając samego siebie - jak na dobrego pieska przystało. 


To, co W. Bruce Cameron zrobił ze mną podczas lektury pierwszej części przygód Baileya wiem tak naprawdę tylko ja i mój pies, który z dezorientacją obserwował moje niekontrolowane wybuchy emocji - nie będę ukrywać, że głównie płaczu. Ostatni raz ubeczałam się tak mocno rok temu w trakcie lektury Tam, dokąd zmierzamy B.N. Toler. Historia Baileya trafiła prosto w moje serce. Czytam naprawdę sporo książek, jednak rzadko kiedy trafiam na takie, która rozbudzają we mnie tyle emocji - Był sobie pies oraz Był sobie pies 2 to właśnie tego typu książki, o których zapewne będę wielokrotnie wspominać i polecać na lew i prawo. Bo ta historia właśnie na to zasługuje. Na zachwyt wśród czytelników, łzy i refleksje. Choć Był sobie pies 2 jest ściśle powiązane z poprzednią częścią, to różni się od niej w zauważalny sposób. W drugiej części czytelnik znajdzie więcej przewrotnej akcji, niespodziewanych zwrotów fabularnych i zabawnych momentów. Oczywiście nie obejdzie się bez łez, ale spokojnie - będzie ich znacznie mniej. Sięgnęłam po tę książkę od razu po przeczytaniu pierwszej części, tak więc nieco więcej humoru było cudowną odmianą, która dobrze mi zrobiła. Dodatkowo utwierdziłam się w przekonaniu, że wyobraźnia Camerona nie zna granic, jeżeli chodzi o psie historie. Druga część nie jest odgrzewanym kotletem, lecz powiewem czegoś świeżego, a jednocześnie sentymentalnym powrotem do pierwszego tomu. 

Bailey przybiera postać Molly, ukochanej suczki CJ, która towarzyszy dziewczynie w dorastaniu. Niestety życie Clarity June nie jest łatwe, gdyż co chwile pakuje się w kłopoty, a na domiar złego ma nieodpowiedzialną matkę, która myśli tylko o sobie. Kolejnym wcieleniem psa jest Max, mieszanka chihuahua i yorka - jednak wyjątkowo mały rozmiar nie przeszkadza mu w pełnieniu roli opiekuna swej ukochanej pani. Bailey w każdym wcieleniu daje z siebie wszystko, by pomóc Clarity June osiągnąć szczęście i znaleźć właściwą drogę. Psiak robi wszystko co w jego mocy, by CJ była bezpieczna. Zdobywa się na heroiczne czyny, co nie zawsze kończy się dla niego dobrze. Przy okazji nabywa kolejnych niesamowitych umiejętności, które odegrają znaczącą rolę w dalszej historii - między innymi, uczy się rozpoznawać osoby chore na raka po ich zapachu. 


Podczas lektury bardzo zżyłam się również z główną bohaterką, czyli Clarity June. Dziewczyna pomimo przeciwności losu nie załamywała się. Nawet z bagażem złych doświadczeń i bolesnych wspomnień zachowała w sobie dobroć, współczucie i miłość. Jako nastolatka potrzebowała wsparcia i troski, którą niestety nie miała od kogo otrzymać, co drastycznie wpłynęło na jej dalsze losy. Nie da się ukryć, że jej życie nie było spełnieniem marzeń. Chwile szczęścia przepłaciła cierpieniem i łzami. 

Nie dziwię się, że obie części zostały zekranizowane, gdyż są to historie, które idealnie nadają się na wielki ekran. Chwytają za serce i zapadają w pamięci. Wywołują zarówno w czytelniku, jak i widzu masę emocji - zamieniają odbiorcę w wulkan emocji, pozwalają spojrzeć na świat z nieco innej perspektywy. Historia psa Baileya to jedna z moich ulubionych, tych najukochańszych, na jakie do tej pory trafiłam. Piękna, prosta i dająca do myślenia! 

* materiał wydawcy

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 




sobota, 24 sierpnia 2019

247. Był sobie pies, W. Bruce Cameron

Zekranizowana powieść poczytnego autora, która zdobyła serca widzów i czytelników na całym świecie! Był sobie pies utrzymywał się na liście bestsellerów The New York Times przez 52 tygodnie. Choć swój egzemplarz tej historii zakupiłam już z dobry rok temu, to dopiero teraz postanowiłam po niego sięgnąć - głównie ze względu na premierę drugiej części przygód wiernego psa Baileya. Książka już na samym początku kompletnie mnie zachwyciła, także przygotujcie się na to, że będzie to jedna z tych recenzji, w której będę się zachwycać, wzruszać i chwalić... bez umiaru. 

William Bruce Cameron to amerykański autor urodzony w Petoskey, Michigan. Jest najbardziej znany dzięki powieści Był sobie pies, która została zekranizowana. Jest również autorem książki pod tytułem Pies, który wrócił do domu (również zekranizowana), Był sobie szczeniak: Ellie, Psiego najlepszego, Był sobie pies 2, czyli sequel historii Baileya - a także poradników Jak wytrzymać z nastolatką oraz Jak zreformować mężczyznę. Jak można się domyślić, William Bruce Cameron uwielbia psy.

Bailey jest zszokowany – po krótkim i smętnym życiu, jakiego doświadczył w postaci bezpańskiego kundla odradza się w ciele niesfornego szczeniaka. Kiedy trafia pod opiekę ośmiolatka Ethana, który kocha go całym sercem, odkrywa nowe oblicze – dobrego, poczciwego psiaka. Jednak życie u uwielbianej rodziny to nie koniec przygód Baileya. Ponownie odradza się w postaci kolejnego psa! *

Wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam zwierzęta, jednak zdecydowanie jestem typem kociary. Nie żebym nie lubiła psów - też je uwielbiam, ale od zawsze to właśnie kot był tym moim ulubionym zwierzęciem. Jednakże teraz, po lekturze hitowej powieści Camerona przyznam, że mam spory problem... ponieważ sprawił on, że nie jestem w stanie patrzeć na moje psiaki w ten sam sposób. Był sobie pies to jedna z najbardziej uroczych i chwytających za serce historii, jakie przeczytałam w całym swoim życiu. Tej książki po prostu nie da się czytać obojętnie. Cieszyłam się wraz z bohaterami, martwiłam, złościłam a nawet płakałam. Niesamowicie zżyłam się z Baileyem, Ethanem, a nawet i Jacobem oraz Mayą. Bailey to prawdziwy psi bohater - uroczy, całkowicie oddany i na wskroś dobry. Sensem jego życia jest wspierać, uszczęśliwiać i nieść pomoc. To taki czworonożny anioł stróż, którego sama obecność poprawia atmosferę. 


Swój egzemplarz tej historii sprawiłam sobie ponad rok temu i nawet nie wiecie, jak bardzo żałuję, że pozwoliłam tej książce bezużytecznie leżeć na półce - zwłaszcza, że W. Bruce Cameron już raz kompletnie mnie oczarował swą powieścią. Psiego najlepszego okazało się być wspaniałą historią z czworonogami w roli głównej i świętami Bożego Narodzenia w tle. Jednak Był sobie pies to dopiero... coś! To książka, którą czytelnik dosłownie żyje podczas lektury. Historie związane ze zwierzętami zawsze bardzo mocno do mnie trafiają, więc nic dziwnego, że ilekroć otwierałam tę książkę, byłam kompletnie rozchwiana emocjonalnie. Z perspektywy zwierzęcia świat wydaje się znacznie prostszy, a ludzie lepsi. Bailey na swej drodze spotkał wiele osób mających swe osobiste problemy i często bagaż bolesnych doświadczeń. I choć nie każdemu mógł pomóc, to z pewnością wpuścił nieco światła do ich życia. Był sobie pies to nie tylko historia Baileya, ale także ludzi, którzy stanęli na jego drodze. To książka pełna emocji, wzruszających momentów i przeżyć, które z czytelnikiem pozostaną na dłużej. 

,,Ludzie byli zdolni robić tyle niesamowitych rzeczy, a mimo to tak często siedzieli bezczynnie, wypowiadając tylko słowa.'' 

W tym momencie zekranizowana powieść Camerona pretenduje do najlepszej książki, jaką przeczytałam w tym roku. Jestem nią zwyczajnie zachwycona. Przed rozpaczą po zakończeniu lektury uratował mnie tylko fakt, że na półce mam drugą częścią, za którą już zdążyłam się zabrać. Ostatnie rozdział były niesamowicie emocjonujące i nawet najlepszy makijaż nie mógł zdzierżyć ich treści. Czytałam w takim skupieniu, że nawet nie wiedziałam, kiedy dotarłam do końca tej historii. A uwierzcie mi, że zakończenie to dopiero łamacz serc. Trudno się po nim pozbierać i pożegnać z Baileyem - na szczęście nie na długo. 

W. Bruce Cameron posługuje się lekkim, prostym i zgrabnym piórem, które trafi w każde gusta. Autor stworzył piękną i wzruszającą historię z mocnym przekazem, oraz sprytnie połączył elementy fabuły w oryginalną i pomysłową całość. 


Był sobie pies to książka, w której kompletnie się zakochałam. Naprawdę dawno nie miałam styczności z tak emocjonującą lekturą, która wyciśnie ze mnie hektolitry łez i totalnie rozchwieje moje serce. To historia o ponadczasowej miłości, przyjaźni, oddaniu, a także o tym, jak niesamowitymi towarzyszami człowieka są psy. Po poznaniu losów Baileya już nigdy nie spojrzycie na swojego psiaka w ten sam sposób!  W. Bruce Cameron potrafi tworzyć naprawdę cudowne historie ze zwierzętami w roli głównej. Gorąco zachęcam do lektury!

* materiały wydawcy



piątek, 12 października 2018

168. Najnudniejsza książka świata, prof. K. McCoy i dr Hardwick

Wydawałoby się, że ostatnim czasie na rynek wydawniczy napływa tyle różnorakich nowości, że w tym wszystkim trudno znaleźć coś wyjątkowego, oryginalnego i jedynego w swoim rodzaju. Jednakże raz za czas znajdziemy coś, czego wcześniej nie było. Właśnie tego typu nowością jest Najnudniejsza książka świata stworzona przez profesora K. McCoya oraz doktora Hardwicka. Jeżeli jesteście ciekawi co kryje się za tym mocno sugestywnym tytułem, zapraszam na recenzję!

Profesor K. McCoy specjalizuje się w analizie stanów hipnotycznych i somnambulizmu. Mieszka na Wybrzeżu i spędza jedną godzinę dziennie, z wyjątkiem poniedziałków, przesuwając skały, aby zbudować ścianę morską. Dr Hardwick jest ekspertem w dziedzinie letargów nocnych oraz jednym z czołowych światowych autorytetów w dziedzinie śrubokrętów. *


Uwaga! Czytanie tej książki grozi natychmiastowym zaśnięciem!

30 litrów kawy, 6 miesięcy pracy, 17 drzemek w ciągu dnia. Tłumacz zasypiał, redaktor ziewał, korektor ratował sie energetykami. Ta innowacyjna książka skutecznie wyśle w objęcia Morfeusza każdego nocnego marka! Znajdziesz w niej unikalny zbiór tekstów i grafik, których czytanie wprowadza mózg w hipnotyczny stan i ułatwia zaśnięcie. Gdzie jeszcze przeczytasz o kryzysie politycznym w Belgii w latach 2007-2011 lub o ostatnich zmianach w klasyfikacji mięczaków? Gdzie indziej znajdziesz światowy almanach kiszonych ogórków lub relację z najdłuższej partii szachowej? Podejmij wyzwanie i sprawdź, przy której stronie zaśniesz! Przygotuj się na szybkie zasypianie z najnudniejszą książką, jaką kiedykolwiek opublikowano!

PS. Nawet jeśli ta książka nie uśpi cię od razu, zdobędziesz masę bezużytecznych ciekawostek, którymi uratujesz każdą imprezę – w końcu kto nie chciałby poznać wszystkich rodzajów śniegu? **


Bardzo lubię wszelakie wyzwania literackie, więc gdy dotarła do mnie informacja o Najnudniejszej książce świata wprost nie mogłam oprzeć się przed sprawdzeniem, czy uda mi się przeczytać jej treść i... nie zasnąć! Nowość od wydawnictwa Kobiecego liczy sobie niecałe trzysta stron i posiada bardzo sugestywny tytuł oraz opis. Ta książka to całkiem niezły psikus dla naszego umysłu. Jej zawartość ma wywołać u czytelnika senność, sprawić, że powieki zaczną mimowolnie opadać, a dalsze czytanie będzie istną katorgą. Każdy kolejny rozdział bombarduje czytelnika informacjami z kategorii wiedzy bezużytecznej, a wisienką na trocie są zadania związane z percepcją wzrokową - dostrzeganie różnic. I tak oto z szeregu pozornie identycznych bluzek z kropkowanym wzorem musimy znaleźć odmienną od reszty. I wcale to nie jest takie proste, jakby mogło się wydawać! Nie ma co ukrywać, ale dla zmęczonego umysłu tego typu zadanie to istny gwóźdź do trumny. Książki nie trzeba czytać rozdział po rozdziale - można spokojnie przeskakiwać między nimi. Wszystkie są podobnie nudne. 

,,Podczas przeprowadzonych eksperymentów teksty te uśpiły 97 procent badanych w ciągu dziesięciu minut, w 58 procentach przypadków i 73 procentach warunków.''

Najnudniejsza książka świata to fajny pomysł na prezent - nie tylko dla książkoholika! Może przydać się osobie mającej trudności z zasypianiem, lub takiej która chce sprawdzić wytrzymałość swojego umysłu. Choć wieje tutaj nudą, to temat niektórych rozdziałów potrafi... zainteresować. Zwłaszcza teksty dotyczące powstawania piramid, szkła morskiego, czy różnych rodzajów śniegu. Tytuł intryguje, zwraca na siebie uwagę osób, które nie są fanami czytania - wiem co mówię, ponieważ już sama paczka z nalepką Uwaga! Ta paczka wieje nudą zaintrygowała moją rodzinę. Choć nie zasnęłam bezpośrednio podczas czytania Najnudniejszej książki na świecie, to zostałam zmuszona do odłożenia lektury na następny dzień i położenia się do snu. Muszę pochwalić wydawnictwo za oryginalną szatę graficzną oraz podziękować za przepiękną paczkę wyposażoną w tematyczne gadżety, które nie tylko na mnie zrobiły duże wrażenie. Nie ukrywam, że poduszka bardzo się przydała. 


Najnudniejsza książka świata to eksperyment literacki, mający na celu sprawdzić wytrzymałość ludzkiej psychiki - czy potrafisz odeprzeć sen czytając o historii żwiru bądź podczas zaznajomienia się z podstawami stolarki i ciesielki? Sądzę, że książka ta jest nudna, ale wielu dla wielu osób nie będzie na pewno najnudniejszą. Mamy tu szereg tematów zahaczających o różnorakie dziedziny - historia, biologia, rachunkowość, przeklęta matematyka. Zawsze znajdzie się ktoś, kto interesuje się którąś z nich. 

Jeżeli macie ochotę na coś nowego, chcecie sprawdzić swoją wytrzymałość, bądź szukacie wyjątkowego prezentu to serdecznie polecam Najnudniejszą książkę świata. 

* opis wydawcy
** opis wydawcy 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 

sobota, 30 czerwca 2018

138. Prawo miłości, Whitney G.

Finał pikantnej serii z prawniczym twistem! Ostatnia część serii Domniemanie niewinności amerykańskiej autorki, wyposaża czytelnika w odpowiedzi na pytania, które Whitney G. postawiła przed nami w pierwszym (Oskarżyciel) i drugim (Niewinna) tomie. Choć krótkie w treść, nowelki przysporzyły mi wielu zmartwień - kim tak naprawdę jest Andrew? Co stało się sześć lat temu? Czekałam na odpowiedzi i... w końcu je dostałam!

Whitney G. to amerykańska autorka urodzona w 1988 roku w Memphis w stanie Tennessee. Jej twórczość przeznaczona jest przede wszystkim dla kobiet; są to powieści i opowiadania z gatunku literatury kobiecej i erotycznej. Whitney to optymistka uzależniona od słodyczy, podróży, herbaty i aromatycznej kawy. Prócz tworzenia pikantnych historii z nietuzinkowymi bohaterami, zajmuje się blogiem The Indie Tea, którego jest współzałożycielką. W listopadzie 2017 roku zadebiutowała na polskim runku powieścią Turbulencja, a w tym roku Wydawnictwo Kobiece zdecydowało się również na wypuszczenie bestsellerowej pikantnej serii z prawniczym twistem Domniemanie niewinności, w skład którego wchodzą: Oskarżyciel, Niewinna, Prawo miłości.

Wydawałoby się, że relacje Aubrey i Andrewa zmierzają ku stabilizacji, niestety... nic bardziej mylnego. Miarka się przebrała. Aubrey Everhart ma oficjalnie dosyć - dosyć upokorzeń i przedmiotowego traktowania przez Andrewa, dosyć rezygnowania ze swoich planów i marzeń na rzecz ważniejszych celów swoich rodziców, których nie interesuje nic poza karierą polityczną jej ojca. Aubrey opuszcza Durham i zostawia swoje dawne życie za sobą. Zostawia Andrewa, prawo i rodziców. Teraz liczy się dla niej tylko balet - czy uda jej się uciec przed przeszłością? 


Amerykańska autorka całkiem zgrabnie połączyła wątki w logiczną całość. Domniemanie niewinności nie jest kolejnym pustym erotykiem - prócz pikantnych scen erotycznych i wręcz namacalnej chemii skrzącej pomiędzy głównymi bohaterami, Whitney G. wyposażyła swą serię w intrygującą fabułę, sekrety z przeszłości, które oddziałują zarówno na otoczenie, jak i bohaterów. Zakończenie losów Aubrey i Andrewa w pełni mnie usatysfakcjonowało, a cała seria wzmocniła moją sympatię do Whitney G. Jeżeli chodzi o literaturę kobiecą, w tym momencie jest ona moją ulubioną autorką. 

,,Gdy coś przestaje istnieć, ostatnie słowa, miłe czy niemiłe, nie mają już znaczenia."

Ostatnia część serii Domniemanie niewinności znacznie różni się od swoich poprzedniczek. Po pierwsze, jest ona znacznie dłuższa, co widać na zdjęciu powyżej; po drugie, tło zmienia się z całkiem spokojnego Durham na gwarny Nowy Jork; po trzecie - mamy więcej dramatów i sytuacji łamiących serce, mniej scen seksu. Aubrey nabiera charakteru, z kolei Andrew pokornieje. Mężczyzna w końcu zdaje sobie sprawę, że swą seksowną gburowatością, nie zdobędzie jej serca na zawsze. 


Podobała mi się ta zmiana klimatu. Właściwie to była ona konieczna. Prawo miłości zmieniło tę serię. Dodało nutki powagi, emocji i uczuć. Whitney G. obrała kierunek, który pozytywnie wpłynął na całość jej pracy. Bardzo się cieszę, że postanowiła nieco podkręcić osobowość Aubrey. Do tej pory była ona raczej uległa i zbyt podatna na Andrewa, jednakże w trzeciej części zdobyła się ona na śmiałe decyzje, rezygnację z tego, co do tej pory uważała za obowiązkowe. Postać Andrewa również przeszła transformację. Prawnik, choć zachował swój cięty język i seksowny styl bycia, zaczął odkrywać przed czytelnikiem swoje lepsze, prawdziwe oblicze człowieka, którego kiedyś bardzo skrzywdzono, przez co postanowił przybrać maskę cynika i egoisty. 

Whitney G. to młoda autorka, której twórczość należy mieć na oku - ma ona bardzo dobry styl, cięty język i fajne poczucie humoru. Kreuje bohaterów z krwi i kości, zapadających w pamięć na dłużej. Do tej pory przeczytałam od niej Thirty day boyfriend, Naughty boss, Dirty Doctor oraz te trzy książeczki i z całego serca polecam wam jej pióro. Za każdym razem bardzo dobrze się bawiłam. Jeżeli chodzi o oprawę graficzną, to nie miałabym żadnego ale, gdyby nie dłoń kobiety na okładce ostatniego tomu. Czy wy to widzicie? Brrr... Coś poszło nie tak.


Seria Domniemanie niewinności to idealny sposób na relaks. Losy bohaterów wciągają, bawią, przyprawiają o rumieniec i szczery uśmiech. Prawo miłości to urokliwe zakończenie historii Aubrey i Andrewa, dodające jej romantyzmu i nutki sentymentalnego charakteru. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 

wtorek, 26 czerwca 2018

136. Niewinna, Whitney G.

Whitney G. zrobiła to po raz kolejny... wręczyła mi cieniutką książeczkę, doprowadziła do skraju wytrzymałości, a na końcu zrzuciła bombę i kazała czekać na kolejną część. Jedynym plusem jest fakt, że Prawo miłości mam już u siebie, ale zanim sięgnę po zakończenie miłosnej serii z prawniczym twistem, mam w planach inną książkę. Także... i tak muszę czekać! 

Whitney G. to amerykańska autorka urodzona w 1988 roku w Memphis w stanie Tennessee. Jej twórczość przeznaczona jest przede wszystkim dla kobiet; są to powieści i opowiadania z gatunku literatury kobiecej i erotycznej. Whitney to optymistka uzależniona od słodyczy, podróży, herbaty i aromatycznej kawy. Prócz tworzenia pikantnych historii z nietuzinkowymi bohaterami, zajmuje się blogiem The Indie Tea, którego jest współzałożycielką. W listopadzie 2017 roku zadebiutowała na polskim runku powieścią Turbulencja, a w tym roku Wydawnictwo Kobiece zdecydowało się również na wypuszczenie bestsellerowej pikantnej serii z prawniczym twistem Domniemanie niewinności, w skład którego wchodzą: Oskarżyciel, Niewinna, Prawo miłości. 


Andrew Hamilton, seksowny i bezwzględny prawnik z Nowego Jorku ma dwie złote zasady: nie sypiać dwa razy z tą samą kobietą i zero kłamstw. Gdy przekracza pierwszą zasadę dla Aubrey, ona łamie drugą, przez co ich drogi się rozchodzą. Jednakże, czy Andrew jest niewinny? Kim jest tajemnicza Ava? Aubrey ma w sobie coś, co nie pozwala mężczyźnie trzymać się od niej z daleka na długo. Rozpoczyna się namiętna przepychanka, podczas której wychodzą na jaw kolejne sekrety. 

,,Kłamiąc o jednym, kłamiesz o wszystkim." 

Drugi tom wciągającej serii od Whitney G. był wart czekania! Co prawda, jestem zawiedziona objętością tej książeczki, gdyż jest to podobnie jak w przypadku Oskarżyciela, lekko ponad sto stron, które po prostu się zjada. Amerykańska autorka stawia przed nami dalsze losy ekscentrycznego związku aroganckiego prawnika i roztargnionej baletnicy. Oskarżyciela czytałam w kwietniu tego roku i pomimo faktu, że od tego czasu minęły dokładnie dwa miesiące, nieco się obawiałam, że nie uda mi się wbić w tę historię z taką samą energią - na szczęście moje obawy były zupełnie niepotrzebne, bowiem Whitney G. jak zwykle kompletnie mnie urzekła. Martwiłam się, że otrzymam odgrzewanego kotleta, a dostałam pyszną babeczkę z dużą wisienką na szczycie.  


Kontynuacja Oskarżyciela wprowadza czytelnika w przeszłość Andrewa oraz życie prywatne Aubrey. Czy Hamilton zawsze był takim zatwardziałym egoistą? Co zdarzyło się sześć lat temu w życiu Andrewa, co na zawsze odmieniło jego losy? Jak wygląda sytuacja rodzinna Aubrey? Czy pomiędzy bohaterami rozwinie się coś więcej? Niewinna to swoiste odwrócenie ról. W tej części górą jest Aubrey, która pomimo swej delikatnej natury, zaczyna dominować nad Andrewem. Druga część jest jeszcze pikantniejsza, Andrew jeszcze bardziej pyszałkowaty i tajemniczy, a Aubrey w końcu zyskuje przewagę!  

,,Deszcz. Nowy Jork. Złamane serce. 
Złamane na dobre, na zawsze.''

Choć książka składa się z lekko ponad stu stron, to obfituje w niespodziewane zwroty akcji, seksowne sceny erotyczne, cięty język bohaterów oraz ostry humor autorki. Zakończenie okazało się być totalną bombą, która ponownie wbiła mnie w fotel. Whitney G. to jedna z nielicznych autorek, która potrafi rozśmieszyć mnie do łez, a śmiałość pióra przyprawić o rumieniec. Wprost nie mogę się doczekać lektury Prawa miłości. Jestem ciekawa tego, jak autorka zakończy historię Aubrey i Andrewa. 



Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 

sobota, 5 maja 2018

118. Mieć mniej, Tisha Morris

Rzadko kiedy sięgam po poradniki. To nie jest gatunek literatury, w którym w pełni się odnajduję, jednakże Mieć mniej to całkiem ciekawa książka, intrygujące źródło informacji na temat tego, jak odpuścić sobie przeszłość i z uśmiechem na twarzy wkroczyć w teraźniejszość, jednocześnie dbając o szczęśliwą przyszłość. Co więcej - jest to książka, która skłoniła mnie do działania w sferze własnego życia. Po przeczytaniu tego poradnika postanowiłam zrobić pewne porządki u siebie w domu, wyrzucając rzeczy ściśle związane z tym, co już było, a co nie powinno mieć dla mnie znaczenia - efekt? Faktycznie, czuję się lepiej w swoich czterech ścianach! 

Tisha Morris to ekspertka z zakresu feng-shui, trenerka yogi, uzdrowicielka energetyczna, life coach. Założyła Earth Home School of Feng Shui. Przez dziesięć lat pracowała jako prawniczka, jednakże nie odczuwała pełnej satysfakcji z wykonywanego zawodu - jej dusza ukierunkowana była na uzdrawianie i pomaganie innym w nieco innym zakresie. Jest autorką wielu książek, m.in. Umysł, ciało, dom. Mieć mniej to druga książka autorki, która dotarła na polski rynek. 

,,Gromadzenie rzeczy to naturalny proces - tak samo, jak pozbywanie się ich."

Mieć mniej to poradnik, który przeznaczony jest dla osób, które nie potrafią pozbyć się rzeczy z przeszłości. Często zatrzymujemy przedmioty, które nie są nam do niczego potrzebne. Zalegają w szafach, półkach bądź na strychu, a nasz jedyny kontakt z nimi pojawia się podczas porządkowania rzeczy - wtedy wyciągamy dany przedmiot, by w końcu się go pozbyć, lecz nagle decydujemy się jednak tego nie robić. Zazwyczaj kierujemy się wtedy standardowymi przekonaniami: ta rzecz może mi się jeszcze przydać, na wszelki wypadek zostawię, dostałam to w prezencie, to pamiątka, naprawię to, i tak dalej i dalej. Szukamy powodów na to, aby zatrzymać przy sobie to, co było, równocześnie obciążając to, co jest teraz. Sama niejednokrotnie zachowywałam się w ten sposób, chomikując rzeczy sprzed lat. Właściwie to robię to nadal, lecz teraz wiem, czym jest to spowodowane - moim wewnętrznym ego, które trzyma się ostatkami sił moich poprzednich tożsamości - uczennicy, zbuntowanej nastolatki, studentki. 


Tisha Morris w swym poradniku radzi jak krok za krokiem pozbyć się demonów z przeszłości. Pamiątek po byłych partnerach, dzieciach, naszych starych tożsamościach i rolach, przedmiotów, dokumentów czy ubrań z poprzednich stanowisk pracy. Po wszystkim tym, co minęło i już (raczej) nie wróci. Autorka zaznacza, że każda rzecz, którą postanawiamy zatrzymać przechowuje pewien materiał emocjonalny, nacechowany pozytywnymi wspomnieniami, bądź negatywnymi. Przedmioty te często oddziałują na nas, zakłócając teraźniejszość, wpływają na kontakt z bliskimi, nasze samopoczucie i ogólne podejście do życia. Pozbywając się rzeczy z przeszłości, nie wymazujemy jej z naszego życia, lecz robimy miejsce na przyszłość oraz pozwalamy nam osiągnąć spokój ducha. 


,,Jeśli będziemy kurczowo trzymać się przeszłości, wypełnimy swoje proroctwo, że najlepsze czasy są już za nami."

Oczywiście celem tego poradnika, nie jest nakłonienie czytelnika do wyrzucenia połowy rzeczy ze swemu domu w imię spokoju ducha, lecz tych, które nie są nam już do niczego potrzebne, zakłócają nasze funkcjonowanie, lecz wmawiamy sobie, że jest inaczej. Książka ta przypomina dialog pomiędzy czytelnikiem a autorką, tłumaczy motywy zachowań oraz reakcji naszego ego na zmiany. Morris pomaga czytelnikowi poprzez zadawanie licznych pytań oraz skłanianie do odpowiedzi, a następnie ich analizy. Dlaczego wciąż trzymasz przedmiot, którego nie użyłeś ani razu od 3 lat? Czy prezenty otrzymane od byłego partnera wywołują w Tobie pozytywne, czy negatywne emocje? Jeżeli negatywne, dlaczego wciąż je masz? 


Ogromnym plusem tej książki stanowi to, iż nie jest to zwykły poradnik, ale szczere i osobiste wyznania kobiety, która musiała zmierzyć się najpierw z chorobą a później śmiercią ukochanej matki, rozwodem z mężczyzną, z którym miała spędzić całe swe życie oraz zmianą pracy, wykonywaną przez dziesięć ostatnich lat. Tisha Morris nie wysnuwa naukowych teorii, lecz radzi czytelnikowi poprzez własne doświadczenia oraz doświadczenia klientów. Autorka sugeruje, że najlepszym sposobem na uporanie się z przeszłością i znalezienie radości w teraźniejszości jest pozbycie się rzeczy, które w pewien sposób kurczowo trzymają nas w tyle, przypominają nam kim byliśmy kiedyś, nie pozwalając zbudować stabilnego wizerunku siebie teraz. Lekka forma, spokojny język autorki skłaniają do refleksji, działają kojąco na czytelnika, zachęcają do zmian. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 

wtorek, 1 maja 2018

116. Po prostu Marta, Lorea Canales

Każda rodzina na swoją tajemnicę - tak samo rodzina Marty, bogatej i niezwykle rozpieszczonej Meksykanki, która całe dnie spędza na opalaniu się, piciu alkoholu i flirtowaniu ze starszymi i często żonatymi mężczyznami. Dla niej granice nie istnieją, bowiem zawsze dostaje to, czego chce. Świat beztroskiej młodej kobiety lega w gruzach w momencie, gdy jej przybrana matka poważnie choruje, a ojciec Marty porzuca umierającą kobietę dla innej. Gdy Marta dziedziczy ogromny majątek postanawia zemścić się na swym ojcu i jego nowej żonie, oraz odkryć tajemnicę, która od lat toczy tę rodzinę niczym choroba. Jak odkryty sekret wpłynie na jej życie?

Lorea Canales pochodzi z Meksyku. Zawodowo zajmuje się prawem, tłumaczeniami, dziennikarstwem oraz pisaniem książek. Po prostu Marta (Apenas Marta) to pierwsza powieść autorki, wydana w 2011 roku. Kolejna książka Canales pod tytułem Los Perros pochodzi z 2013 roku. Obie powieści zostały pozytywnie przyjęte przez krytyków. Lorea Canales jest chwalona za szczegółowość i wiarygodność bohaterów. 

,,Kiedy zmartwienia są niewielkie, łatwo je ukryć."

Sięgając po tę książkę, spodziewałam się lekkiej obyczajówki, a otrzymałam coś w stylu Matyldy Savitch autorstwa Victora Lodato. Powieść, która w pierwszym momencie po jej zamknięciu rozczarowuje, jednakże po chwili zastanowienia czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, o czym właściwie była ta historia. Z pozoru o rozpuszczonej córce bogaczy, której celem życiowym jest dobra zabawa, jednakże tuż za tą pustą fasadą kryje się coś znacznie głębszego, smutniejszego. Wraz z biegiem akcji poznajemy znacznie lepiej bohaterów książki Canales. Autorka zdecydowanie włożyła dużo pracy w ich kreacje. Wszyscy są autentyczni, ludzcy, jakby ściągnięci z ulicy i wrzuceni do powieści.


Marta to płytka, pretensjonalna i rozpuszczona bohaterka - wszystkie te trzy cechy pasują do niej jak ulał. Prócz tego, jest ona niezwykle zagubioną młodą kobietą, nie wiedzącą kim jest prawdziwa matka i dlaczego ją porzuciła. To również samotna i załamana bohaterka, goniąca wciąż za ideałem narzuconym jej przez przybraną matkę. Po śmierci Martity Marta stara się zbudować własną tożsamość, jednakże wyuczone zachowania wsiąkły w nią zbyt mocno, by od tak o nich zapomnieć. Marta oddaje się samozniszczeniu. Notorycznie posuwa się coraz bliżej krawędzi, sprawdza na ile może sobie pozwolić, jak wiele jej organizm jest w stanie znieść. W chaosie powoli zaczyna odnajdywać siebie, szarpie się w swoim jestestwie, walczy pomiędzy tym jaka powinna być, a jaka jest. 

,,Ludzie potrzebują pomocy, a kiedy czegoś potrzebują, potrafią doskonale o to prosić. Ale z chwilą, kiedy dasz im to, czego chcą, odzywa się w nich duma. Nigdy ci nie podziękują. Uważają, że zarobili na to, co im dałaś, że to w pewnym sensie im się należy. Zatem ty, kiedy coś dajesz, musisz to robić, nie spodziewając się niczego w zamian, bo i tak nic nie dostaniesz.''

Autorka zastosowała nieco skomplikowaną narrację wymagającą od czytelnika czujności i zaangażowania. Mamy tutaj wiele perspektyw i wiele osi czasowych. Każdy kolejny rozdział przybliża nas do rozwikłania tajemnicy. Miotamy się pomiędzy przeszłością i teraźniejszością. Odkrywamy motywy postępowania bohaterów i obserwujemy upadek głównej bohaterki. 


Krótkie rozdziały, mnogość bohaterów i punktów widzenia, oraz lekkie pióro autorki zdecydowanie pozytywnie wpływają na odbiór treści. Książkę czyta się naprawdę szybko i ze stałym zaciekawieniem. Nie mu tu, co prawda, drastycznych zwrotów akcji, ale mimo wszystko powieść wciąga. 
  
Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 

czwartek, 26 kwietnia 2018

113. Oskarżyciel, Whitney G.


Historia pewnego kłamstwa, które sprawiło, że zatwardziałe przekonania legły w gruzach. Whitney G. kolejny raz trafiła na polski rynek - tym razem z popularną i pikantną serią Reasonable Doubt. W twórczości tej amerykańskiej autorki zakochałam się poprzez rodzimy język Whitney G. Mam za sobą Thirty day boyfriend, które gorąco polecam, Naughty Boss oraz Dirty Doctor z kolekcji Steamy Coffee Reads. Reasonable Doubt miałam w planach przeczytać w języku angielskim, lecz gdy tylko dowiedziałam się, że Wydawnictwo Kobiece wydaje tę serię postanowiłam poczekać. Było warto. Oskarżyciel to pięknie wydane cacko, które z chęcią umieszczę w reprezentatywnym miejscu na półce. Szkoda tylko, że jest to tak cieniutka książeczka! Lekko ponad 120 stron od Whitney G. to stanowczo za mało. 

Whitney G. to amerykańska autorka urodzona w 1988 roku w Memphis w stanie Tennessee. Jej twórczość przeznaczona jest przede wszystkim dla kobiet; są to powieści i opowiadania z gatunku literatury kobiecej i erotycznej. Whitney to optymistka uzależniona od słodyczy, podróży, herbaty i aromatycznej kawy. Prócz tworzenia pikantnych historii z nietuzinkowymi bohaterami, zajmuje się blogiem The Indie Tea, którego jest współzałożycielką. 


Andrew Hamilton to seksowny prawnik, będący punktem westchnień niemalże każdej kobiety w Nowym Jorku. Jednakże mężczyzna nie jest zainteresowany stałym związkiem - interesują go tylko niezobowiązujące przygody na jedną noc. Nie da się ukryć - Andrew to zadufany w sobie wykorzystywacz, który kieruje się jedną elementarną zasadą zgodną z jego zawodem - zero kłamstw. Pewnego dnia na forum internetowym przeznaczonym dla prawników poznaje niejaką Alyssę. Po pół roku wymieniania obscenicznych e-maili i spędzania nocy na pikantnych telefonach spotykają się - lecz nie jest to spotkanie, którego oboje by pragnęli. I to ani trochę.  

,,Gdy ktoś mnie okłamuje, przestaje dla mnie istnieć.''

Whitney G. użyła sprawdzonego przepisu na porywający, lekki erotyk z dobrym i pikantnym poczuciem humoru, do którego należy podejść z dystansem. Z jednej strony autorka zastosowała strategie dobrze znane stałym czytelnikom, czyli seksowny samiec alfa nieszukający stałego związku, nieco uległa, spragniona i całkowicie podatna na wdzięki mężczyzny kobieta, wielkomiejski klimat, akcja dziejąca się w pracy oraz wymieniane przez bohaterów e-maile, do których mamy całkowity dostęp; z drugiej stworzyła całkiem oryginalną historię. Ogromnie spodobała mi się wyrazista kreacja bohaterów oraz nieco cudaczny związek pomiędzy szelmowskim prawnikiem a rozmarzoną baletnicą. To nie jest coś, co spotykamy na co dzień. Autorka świetnie pokierowała jakże przewrotnym losem, sprawiając że Andrew i Alyssa spotykają się w zabawnych (oczywiście dla czytelnika, bo dla bohaterów niekoniecznie) i niecodziennych okolicznościach rodem z dobrej komedii romantycznej. Zresztą cała ta historia to genialny pomysł na dobre love story w pikantnym wydaniu!


Oskarżyciel to kwintesencja tego za co uwielbiam lekką i mocno doprawioną twórczość Whitney G. Nowelkę czyta się za jednym tchem, treść kompletnie wciąga, igra z emocjami czytelnika. Przeczytałam ją w ciągu godziny z wypiekami na twarzy, a zamknęłam z mocno bijącym sercem, żałując że nie mam pod ręką Niewinnej, bo zakończenie pierwszego tomu serii Domniemanie niewinności wgniotło mnie w materac. Świeżo po premierze zetknęłam się z kilkoma śmiesznymi opiniami (nie żebym przyczepiała się do cudzego zdania bo każdy ma prawo do swojego, aczkolwiek to było wręcz niedorzeczne) krytykującymi występowanie scen erotycznych w tej książce. No, moi drodzy - to jest literatura erotyczna, więc nic dziwnego że takowe sceny się pojawiają. To jakby sięgać po fantastykę i czepiać się tego, że są wątki nie z tego świata.  

Nowelka to dobry sposób na spędzenie wieczoru - niezobowiązująca lektura, która nie dość, że wciąga to jeszcze relaksuje i odmóżdża. Polecam wszystkim tym, którzy lubią lekką literaturę i potrafią podejść do niej z przymknięciem oka. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 


czwartek, 12 kwietnia 2018

110. Naturalna kolej rzeczy, Charlotte Wood

Książka przepełniona oryginalnością i brutalnością z cudowną, delikatną okładką. Dużo zdradzający i wiele obiecujący opis, intrygujące rekomendacje. Kto by się nie skusił na taką książkę? Jednakże co znajduje się w środku? Zapraszam do zapoznania się z moją opinią pierwszej wydanej w Polsce książki niejednokrotnie szokującej pisarki. 

Charlotte Wood to australijska pisarka. Jest określania mianem jednej z najbardziej oryginalnych i prowokujących nowelistek w Australii. Urodziła się w 1965 roku. Jest autorką pięciu powieści: Pieces of a Girl (1999), The Submerged Cathedral (2004), The Children (2007), Animal People (2011), The Natural Way of Things, czyli wydana w Polsce Naturalna kolej rzeczy z 2015 roku. Jej twórczość jest odbierana pozytywnie przez czytelników oraz krytyków. Naturalna kolej rzeczy zdobyła Stella Prize, The Indie Book Award oraz tytuł Książki Roku.

Yolanda Kovacs budzi się w nieznanym miejscu, które później okazuje się być tajemniczym ośrodkiem położonym w australijskim interiorze. Kobieta nie wie jak się tu znalazła oraz kim jest jej towarzyszka. Wkrótce odkrywa, że została porwana wraz z dziewiątką innych kobiet. Wszystkim ogolono głowy, ubrano w starodawne, niewygodne ubrania i zmuszono do brutalnej i poniżającej pracy fizycznej. Porwanym kobietom niewiele się mówi - nie wiedzą dlaczego znalazły się w ośrodku, kto zlecił ich porwania oraz czy pomoc kiedykolwiek nadejdzie. 

,,Chmury zbierają się i piętrzą, tworzą się na nowo, a potem znikają. Całe srebrne imperia wznoszą się i opadają pośród przepastnych błękitnych niebios. Mijają miesiące. Nie pytają już o powrót do domu..."

Powieść ta poprowadzona jest narracją trzecioosobową, w której rzeczywistość jest przedstawiona z perspektywy dwóch bohaterek - Yolandy i Verli. Książka okazała się być dla mnie niemałym zaskoczeniem, gdyż po książce Charlotte Wood spodziewałam się czegoś zupełnie innego - wielokrotnie wspominałam, że już dawno temu zrezygnowałam z czytania opisów przed sięgnięciem po książkę. Swoje osądy oparłam zatem na rekomendacjach Pauly Hawkins (Dziewczyna z pociągu) i Jezebel. Choć bardzo się starałam, to niestety nie zrozumiałam tej powieści, tak jak powinnam. Osobiście uważam, że jest ona nieco przedziwniona, przez co właściwy przekaz kryje się gdzieś pomiędzy nie mam pojęcia o co chodzi a co ja właściwie przeczytałam? Jednakże nie mogę napisać, że przeczytanie tej książki było zmarnowaniem czasu, bowiem Naturalna kolej rzeczy gdzieś tam-jakoś tam do mnie trafiła, mocno wpłynęła na moje emocje. Do warsztatu pisarskiego autorki nie odważę się przyczepić, gdyż jest on naprawdę dobry, przepełniony brutalnym naturalizmem. Charlotte Wood całkowicie zrezygnowała z upiększania opisywanej przez nią rzeczywistości. Właściwie nic w tej powieści nie jest piękne, wszystko ma skazę - element, który sprawia, że na zwierciadle rzeczywistości pojawiają się pęknięcia. Wood podobnie jak brutalni strażnicy ośrodka traktuje bohaterki powieści powierzchownie, przede wszystkim fizycznie. Rzadko kiedy zagląda głębiej, chcąc poprzez to zwrócić uwagę czytelnika na to, jak często traktowane są kobiety przez społeczeństwo. 


Książka JEST przepełniona brutalnością, wstrząsającymi opisami i zdarzeniami - to, co zdarzyło się tym kobietom było potworne i co gorsze - realne, jednakże pomimo tego jakoś nie mogłam połączyć się z bohaterkami, w pełni zrozumieć ich tragedii i cierpienia. Gdy już zaczynałam czuć więź z bohaterką, autorka urywała rozdział z jej perspektywy i wrzucała mnie w głąb skomplikowanej fabuły, kontynuowanej z perspektywy drugiej bohaterki, przez co znowu potrzebowałam czasu, aby cokolwiek zrozumieć. Nie mniej jednak, Naturalna kolej rzeczy w pewien sposób przeraziła mnie swoją treścią, silnie poruszającą tematykę izolacji, porwania, nadużycia władzy, mizogini. 

Naturalna kolej rzeczy to książka niezwykle trudna w odbiorze, do której z pewnością powrócę, gdy będę starsza, bowiem moje dwadzieścia-trzy lata nie pozwoliły mi w pełni wchłonąć wstrząsającego przekazu tejże powieści. W tym momencie mam niezwykle mieszane uczucia względem tego, co przeczytałam. Autorka rodzi w głowie czytelnika tonę pytań, na które odpowiedzi brak - a może nie do końca? Może właśnie o to tu chodzi, by każdy z nas odpowiedział sobie sam?


Powieść ta obrazuje postać kobiety walczącej o przetrwanie - odkrywającej samą siebie w różnych, dotąd nieznanych jej sytuacjach. Jako więźnia, indywiduum i osobę społeczną. Ta książka jest niepodobna do żadnej, którą czytałam wcześniej, a uwierzcie mi, że mam ich trochę za sobą.  

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece! 

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

109. Mój przyjaciel kot, Britt Collins

Po dodających otuchy psich historiach (Był sobie pies, Psiego Najlepszego) przyszedł czas na kocie opowieści! Osobiście uwielbiam koty, więc nie mogłabym przejść obojętnie obok tej książki, jednakże zanim zabrałam się za lekturę, postanowiłam zapoznać się z tematem i przeczytać co nieco o prawdziwej historii Michaela Kinga - bezdomnego mężczyzny, który pewnego dnia znalazł kotkę. Zainteresowanych odsyłam do artykułu w języku angielskim, oraz zapraszam na zapoznanie się z moimi odczuciami po lekturze książki. 

Britt Collins to była redaktorka naczelna pisma Voyager, której teksty publikowano w wielu czasopismach. Mieszka w Londynie, jednakże często odwiedza Los Angeles. W wolnych chwilach wolontariuszka w schroniskach dla zwierząt na całym świecie - zbiera fundusze i dociera do najbardziej potrzebujących czworonogów!. Mój przyjaciel kot to debiut literacki kobiety. 

,,Koty to ukojenie dla duszy."

Michael King to bezdomny alkoholik, którego dawne życie w szczęściu skończyło się w momencie śmierci ukochanej osoby. Od tego czasu King pląta się po ulicach, prowadząc wędrowniczy styl życia. Pomimo bezdomności mężczyźnie udało się nawiązać trwałe przyjaźnie z ludźmi żyjącymi w podobnych warunkach. Pewnego dnia na drodze bezdomnego staje pstrokata kotka, która diametralnie odmienia życie Michaela. 

Na tę książkę miałam ochotę już od pierwszych zapowiedzi na stronie wydawnictwa. Wprost nie mogłam się jej doczekać, a gdy otrzymałam możliwość zrecenzowania powieści byłam przeszczęśliwa. Jak już wspominałam na początku, koty wprost uwielbiam, przez co podeszłam do tej książki mega pozytywnie i nie ukrywam, że trochę się zawiodłam. Nie chodzi o historię, bo przygoda jaką przeżył Michael King z kotką była piękna, wzruszająca i popierająca moje przekonanie, że kot tak samo jak pies może być wspaniałym towarzyszem człowieka, jednakże Britt Collins poniosła pewną klęskę, a ów klęską była postać Rona, pierwotnego właściciela Tabor/Maty. O mamo! Nawet ciężko mi opisać katorgę jaką przeżyłam czytając rozdziały skupiające się na tym mężczyźnie - i od razu zaznaczam, że cudzysłów wcale nie odnosi się do orientacji seksualnej bohatera. Ron był niczym typowa baba przeżywająca PMS - w sumie to był nawet gorszy, bo kobiecie ten stan minie, jemu nie. Wiem jak to jest stracić ukochanego pupila, bo przeżyłam to, co bohater - a właściwie przeżyłam nawet nieco więcej, walcząc o życie mojego kota, a na końcu będąc obecną przy usypianiu... Nie będę się rozpisywać na ten temat, bo skończy się to na łzach. Jednakże postać dorosłego faceta wpadającego w depresję po zaginięciu kota - pisanie o nim na każdym możliwym forum internetowym, notoryczne użalanie się nad sobą do znajomych i rodziny, wizyty u wróżek nawiązujących telepatyczną więź z zaginionymi pupilami, zamykanie się w domu i palenie zniczy w oknach po dziewięciu miesiącach od nieszczęśliwego zdarzenia to stanowczo za dużo! Ludzie dookoła nas codziennie zmagają się z prawdziwymi problemami - śmierć ukochanej osoby, choroba dziecka... a nasz bohater całkowicie się załamał z powodu kota? Ja śmierci swojego pupila nie przyjęłam z uśmiechem na twarzy - wręcz przeciwnie, przez pierwszy tydzień byłam chodzącym nieszczęściem z opuchniętymi od łez oczami, ale trzeba żyć dalej. Mam nadzieję, że osobowość Rona to w większości fikcja, bo facet doprowadził mnie niejednokrotnie do bólu głowy. 


Teraz przejdę do powodów, dla których Mój przyjaciel kot okazał się być miłą i ciekawą lekturą, którą czytałam niemalże cały czas z przyjemnością. Po pierwsze: przekaz powieści. Każdy zasługuje na przyjaźń oraz przyjaźń możemy znaleźć w miejscu, w którym nigdy byśmy się nie spodziewali. To właściwie temat przewodni tejże książki. Kto by się spodziewał, że osoba mieszkająca na ulicy od lat ma w sobie tyle dobroci, by pomóc rannemu kotowi, zaopiekować się nim i szczerze pokochać? Większość moich znajomych uważa bezdomnych za bandę nierobów, osób, które skończył alkohol - nie kłócę się z nimi, bo często to prawda, jednakże pośród tych ludzi wiele jest takich, których w życiu spotkało coś druzgocącego, co odmieniło ich na zawsze. Michael King jest jednym z nich. Czasem trzeba niewiele, by przywrócić w człowieku nadzieję. 

,,Nie bądź nigdy nieżyczliwy dla obcych, bo odrobina dobroci może cię zaprowadzić naprawdę daleko, a czasem nawet pomóc przetrwać całe życie."

Po drugie: koty! Jak zapewne już się domyśliliście, jestem typem kociary. Od zawsze miałam swojego kociego przyjaciela. Uwielbiam te mądre stworzenia i wolę je od psów - które zresztą też uwielbiam! Cieszę się, że do świata literatury wkroczyły właśnie takie rozgrzewające serca historie, w których to nasi czworonożni przyjaciele grają główne skrzypce. Mój przyjaciel kot prezentuje więź człowieka ze zwierzęciem, która odmienia jego życie, sprawia, że staje się on kimś, kogo już dawno w sobie zatracił. 


Po trzecie: ta historia jest na faktach! Jak widać, nie wszystkie zaskakujące historie powstają w głowach autorów powieści. Niezwykła przygoda (miejscami przerywana przez żałosne zrzędzenie Rona) bezdomnego mężczyzny i jego ukochanego futrzaka zdarzyła się naprawdę. Ta powieść była w sam raz dla mnie: Dla wszystkich, którzy kochali i stracili kota. 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece!