Szablon stworzony przez Arianę dla Wioski Szablonów | Technologia Blogger | X X X

niedziela, 29 czerwca 2014

4. Hopeless, Colleen Hoover


Choć rzadko kiedy zdarza mi się biegać za popularnymi nowościami, to tym razem wszechobecny zachwyt skusił również i mnie. Dorwałam w empiku, zakupiłam, wróciłam do domu i jak tylko przyszła kolei zaczęłam czytać. No i co ja mam teraz powiedzieć o tej książce? Tak jakby brak mi słów… wordless. Chwilka na zebranie myśli - dobra.
Przede wszystkim zacznę od tego, że chyba ostatnią książką, która wzbudziła we mnie tak silne uczucia była trylogia Suzanne Collins „Igrzyska Śmierci” - choć ta seria ma się do „Hopeless” jak piernik do wiatraka. Już sama okładka wniosła do mojego serca kilka uczuć; przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Dean Holder to chłopak, w którym mogłabym się zakochać. Pełen sprzeczności, a zarazem pasujących do siebie cech. Zacznijmy jednak od głównej bohaterki, czyli siedemnastoletniej Sky. Poznajemy ją jako pewną siebie, silną i otwartą na związki dziewczynę (nie potrafiącą niestety poczuć zupełnie nic podczas kontaktów z chłopakami), żegnamy zniszczoną przez prawdę, którą poznała. Została ona adoptowana przez kobietę imieniem Karen - ze swojego dzieciństwa nie pamięta nic. Karen ma dosyć specyficzne poglądy na wychowanie. Sky nie może mieć telewizora, telefonu, Internetu, a naukę pobiera w domu. Żyje pod kloszem, odizolowana od prawdziwego świata. W końcu udaje jej się przekonać matkę i idzie do publicznej szkoły - to właśnie w tym momencie pojawia się pierwsza rysa na wcześniej wspomnianym kloszu. Sky poznaje tajemniczego chłopaka o magnetycznym spojrzeniu - Deana Holdera i jeszcze bardziej interesującym tatuażu na przedramieniu, napisie hopeless. Sam wzrok chłopaka budzi w niej zupełnie nieznane uczucia - a może właśnie bardzo znane? Od tego momentu życie dziewczyny gwałtownie przyśpiesza, odkryte zostają fakty z mętnej przeszłości Sky, które prawie ją niszczą.

,,Czasem możesz wybierać tylko spośród samych złych opcji. Musisz zdecydować, która z nich jest najmniej zła."

Nie będę kłamać - do książki podeszłam z ogromnym dystansem. Nie chciałam się po prostu przejechać na wybujałym opisie, no i właściwie nie wiedziałam co mogę się spodziewać zarówno po autorce, jak i gatunku. Prolog nieco mnie rozbawił. Nie miałam zielonego pojęcia, co mogło aż tak rozgniewać nastolatkę, jednak już po przeczytaniu pierwszego rozdziału byłam zachwycona! Colleen Hoover ma naprawdę dobry styl pisania, przez co lekturę czytało mi się naprawdę bardzo, ale to bardzo przyjemnie. Zarówno postać Sky jak i Holdera została niezwykle wyraźnie naszkicowana - niemalże widziałam ich przed oczami. Nie łatwo mnie wzruszyć, a jednak przy „Hopeless” prawie że uroniłam łzę. Prawie - a w moim przypadku to nie mały sukces. Ale żeby nie było aż tak miło, w książce nie spodobało mi się kilka rzeczy: po pierwsze, jest stanowczo za krótka (kurde, dalej jest miło!), no i w pewnym momencie miałam dosyć postaci Holdera, jak i całego tego wątku miłosnego, na którym opiera się… - ba! - stoi cała fabuła. Dean to złoty chłopak, naprawdę cudowny, jednak czasem jego pantoflowatość mnie irytowała. Czasem. W dalszym ciągu uważam, że mogłabym się w nim zakochać. Żałuję również, że nie dane nam było poznać bliżej Six, cóż za ciekawa osóbka. Ogólnie rzecz biorąc, „Hopeless” dogłębnie mnie poruszyło. Ta książka to kawał dobrej roboty. Autorka poruszyła ciężkie tematy, nie tylko związane z dobrymi aspektami miłości, ale przede wszystkim tymi toksycznymi, beznadziejnymi. To piękna historia o tym, że miłość potrafi być środkiem leczniczym, że to właśnie dzięki temu uczuciu człowiek jest w stanie podnieść się po największym upadku, że brak nadziei może łatwo przerodzić się w nadzieję, a beznadziejny chłopiec niekoniecznie musi być beznadziejny.
Nie przypuszczałam, że ta książka będzie aż tak dobra - musiałam po niej odetchnąć. Oczywiście, w pozytywnym sensie. Ciężko przejść obojętnie obok tak wstrząsającej historii pełnej bólu, żalu i strachu. W fabule kompletnie się zatraciłam, ciężko było mi się oderwać od lektury, ze smutkiem chowałam książkę pod poduszkę, by móc po przebudzeniu od razu po nią sięgnąć. Coś wspaniałego. Oby więcej takich książek! Wiem, że ta historia szybko mnie nie opuści i właśnie to w czytaniu kocham najbardziej. Za tą piękną okładką kryje się coś wielkiego, po co powinien sięgnąć każdy z nas. Emocje gwarantowane! Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę, że „Hopeless” stoi na jednej z moich półek, bo na pewno nie był to ostatni raz, kiedy sięgnęłam po tę książkę.

książce przyznaję 9/10

niedziela, 29 czerwca 2014

SPIS RECENZJI


A:



B:



C:



D:




E:


F:


G:


H:




I:




J:


K:



L:



M:




N:


O:



P:




Q:


R:




S:



T:


U:


W:




X:


Y:




TYTUŁY ZACZYNAJĄCE SIĘ OD CYFR:




środa, 25 czerwca 2014

3. Między Niebem a Ziemią, James F. Twyman

tytuł oryginalny: The Barn Dance autor: James F. Twyman rok wydania: 2010 liczba stron: 244  wydawnictwo: Illuminatio


         „Między Niebem a Ziemią”  to autentyczna opowieść będąca zapisem doświadczeń samego autora - Jamesa F. Twymana, którego była żona Linda została brutalnie zamordowana w jej własnym mieszkaniu, podczas gdy on spędzał święta z ich córką w Minneapolis w Oregonie. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, jednak czy było pozytywne? Przekonajmy się!            
         Książkę zaczęłam czytać dzień przed drugą częścią (tym razem praktyczną) egzaminu i pomimo presji ciągle zerkałam i czytałam po kilka stron. Historia Jamesa naprawdę do mnie trafiła - choć czasami gubiłam się i sama już nie byłam pewna, co jest prawdą, a co nie, to i tak z fascynacją przemierzałam kolejne kartki. Przyłapałam się również na wpatrywaniu się w zdjęcie rodziny Twymanów, które wydawnictwo umieściło na skrzydełku. Chcąc sprawdzić ową autentyczność historii opowiedzianej w książce, przeszukałam skrawek Internetu i znalazłam informację na temat faktycznego morderstwa Lindy Twyman - tak jak pisało w książce, została ona zamordowana w jej mieszkaniu w Evanston.               
         Podczas lektury „Między Niebem a Ziemią”  dostrzegłam jak ogromną tragedię potrafią wyrządzić nam całkiem obcy ludzie - ludzie, z którymi nie mamy żadnej styczności, którym nic nie zrobiliśmy, którzy nie zastanowią się co będzie przeżywać rodzina tej osoby. W Angeli znalazłam cząstkę siebie - tak samo jak ona mam prawie dwadzieścia lat i w sytuacji kryzysowej doznaję paraliżu emocjonalnego, lub jak ładnie określił to autor: emocjonalną śpiączkę, zanik uczuć. Właśnie to jej postawa uderzyła mnie najmocniej. Potrafiłam postawić się na jej miejscu. Zaczęłam zadawać sobie pytania a co gdyby to mojej mamie ktoś zrobił coś tak okropnego? Jakbym się zachowała, gdybym się o tym dowiedziała, jakbym funkcjonowała? Pewnie tak samo jak Angela Twyman, bo zachowała się zupełnie naturalnie. Nie zanosiła się teatralnymi łzami, nie rozpaczała na każdym kroku. Była po prostu smutna, a ów smutek był tak wielki, że wsiąknął w jej mięśnie - a przede wszystkim w serce, wywołując wcześniej wspomnianą emocjonalną śpiączkę. James i Angela przeżyli prawdziwe piekło składające się z tęsknoty, niezrozumienia i zagubienia. Pomimo rozwodu Jamesa i Lindę łączyło silne, dojrzałe, bo dwudziestoletnie uczucie, którego nie zdążyli uformować.               
          „Między Niebem a Ziemią” jest swoistą spowiedzią autora, który przyznaje przed samym sobą oraz już zmarłą żoną, że popełnił błąd, doprowadził ich małżeństwo do rozpadu, czego do dziś żałuje. Choć historia przez niego została mocno zakropiona elementami fantastyki, to i tak wydaje się zupełnie rzeczywista (do pewnego momentu, ale o tym zaraz). James F. Twyman stworzył świat, w którym nic nigdy tak naprawdę nie umiera - rzeczywistość, w której można zawisnąć pomiędzy dwoma światami, jednocześnie nie należąc do żadnego z nich, tak jak się nam wydaje. Niestety! Autor w pewnym momencie zaczyna… brzydko mówiąc, fanzolić. Fantastyka przerosła rzeczywistość powieści, przez co zgubiła ona tą autentyczność. Kilka razy zadałam sobie pytanie, co James F. Twyman brał podczas pisania tej książki? Rozumiem. Chciał pokazać jak ważne jest przebaczenie, by móc odzyskać spokój - przede wszystkim własnej - duszy. Jednak co za dużo, to niezdrowo. Miejscami książka była właśnie niezdrowa, a wypowiedzi głównego bohatera zbyt sztywne - jakby wygłaszał poemat na temat pokoju na świecie i mocy miłości do bliźnich. Wątpię, by człowiek, któremu zamordowano brutalnie żonę powiedział do morderców coś w stylu  „kocham i wybaczam”. Sama postać Lindy, początkowo zwykłej kobiety (gdzie zwykłość rozumiem jako bycie człowiekiem, którym targają uczucia - niekoniecznie dobre i zgodne z dekalogiem) nagle zostaje tak cholernie wyidealizowana, że aż mam jej dosyć. To chyba największy minus tej książki. Nie zmienia to jednak faktu, że książkę czytało mi się naprawdę dobrze i zajęło mi to dwa dni. Była to miła, lekka lektura - można nawet ją nazwać swego rodzaju odmóżdżaczem. Historia Jamesa, Lindy i Angeli na pewno jest wstrząsająca. Pomimo elementów fantastyki mamy tu do czynienia z prawdziwym morderstwem, rzeczywistą tragedią jaka dotknęła rodzinę Twymanów. No i miłość. Co byśmy bez niej zrobili? Miłość jaką główny bohater darzy swoją byłą żonę jest co najmniej wzruszająca, ale właściwie nie wiem, czy faktycznie James darzył Lindę takim uczuciem cały czas, i czy to aby nie śmierć kobiety wywołała tak nagły skok miłości. Jednak, któż to wie? Chyba tylko sam autor. Spodobało mi się to, iż tytuł utworu (oczywiście oryginalny, The Barn Dance) coś znaczył. Nie był tak o wybrany - jak w większości powieści. Od początku lektury ciekawiła mnie jego symbolika i w końcu się doczekałam znaczenia. Niestety sam motyw tej wiejskiej zabawy wydał mi się niestety banalny i do gustu mi nie przypadł. Przyznaję, że na początku książka ogromnie mi się podobała, jednak w pewnym momencie miarka się przebrała i bach. Już nie było tak fajnie. A szkoda, bo widać, że autor ma potencjał.  
         Tak jak pisałam na początku, było to moje pierwsze spotkanie z tym autorem i właściwie oceniam je nijako. Ani dobrze, ani źle. Może i sięgnęłabym po kolejną jego książkę, tyle że „Między Niebem a Ziemią” wydaje się być jedynym jego dziełem, które mogłoby mnie w jakimś stopniu zainteresować. Nie jestem pewna, czy mogę wam polecić tę książkę z czystym sumieniem, jednak warto sprawdzić samemu. Może komuś przypadnie bardziej do gustu i odnajdzie w lekturze znacznie więcej ode mnie.

Książce przyznaję 4/10


„Między Niebem a Ziemią” miałam możliwość przeczytać dzięki Wydawnictwu Illuminatio.



a tymczasem zabijcie mnie, bo znowu coś kupiłam:


ktoś czytał Czas Żniw? Jak wrażenia?




niedziela, 22 czerwca 2014

2. Prawdziwe Morderstwa, Charlaine Harris



Na „Prawdziwe Morderstwa” zwróciłam uwagę właściwie tylko we względu na autorkę - Charlaine Harris to jedna z moich ulubionych pisarek. Wcześniej nie zaczytywałam się w kryminałach i wcale mnie do nich nie ciągnęło. O ile dobrze pamiętam dwie pierwsze części cyklu o Aurorze Teagarden zakupiłam razem - póki co przeczytałam tylko pierwszą część, jednak po lekturze „Prawdziwych Morderstw” na pewno sięgnę po „Kości Niezgody”. 


Co na nas czeka? Aurora „Roe” Teagarden to spokojna, wręcz stereotypowa bibliotekarka mieszkająca w Lawrenceton w stanie Georgia - są to prężnie rozwijające się przedmieścia Atlanty. Jest samotną kobietą, której życie krąży wokół pracy, zajmowaniem się domem oraz klubem Prawdziwe Morderstwa, w którym członkowie omawiają przypadki zbrodni sprzed lat. Poznajemy ją w dniu, w którym umiera - a raczej zostaje brutalnie zamordowana jedna z członkiń tej oto grupy, Mamie Wright. Aurora w zbrodni od razu spostrzega pewien wzór - kobieta została zamordowana niemalże w identyczny sposób oraz w bardzo podobnych okolicznościach co niejaka Julia Wallace, na której temat miał odbyć się tego dnia wykład. Lawrenceton wręcz kipi od plotek, a Aurora jest na ich czele. Zbrodnia pociąga za sobą kolejne, ktoś wyraźnie czyha na życie Roe, a także reszty członków Prawdziwych Morderstw, pomiędzy którymi znajduje się seryjny morderca.


„W filmach te wysuszone bibliotekarki z włosami ściągniętymi w kok często pozwalają sobie na nagłych wybuch. Niszczą fryzury, zrzucają okulary i ruszają w tango. Może i ja tak kiedyś zrobię.”

Nim poruszę kryminalną część książki, chciałabym zwrócić uwagę na podobieństwo Sookie Stackhouse (głównej bohaterki cyklu, na której podstawie powstał serial HBO „Czysta Krew” - oczywiście autorstwa C. Harris) do Aurory. Nie na odwrót - choć cykl Sookie Stackhouse trafił do naszych rąk wcześniej, to właśnie Aurora Teagarden była pierwsza, tyle że cykl nie był publikowany. W obu przypadkach mamy samotną, dojrzałą kobietę prowadzącą dom i wyraźnie czerpiącą z tego przyjemność. Początkowo obie są delikatne, bezbronne, zdane na męską pomoc - jednak z czasem bohaterki ewoluują, stają się waleczne, samodzielne, pewne siebie. Pamiętacie jak w podstawówce mieliście rzekomą lekcję muzyki i nauczycielka wręczała wam trójkąt? Właśnie na takim trójkącie pogrywają Sookie i Aurora. Wplątują się w ten znienawidzony (naprawdę znienawidzony!) trójkąt miłosny. W przypadku Sookie mamy Billa i Erika, z kolei Aurora pogrywa sobie z Robinem Crusoe (ach te charakterystyczne nazwiska Harris) oraz Arthurem Smithem - którego znacznie bardziej lubię. Nie spodobało mi się bardzo to, że Aurora swój romans nawiązuje nagle, równocześnie z lekturą. Rozumiem, że w przypadku Robina nie miało jak dojść do tego, aczkolwiek sądzę, iż autorka powinna umieścić chociażby iskierkę między Arthurem (z którym Aurora chodziła bodajże przez 3 lata na spotkania Prawdziwych Morderstw), a nie nagle ni stąd ni zowąd pojawia się uczucie. Nagłemu bach mówię stanowczo NIE, tak samo jak oklepanym trójkątom miłosnym - ale to drugie jej wybaczę; w końcu „Prawdziwe Morderstwa” powstały w 1990 roku - może wtedy te cholerne trójkąty nie były aż tak na fali. Kolejną nieprzyjemną sprawą związaną z życiem uczuciowym bohaterki było to, iż Aurora bezczelnie bawiła się uczuciami obu mężczyzn. Przez to jakoś straciłam do niej sympatię, a - o dziwo - darzyłam ją niemałą! Kobiety stworzone przez panią Harris jakoś łatwo wkradają się w moje łaski.



Choć ogromnie lubię twórczość Charlaine Harris to jej działalność w kryminałach jakoś nieszczególnie mnie wciągnęła. Książka nie jest zła, jednak na pewno nie jest też górnolotna. Taki przeciętniak, ot co, aczkolwiek całkiem przyjemny. Lekturę czyta się bardzo szybko, jest ona lekka do przetrawienia - i właściwie w moim przypadku stanowi to wadę. Oczywiście nie lubię książek, przez które przebrnięcie stanowi nie lada wyzwanie, jednakże nie zmienia to faktu, że to właśnie ta wyważona ciężkość (jak w przypadku poprzedniej książki, którą czytałam i której recenzja znajduje się zaraz pod tą) wciąga nas w fabułę. Styl autorki nie jest szczególnie wyśmienity, jednocześnie nie mogę określić go słowem prostacki. Jest dosyć… kolokwialny. Nie znajdziemy w nim wyszukanego słownictwa, długich, często męczących opisów. Nie roztrząsa kwestii psychologicznych, filozoficznych, czy moralnych. Charlaine pisze szybko, prosto i na temat. Jako książka obyczajowa - duży plus, jako kryminał - niestety minus. Brak tu tego czegoś, przez co w mojej głowie pojawia się pytanie „kto zabił?”. Czytam, bo fajnie się czyta, nie dlatego, że zżera mnie ciekawość. A chyba nie na tym polega czytanie kryminałów, czyż nie?



Książka napisana jest z perspektywy głównej bohaterki, co znaczy, że mamy ograniczony zasób wiedzy i spostrzegania. Aurora to niegłupia kobieta, jednak czasami odniosłam wrażenie, że jej opinie (zwłaszcza na początku) brały się nie wiadomo skąd. Miałam wrażenie, że autorka próbuje uczynić z Roe damską wersję Sherlocka. Wspomnę również, że jakoś nieszczególnie spodobały mi się dialogi. Tu coś Charlaine sknociła - a to właśnie te dialogi rozśmieszały mnie u Stackhouse. Tu nabrały one wręcz groteskowości, jakiegoś pseudo-komicznego wydźwięku. 




Podczas lektury „Prawdziwych Morderstw” bezustannie miałam przed oczami Sookie. Niestety cykl ten jest drugim stworzonych przez panią Harris, w który się wgłębiłam i nie mogę stwierdzić, czy Aurora Teagarden jest pierwowzorem wszystkich bohaterek jej powieści - jednak na pewno jest wcześniejszą panną Stackhouse. Dlatego też z chęcią sięgnę po cykl Lily Bard, by się przekonać, czy moje podejrzenia są prawdziwe. Na pewno „Prawdziwe Morderstwa” nie jest złą książką. Jest zwyczajną. Ani dobra, ani zła. Nie mogę jednak skłamać i powiedzieć, że znajduje się w niej wszystko na co czekałam, ani stwierdzić, że nie przypadła mi do gustu, bo przypadła. Ale niestety tak jak już wcześniej wspomniałam, jako kryminał to nie jest to, choć zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło. Mam nadzieję, że „Kości Niezgody” będą lepsze i odczuję podczas lektury więcej emocji. Jako że wcześniej przeczytałam prawie cały cykl o Sookie Stackhouse mogę stwierdzić, że styl pani Harris wyraźnie się poprawił od czasu „Prawdziwych Morderstw” i oby tak dalej.


książce przyznaję 6/10

A tak poza tym wczoraj odwiedziłam Bielsko-Białe, z którego przywiozłam dwie perełki:



  nawet nie mam miejsca, żeby je wepchnąć na półkę...

Jutro czeka mnie egzamin, na który praktycznie w ogóle się nie przygotowałam. Powodem jest lenistwo i brak zaangażowania w sprawę. Jakoś nieszczególnie mi na tym zależy i właściwie największym problemem jest wstanie i przyszykowanie się na niego. 

Bardzo dziękuję za takie zainteresowanie pod poprzednim postem - nawet nie wiecie ile uśmiechu mi przysporzyliście. Do usłyszenia!



Prawdziwe Morderstwa ~ Kości Niezgody

piątek, 20 czerwca 2014

Stosik #1

Witam wszystkich serdecznie! Choć recenzja książki Charlaine Harris „Prawdziwe Morderstwa” jest już gotowa i wiernie czeka na moim laptopie na publikacje, to dziś postanowiłam pochwalić się moim najnowszymi zdobyczami. Zachęcona przez promocje Wydawnictwa Znak zamówiłam kilka książek, które przyszły do mnie wcześniej niż oczekiwałam - za co ogromny plus. Książeczki są w idealnym stanie - a jak wiadomo, gdy zamawiamy z internetu nie zawsze takie otrzymujemy. Zdarzają się zagięte rogi, uszkodzone strony. 


od góry:

Spadkobiercy”, Kaui Hart Hammings - wydanie kieszonkowe, za które zapłaciłam 1zł
„Tajny Raport Millingtona”, Martin Zelenay - ta za jedyne 4,90zł
„Dom Tajemnic” , Chris Columbus, Ned Vizzini
„Londyn NW”, Zadie Smith
„Zimowa Opowieść”, Mark Helprin

oczywiście wszystkie książeczki są z Wydawnictwa Znak.
Z zakupów jestem ogromnie zadowolona, zwłaszcza że wcześniej nie zamawiałam ze stron wydawnictw. 

Aktualnie czytam „Tajny Raport Millingtona” - nigdy wcześniej nie czytałam thrilleru politycznego. Ten gatunek jest mi całkowicie obcy, jednak z każdą stroną coraz bardziej przekonuję się do niego. Po pięćdziesięciu stronach ciężko ocenić książkę, jedyne co mogę o niej powiedzieć to, to że autor zna się na rzeczy. 

Moim nałogiem jest zamawianie książek. Dla mnie z książkami jest jak z ciuchami - wolę mieć swoje, a nie pożyczać, bo łatwo się do nich przywiązuję. W domu mam całkiem sporą biblioteczkę i aktualnie nie mam kompletnie miejsca na półkach żeby wcisnąć choćby jedną książkę więcej. Ale i tak mnie to nie powstrzymuje od powiększania swojego majątku książkowego.  

 A wy wolicie pożyczać od znajomych bądź z biblioteki, czy kupować własne egzemplarze? 

środa, 18 czerwca 2014

1. Miasteczko Salem, Stephen King

tytuł oryginalny: Salem's Lot autor: Stephen King rok wydania: 1975 liczba stron: 526 wydawnictwo: Prószyński i S-ka

SPOILERY!


„O trzeciej nad ranem świat, ta stara dziwka, nie ma na twarzy makijażu i widać, że brakuje mu nosa i jednego oka.”

         „Miasteczko Salem” to druga książka (zaraz po debiutanckiej „Carrie”) Stephena Kinga. Jako, że jestem ogromną fanką jego twórczości za lekturę zabrałam się z uśmiechem na ustach - King to jeden z tych nielicznych autorów, których grubość książek (a niektóre to prawdziwe tomiska, mogące stanowić idealną broń) wcale a wcale mnie nie przeraża. A wręcz odwrotnie! Gdy w umyśle króla grozy pojawił się pomysł na książkę, wówczas 28-letni Stephen miał już za sobą godny pochwały debiut oraz całą masę opowiadań, które były publikowane w różnych czasopismach (Fantasy & Science Fiction, Cavalier, Jiggs - i szereg innych, o których 99% z was zapewne wcześniej nie słyszała) i brnął dalej w mroczne zakamarki swojego nietuzinkowego talentu, odsłaniając przed czytelnikami ich największe koszmary.
         Jerusalem's Lot - w skrócie po prostu Salem - to niewielkie miasteczko położone w stanie Maine (jak w większości dzieł pisarza), czyli w północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych, gdzie na śniadanie jada się jabłecznik, jak to powiedziała Rachel Nichols, które jest przyjemne latem, ale to w zimie jest widoczna jego dusza - tu wolne tłumaczenie słów pisarza Paula Therouxa. Już w nazwie miasteczka mamy do czynienia ze specyficznym humorem Kinga. Na pewno większości z was (mnie również) Jerusalem skojarzyło się ze świętym miastem trzech religii, a tymczasem nazwa okolicy pochodzi od imienia świni, którą posiadał jeden z pierwszych mieszkańców. Bach! Salem to osobliwe, dosyć ponure, wyobcowane miasteczko, nad którym - niczym diabelski bożek, stoi Dom Marstenów. Przed laty popełniono tam morderstwo i samobójstwo.   
         Ben Mears, względny główny bohater (później wytłumaczę dlaczego ośmieliłam nazwać się go względnym) przyjeżdża do owego miasteczka, by pozbyć się demonów z dzieciństwa związanych właśnie z tym przeklętym domem. Gdy jako chłopiec mieszkał u ciotki w Jerusalem, ogromnie chciał przynależeć do pewnej bandy chłopców. Warunkiem członkowstwa w ich małym klubie było wejście do Domu Marstenów i wykradzenie jakiegoś fanta. Mały Ben podjudzony przez rówieśników włamał się do opuszczonego domu - udało mu się wykraść śnieżną kulę. Nim opuścił posiadłość postanowił zajrzeć do sypialni Marstenów. Gdy uchylił drzwi, czekał na niego potworny widok - powieszony Hubie Marsten. Jakby tego nie było za wiele, trup otworzył oczy i spojrzał na niego! Mały Ben Mears uciekł w popłochu i nigdy nie zapomniał tego, co ujrzał.
         Tak więc Ben Mears przybywa do Jerusalem, by móc w końcu uwolnić się od tego wspomnienia - poprzez przekonanie się samemu, że to co ujrzał wcale nie było prawdą, lecz wybrykiem dziecięcej fantazji, oraz napisać powieść o tym właśnie miejscu (jest dosyć czytywanym pisarzem). Pragnie wynająć dom Marstenów, który jak na złość wciąż jeszcze stoi. Okazuje się jednak, że został on zakupiony przez niejakich Stokera i Barlowa, planujących otworzyć w miasteczku sklep z antycznymi meblami - otwierają go i zaczyna się prawdziwa zabawa poprzedzona niby niewinną grą wstępną.
         W Kingu uwielbiam nieprzewidywalność, a zarazem to, iż autor stopniowo przybliża nas do sedna sprawy. Nie trzyma wielkiej bomby na koniec - woli częstować czytelnika małymi kęsami tajemnicy. W przypadku „Miasteczka Salem” spodziewałam się zupełnie czegoś innego! No sami powiedzcie, z czym wam się kojarzy Salem? Chwila na zastanowienie… Z czarownicami! No dobrze, może to nie jest dokładnie to samo Salem (wydarzenia związane z czarownicami miały miejsce w stanie Massachusetts, tu mamy Maine), ale dopóki nie stało się jasne, iż bohaterowie mają do czynienia z wampirami spodziewałam się innych istot nadnaturalnych. Jednak wcale a wcale się nie zawiodłam. Wręcz odwrotnie - czytałam dalej, pożerając stronę za stroną. Nie są to wampiry typu Edwarda ze „Zmierzchu”, a już tym bardziej nie Zoey z serii „Naznaczonej” - to prawdziwe demony nie mające za grosz serca czy człowieczeństwa. Tutaj miłość Belli na nic by się nie zdała, bo nim zdążyłaby wyszeptać TE dwa słówka byłaby martwa. 


„Miasteczko wiedziało wszystko o ciemności. Wiedziało wszystko o ciemności, która okrywa ziemię, gdy słońce skryje się za linią horyzontu, a także o tej, która panuje w ludzkiej duszy. ”

         Wcześniej nazwałam Bena Mearsa bohaterem względnie głównym. Pewnie dla większości (albo nawet dla wszystkich, łącznie z autorem) jest on głównym bohaterem, jednak dla mnie jest on bohaterem… prowadzącym. Myślę, że to określenie będzie idealne. Wprowadza on nas do miasteczka, w całej książce jest go najwięcej - jest od początku do końca, udaje mu się przeżyć. Jednak nie wydaje wam się, że głównym bohaterem jest właśnie miasteczko? Przypomina on żywy organizm, którego organy - mieszkańcy stopniowo zarażają się jeden od drugiego, doprowadzając żywiciela do upadku. Salem upada. Liczebność wampirów przerosła liczbę żywych mieszkańców - już nic nie da się zrobić. Właściwie jedyną deską ratunku jest zniszczenie miasteczka bądź stopniowe, bardzo mozolne wybicie wampirów. Jednak to nie jest takie proste, bowiem ludzie żyją w świecie, który nie przyjmuje do wiadomości istnienia istot nadnaturalnych - wampiry pomimo tego, że istnieją i regularnie zabijają wciąż są mrzonką. Ben i Mark nie mogą się do nikogo zgłosić o pomoc. Muszą zrobić to sami. Główny bohater - Salem umiera, a Ben i Mark podejmują się zadania wskrzeszenia miasteczka.
          Reasumując: „Miasteczko Salem” na pewno jest wybitnym dziełem Stephena Kinga. Po króciutkiej „Carrie” pisarz częstuje nas prawdziwym tomiskiem, w którym poznajemy masę bohaterów - jak już mówiłam, głównym bohaterem jest miasteczko; w dodatku rozbudowanych bohaterów. Są oni przede wszystkim dotknięci złem, skazą - mamy tu kobietę, która bije swoje małe dziecko, księdza-alkoholika (jednego z moich ulubionych bohaterów), garbatego psychola wyładowującego złość na szczurach, cudzołożnicę i szereg innych ludzi. Jednak są i ci dobrzy - i właśnie oni jako pierwsi dostrzegają zarazę: Ben, Matt, Susan, Mark, Jimmy, ksiądz Callahan (co prawda umieściłam go również i w tych złych, ale myślę, że jest on postacią pośrednią).
          Wprost uwielbiam styl pisarski autora - nie mam w tym miejscu nic do zarzucenia. Jednak miejscami (właściwie tylko na początku) książka była ciężka, należało się przy niej skupić, poza tym zbyt często rozdziały kończyły się na wpatrywaniu się bohatera w dom Marstenów. Jednak ten ciężar wynikał z ilości bohaterów - nagle staje przed nami tłum ludzi, o których nie mamy bladego pojęcia, a każdy z nich przedstawia nam swoją historię. Bach!
          Stephen stworzył zupełnie nowy świat, doprawił go garścią grozy i posypał szczyptą fantastyki. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że po wspaniałym „Lśnieniu” i (jak dla mnie) jeszcze lepszym „Cmętarzu Zwieżąt” po raz kolejny zachłysnę się talentem Kinga. A jednak się stało. Jeżeli lubisz fantastykę, masz ochotę troszkę potrzepać gaciami, lub po prostu chcesz przeczytać naprawdę dobrą książkę „Miasteczko Salem” to strzał w dziesiątkę.        

         Mam cichą nadzieję, że Stephen King napisze choćby pięćdziesięciostronicową kontynuację „Miasteczka Salem” - w końcu „Lśnienie” doczekało się dalszego ciągu po wielu, wielu latach - a właściwie do dziś nie wiemy, czy Benowi i Markowi udało się przywrócić do życia Salem (lub choćby wybić te cholerne wampiry).

Książce przyznaję zasłużone 10/10.
„Miasteczko Salem” miałam okazję przeczytać dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka - za co dziękuję. 

_________________

Bardzo dziękuję za uwagę. Już niedługo kolejna recenzja. Tym razem oceniać będę „Prawdziwe Morderstwa” autorstwa Charlaine Harris. A tymczasem serdecznie pozdrawiam! 

niedziela, 15 czerwca 2014

Zaczynamy!

Serdecznie wszystkich witam na nowo powstałym blogu o tematyce książkowo-recenzyjnej. Już od dłuższego czasu zastanawiałam się, czy aby takiego nie założyć. W blogowaniu mam już spore doświadczenie, niestety bardzo dawno temu porzuciłam to moje małe hobby. Jednak miłość do literatury znowu mnie do tego wkręciła.

Mam na imię Justyna. Jestem dwudziestoletnią dziewczyną-kobietą, która aktualnie czeka na wyniki maturalne, modląc się, by zdać przeklętą matematykę i móc realizować swoje marzenia: studia na kierunku amerykanistyki. Co prawda - z moim talentem do nauk ścisłych szanse są nikłe. Ale najważniejsza jest nadzieja, jak to mówią.

W wolnym czasie pogłębiam swoją wiedzę z języka angielskiego oraz hiszpańskiego, czytam oraz piszę (tj. tworzę). W tym miejscu wspomnę, iż te dwie umiejętności przyszły w tym samym momencie. Już jako 7  letnia dziewczynka spisywałam to, czym karmiła mnie własna fantazja, która w połączeniu z wyobraźnią dziecka bywało wybuchową mieszanką. Aktualnie pracuję nad powieścią i jestem w fazie wstępnej, czyli mam za sobą zaledwie 1/3 całości, w dodatku bez korekt.

Wracając do bloga - szablon będzie zmieniamy. Szukam chętnej osoby, która byłaby tak kochana i zrobiła dla mnie coś delikatnego, minimalistycznego i w stonowanych kolorach. Póki co, to wszystko.

Już niedługo możecie się spodziewać recenzji powieści wspaniałego Stephena Kinga Miasteczko Salem.

niedziela, 15 czerwca 2014

WSPÓŁPRACA

Zapraszam do współpracy wydawnictwa oraz autorów. Oferuję współpracę jednorazową lub dłuższą. Obiecuję recenzję rzetelną i subiektywną. Recenzje udostępniam na blogu, na wielu portalach społecznościowych oraz stronach dyskontów książkowych. 

kontakt: toukie@o2.pl